wtorek, 28 maja 2019

Zapowiedź czegoś naprawdę niezwykłego


Poczułam lekkie ukłucie w sercu, gdy mój znajomy Maciej Klimarczyk powiedział mi, że napisał książkę. Kurczę, innym jakoś się udaje, pomyślałam z odrobinką zazdrości. Chwilkę później zalała mnie fala entuzjazmu. Nie ma innego wyjścia, książka Maćka musi być arcydziełem!

Pozwólcie, że napiszę Wam kilka słów o Maćku. Otóż Maciek to Leonardo DaVinci, tyle że jest zabawny (with all due respect, Leonardo). Jest znakomitym lekarzem psychiatrą (co na początku naszej znajomości napełniało mnie pewną grozą), mówi biegle w kilku językach (w tym po włosku), śpiewa i gra na fortepianie – nawet nagrał kilka płyt. Jednostka zdecydowanie wybitna, a przy tym bardzo sympatyczna. Maciek, wybacz, jeżeli coś pominęłam, na naszym następnym spotkaniu muszę przestać tak dużo mówić.

Moje przeczucia nie zawiodły, książka okazała się rewelacyjna. Pierwsza scena mnie zmroziła. Na moment zamarłam w niemym przerażeniu, po czym w gorączkowym napięciu zaczęłam przewracać kartkę za kartką. Miałam w ręce ołówek, miałam dać konstruktywne uwagi, taki był plan. Niestety, książka okazała się na to zbyt dobra, a przede wszystkim zbyt wciągająca. Nie przeczytałam jej, ja ją pochłonęłam!

Tytuł książki to Opinia. Temat autorowi bardzo dobrze znany w związku z wykonywaną działalnością zawodową lekarza psychiatry. Tym razem opinia miała być niecodzienna, gdyż wydana w sprawie podejrzanej o morderstwo śpiewaczki operowej Elizy Kanteckiej. Trup w operze ścieli się gęsto, ale z drugiej strony czy eteryczna kobieta trudniącą się tak wyrafinowaną profesją, uduchowiona artystka, mogłaby dokonać makabrycznej zbrodni...? Wymyślić plan doskonały, a następnie metodycznie oraz z zimną krwią go zrealizować? Na te pytania musi znaleźć odpowiedź policja oraz prokuratura, przy udziale lekarzy psychiatrów.

W warstwie artystycznej książka jest prawdziwym majstersztykiem, począwszy od konstrukcji nawiązującej do opery, a skończywszy na warstwie językowej – jest napisana przepiękną polszczyzną – dokładnie taką, jaką autor znany mi osobiście posługuje się na codzień. No, może ciut ładniejszą. A najpiękniej Maciek pisze o Bydgoszczy, swoim ukochanym mieście. Na dodatek bardzo sugestywnie  - podczas mojej niedawnej pierwszej wizyty w tym mieście towarzyszyło mi uczucie permanentnego deja vu.

Według magazynu Książki, w Polsce w zeszłym roku na rynku pojawiło się 262 kryminałów. Nie sądzę, by którykolwiek z nich został napisany przez psychiatrę. A jeżeli już, to na pewno nie przez tak dobrego. Tak jak Dostojewski, autor zagląda w najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy, tyle że robi to od strony fachowej. Czytając Opinię, wejdziecie do gabinetu psychiatry, staniecie za zasłoną, i wstrzymując oddech usłyszycie rozmowę lekarza z pacjentem. Tylko bądźcie cicho, bo być może na kanapie siedzi bohater jakiegoś kryminału.

Choć właściwie leciutko się waham klasyfikując książkę Maćka jako kryminał. Przewija się przez nią kilka wątków, nieraz bardzo trudnych, niewygodnych i bolesnych. Chyba bardziej pasuje określenie thriller psychologiczny, jeżeli koniecznie potrzebujemy jakichś etykiet. Opinia wymyka się oczywistym kategoryzacjom, balansując z gracją na krawędzi gatunków, z uwzględnieniem półki „literatura piękna”.

Nie wiem, czy po lekturze Opinii polubicie bardziej operę, lub psychiatrię. Z pewnością dowiecie się więcej i o jednym,  i o drugim. Tylko ostrzegam, książki nie da się tak łatwo odłożyć, więc od razu zaplanujcie sobie jeden wolny wieczór.

Książka jest aktualnie w procesie wydawniczym. Dam Wam znać, jak tylko pojawi się w księgarniach, żebyście zdążyli ją nabyć zanim zostanie wyprzedany cały nakład.

Opinia, Maciej Klimarczyk. Brawo!

P.S. Na zdjęciu nie ma książki, ale uznałam, że jest po prostu ładne.



wtorek, 30 października 2018

O efekcie motyla. Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Już po kilku stronach “Dziedzictwa” wiedziałam, że Ann Patchett dołączy do grona moich ulubionych pisarzy. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż to szacowne grono zaczęło się już robić lekko skostniałe, i coraz bardziej zarozumiałe.

Chyba każdy czasem się zastanawia, jaki wpływ na jego życie mają drobne, niepozorne wydarzenia. Historia opowiedziana w „Dziedzictwie” jest świetną ilustracją dla takich rozważań. Jak dużo stałoby się oraz nie stałoby się w życiu dziesięciu osób, dwóch rodzin, gdyby Bert Cousins, policjant oraz sfrustrowany ojciec czworga dzieci, nie poszedł na przyjęcie z okazji chrzcin córki swojego kolegi z pracy, Fixa…Ta jedna decyzja, nie do końca świadoma, w zasadzie przypadkowa, okazała się dla rodzin Berta oraz Fixa wybuchem supernowej.

Przechodząc do konkretów oraz w skrócie, „Dziedzictwo” jest historią amerykańskiej patchworkowej rodziny rozgrywającą się na przestrzeni 50 lat, co z jednej strony brzmi interesująco, ale tak naprawdę nie najlepiej i dość pospolicie. Ciekawiej – jest to opowieść o skrywanych w szafie demonach, o strasznej tajemnicy i kłamstwie, o zdradzie i porzuceniu, śmierci i cierpieniu. Historia niedopowiedzeń, ukrytych głęboko żali i pretensji. Narracja jest wieloosobowa, ta sama historia jest opisywana kilka razy (no worries, żadnej nudy, a jedynie możliwość spojrzenia na wydarzenia z szerszej perspektywy). Z pozoru bardzo zwyczajna, książka zaskakuje w szczególe, pomiędzy słowami ukryta jest jakaś magia, jakiś czar, nie pozwalający odłożyć Wam tej książki aż do ostatniej strony.

Och, jak ja lubię takie książki – subtelne, a jednocześnie bardzo mocne. Słodko-gorzkie, z niebanalną historią, ciekawymi bohaterami, pełne humoru. Gdybym miała do czegoś porównać „Dziedzictwo”, to pewnie do pierwszych książek Johna Irvinga. Tym samym nie muszę już pisać, jak bardzo mi się ta książka podobała. I nic mnie w niej nie drażniło, nic mi nie przeszkadzało, co biorąc pod uwagę mój trudny charakter należy uznać za rzecz absolutnie wyjątkową.

To nie jest książka z gatunku tych, o których się szybko zapomina. Przeczytałam ją wiosną, i ciągle jestem pod jej dużym wrażeniem. Moja rekomendacja ma również akredytację – „Dziedzictwo” znalazło się na szczycie bestsellerów "New York Timesa" i zostało okrzyknięta książką roku 2016. Polecam na wszelkie okoliczności życiowe, wszystkie pory roku oraz dowolne godziny w ciągu doby.

 Ogólna ocena: 5/6

środa, 22 listopada 2017

Akcja książka na Mikołajki: "Czasami kłamię" Alice Feeney

W drodze do pracy, mój wzrok przykuł billboard z reklamą książki Alice Feeney „Czasami kłamię”. Przeczytałam i zamarłam ze zgrozy. Oto co zobaczyłam o godzinie 9 rano na rogu ulic Twardej i Emilii Plater.

„Nazywam się Amber Reynolds. Powinniście wiedzieć o mnie trzy rzeczy:

1.       Jestem w śpiączce.
2.       Mój Mąż już mnie nie kocha.
3.       Czasami kłamię.”

W głowie momentalnie pojawiło mi się tysiąc pomysłów, o czym może być książka, jeden bardziej przerażający od drugiego. W drodze powrotnej z pracy w pełnym ekscytacji drżeniu kupiłam książkę w księgarni, i w domu czym prędzej zabrałam się do czytania, ignorując większość obowiązków domowych oraz rodzicielskich. Byłam przekonana, że po serii dość nieszczęśliwych wypadków czytelniczych będę mogła wreszcie z czystym sumieniem polecić Wam coś porządnego do czytania. A wiadomo, że czasami nic nie działa tak dobrze na znękaną psychikę jak dobry thriller. Trzymający w niepewności od początku do końca, który czyta się w niemym przerażeniu, i po przeczytaniu którego z trudem przychodzi zgaszenie światła w pokoju.

Cóż, nie zaczęło się od trzęsienia ziemi, raczej od lekkiego napięcia. To lekkie napięcie trwało nieprzerwanie aż do ostatniej strony, z niewielkimi odchyłami w jedną lub w drugą stronę. Fabuła jest faktycznie dość intrygująca. Amber jest w śpiączce, w którą zapadła po wypadku samochodowym. Już sama narracja prowadzona przez bohaterkę znajdującą się w śpiączce budzi w czytelniku niepokój. Pomimo stanu śpiączki Amber zachowuje bowiem pełną świadomość, przypomina sobie minione dni i tygodnie oraz próbuje odtworzyć okoliczności wypadku. Zamiast jednak wyjaśniać się, obraz wydarzeń staje się coraz mniej klarowny. Zwłaszcza że Amber CZASAMI KŁAMIE. Czy Amber jest tylko niewinną ofiarą wypadku? Jak wygląda jej relacja z mężem? Jaką rolę odgrywa w całej historii siostra Amber, Claire? Czy jej mąż i siostra mają romans? Jak doszło do wypadku, w wyniku którego Amber znalazła się w śpiączce? Historia Amber przedstawiona jest w trzech różnych okresach czasowych – w teraźniejszości, gdy Amber znajduje się w śpiączce, w okresie bezpośrednio przed wypadkiem oraz w okresie jej dzieciństwa. Wydarzenia rozgrywające się we wszystkich tych okresach przeplatają się ze sobą i łączą w całość (ale niezbyt spójną), pozwalając nam poznać i zrozumieć Amber, jej siostrę Clair, a także męża Paula. A przynajmniej mieć na to nadzieję, gdyż czytanie „Czasami kłamię”  jest jak podróż przez gabinet krzywych zwierciadeł – nic nie jest takie, jak się wydaje. Nie wiadomo, co jest prawdą a co kłamstwem. Alice Feeney prowadzi z czytelnikiem grę, przełamuje schematy i utarte wyobrażenia, każąc czytelnikowi odejść od stereotypowego myślenia. Przekracza granice, prowokuje. To akurat bardzo mi się w tej książce podobało.

Znacie mnie jednak na tyle dobrze by wiedzieć, że nie popadam łatwo w bezkrytyczny zachwyt. W przypadku „Czasami kłamię” byłam od tego daleka. W mojej ocenie książka jest stanowczo zbyt przekombinowana. Aż roi się w niej od różnego rodzaju wątków, sekretów i tajemnic sięgających daleko w przeszłość bohaterów. Wątki te są przedstawione powierzchownie, i być może powodują pewien wzrost napięcia związany z niepewnością co do faktycznego przebiegu wydarzeń tudzież motywacji głównych bohaterów, ale jednocześnie powodują ogromny zamęt w książce. Zemsta, przebaczenie, przyjaźń, toksyczne relacje, zazdrość, niepewność, zdrada, nerwica natręctw, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, dzieci, brak dzieci, nękanie, prześladowanie - jak wiele można zmieścić w jednej książce? Intryga zasadnicza trochę się przez to rozmywa. Kreacje bohaterów są w przewidywalny sposób niejednoznaczne (i, wyobraźcie sobie, w zasadzie żadnego z nich nie da się lubić). Odnoszę wrażenie, że Alice Feeney chciała napisać coś więcej niż kryminał, i nieco przedobrzyła. Czasami tak się dzieje, gdy chce się za bardzo.

Podsumowując, największe walory książki to jej zwiastun, dość zaskakująca fabuła i trzymająca w pewnym napięciu akcja. Warsztatowo książka jest dość mizerna. Książka ma doskonałą reklamę, z gatunku tych, jakie miała „Dziewczyna z pociągu” (tyle że nie można jej jeszcze wszędzie kupić). Być może jest lepsza niż „Dziewczyna…” – dla której jak pamiętacie nie miałam litości (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/czerwona-kartka-dla-dziewczyny-z.html) – ale niewiele lepsza. Napisana pod scenariusz na film, w średnim stylu, średnio przerażająca, średnio wciągająca. Nie pomogło jej nawet to, że kończyłam ją czytać w widocznych na zdjęciu pięknych okolicznościach przyrody, będąc w odwiedzinach u przyjaciół w Zawoi.

Wraz z postem tym rozpoczynam akcję „Książka na Mikołajki”, gdzie będę polecać Wam jaką książkę i komu kupić  z tej okazji. A więc „Czasami kłamię” Alice Feeney można kupić dojeżdżającym długo do szkoły/pracy, lub wyjeżdżającym do Tajlandii. Na pewno zaś nie kupujcie jej byłym chłopakom lub leżącym w szpitalu.

Ogólna ocena: 3/6

środa, 15 listopada 2017

Jakub Żulczyk, "Wzgórze psów"


Dziś kolejna odsłona współczesnej polskiej prozy. Niedawno skończyłam czytać „Wzgórze psów” Jakuba Żulczyka, uznawanego za jedną z jaśniejszych gwiazd na rodzimym firmanencie literackim. Mam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu tej książki. W myślach krąży mi natrętne pytanie, jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca…? A przynajmniej nie mnie. Nic, ale to naprawdę nic mnie w tej książce nie zachwyciło, za to bardzo wiele mi się w niej nie podobało. Za osobisty sukces poczytuję sobie to, że nie odłożyłam książki na bok, ale przeczytałam ją do końca (co biorąc pod uwagę jej grubość – ponad 800 stron – jest nie lada wyczynem; fakt, że „Wzgórze psów” było jedyną książką, jaką wzięłam ze sobą na wyjazd do Szkocji – oprócz przewodników po Szkocji rzecz jasna – nic tu nie zmienia).
 
Całość jest mocno depresyjna, a nastrój przygnębienia utrzymuje się jeszcze długi czas po zakończeniu lektury. To książka o polskiej beznadziei, o prowincjonalnej Polsce B lub C, która rzadko występuję jako bohater czegokolwiek. Zapomniana, zmarginalizowana, zdegenerowana. Spatologizowana, toksyczna, zła i brudna. Sfrustrowana, szara i zmęczona. Uosabiana przez małe miasteczko Zybork oraz jego mieszkańców. Żulczyk wie, o czym pisze. Nie owija w bawełnę, jego proza jest mocna, brutalna, dosadna. Jeżeli gdzieś istnieje jakiś Zybork, to Jakub Żulczyk być może powieli los swojego książkowego alter ego Mikołaja, i zostanie wyklęty przez miejscową społeczność. Sam o swojej książce oraz reakcjach na nią pisze tak: "Pierwsi czytelnicy "Wzgórza" są wyjątkowo obruszeni tym, że w powieści są wulgaryzmy, bohaterowie są niemili i spożywają alkohol, a ze świata przedstawionego wieje rzekomą patologią. No kochani. Czyje nazwisko jest na okładce, bo chyba nie Elizy Orzeszkowej. Ostrzegam z sympatii, żeby nikt nie czuł się nacięty. Moje książki może są i dobre, może są i złe, ja tam nie wiem, ale wiem jedno, nie są to pozycje z wysyłkowego Klubu Myszki Miki. Jestem autorem który ma nieśmiałe aspiracje zrobienia jakiegoś tam zdjęcia rzeczywistości, a rzeczywistość mam za miejsce brutalne i przesiąknięte smrodkiem egzystencjalnego bezsensu. "Ślepnąc od świateł" to nie była książka o romansie dwójki arystokratów nad malowniczą rzeką Brwiną. Świat we "Wzgórzu psów" to nie jest świat filmu "Planeta singli 3". (…)!". Dokładnie tak.
 
Dla mnie najmocniejszym elementem we „Wzgórzu psów” jest ponury portret zdegenerowanej polskiej prowincji. Hermetycznej, klaustrofobicznej, zakłamanej i złej, przesiąkniętej korupcją, układami, zamieszkiwanej przez nie rozumiejących nowych czasów zmęczonych i sfrustrowanych ludzi. Na pewno najmocniejszym elementem książki nie jest intryga kryminalna (dość banalna, niespójna, nieciekawa), ani sylwetki głównych bohaterów (płaskie i bez wyrazu). Nie wiem, skąd pomysł, by określić tę książkę mianem thrillera kryminalnego. Jeżeli „Wzgórze…” miałoby być thrillerem kryminalnym, to takim bez napięcia. Jedynie początek książki jest dość intrygujący, trochę w stylu Hitchcocka. Później akcja kompletnie się rozpada. Książka przypomina mi szkic, brudnopis. Ma wiele luk logicznych, wymagałaby skrócenia, i podkręcenia w pewnych (wielu) miejscach.  
 
Podsumowując, „Wzgórze psów” to książka dość słaba, niezbyt interesująca, straszliwie długa, momentami ocierająca się wręcz o grafomanię. Jak ostrzega sam autor, to nie jest literatura ku pokrzepieniu serc (co oczywiście nie stanowi żadnego zarzutu). Jeżeli zatem szukacie prozy lekkiej, łatwej lub choćby przyjemnej, nie sięgajcie po tę książkę. Szkoda, że to mój pierwszy kontakt z pisarzem, podobno inne jego książki są znacznie lepsze. O czym z pewnością będę się chciała sama przekonać.

Ogólna ocena: 2,5/6

piątek, 25 sierpnia 2017

"Listy do pałacu" Jorge Díaz


"Listy do pałacu" to „Hiszpański Remarque”, „Nowość" oraz „Nr 1 na listach bestsellerów w Hiszpanii” – dlatego wypożyczam książkę z biblioteki. Książka nie byłaby moim pierwszym wyborem, ale naprawdę się spieszyłam, i nie mogłam w bibliotece wyjść poza strefę półki z nowościami. Choć interesuję się historią, niespecjalnie lubię powieści historyczne, dlatego mam dużą rezerwę względem czekającej mnie lektury. Na szczęście czeka mnie przyjemne rozczarowanie.

Historia zaczyna się w Hiszpanii, w przededniu wybuchu I wojny światowej. Blanca Alcarez jest w trakcie ostatnich przygotowań do swojego zaaranżowanego małżeństwa z Carlosem de la Era (melodyjne imiona i nazwiska głównych bohaterów od razu wprowadzają mnie w przyjemnie relaksacyjny nastrój). W zasadzie wszystko jest już gotowe. Ślub Blanki ma być jednym z głównych wydarzeń sezonu. Staje się jednak nawet czymś więcej, gdyż Blanka przed ołtarzem mówi swojemu narzeczonemu "nie" - z powodów, które następnie szczegółowo wyjaśnia wszystkim zgromadzonym. Muzyka milknie, goście się rozchodzą, prezenty zostają odesłane. Pozostaje atmosfera wielkiego skandalu. Następnego dnia w Sarajewie Gawriło Princip dokonuje zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Wybucha I wojna światowa. Hiszpania roztropnie zachowuje neutralność. W pewnym momencie do Pałacu Królewskiego w Madrycie dociera list napisany przez francuską dziewczynkę Sylvie, poszukującej swojego zaginionego brata. Ten list staje się impulsem do powołania Urzędu ds. Ochrony Jeńców, w którego prace osobiście bardzo mocno angażuje się hiszpański król Alfons XIII.  Szacuje się, że w czasie swojego działania Urząd pomógł około 200 tysiącom jeńców wojennych. Jedną z głównych osób zaangażowanych w prace komitetu jest Blanca Alcarez.

Zacznę od dobrych rzeczy. W książce występują wszystkie składniki dobrej powieści. Wielka historia, wielka polityka, romans, wartka akcja i wyraziści bohaterowie, i to wszystko w miarę dobrze dobranych proporcjach. Powieść wciąga, momentami nie można jej odłożyć na bok.

Niestety, mogłabym również napisać o tej książce sporo złego:  że relacja z działań wojennych jest powierzchowna, bohaterowie są czarno-biali i nieco infantylni, a wątki raczej przewidywalne i schematyczne. Mogłabym, ale nie chcę, bo lektura tej książki w dość niespodziewany sposób przyniosła mi sporo relaksu i przyjemności. Moja taryfa ulgowa dla książki wynika być może z faktu, że przez cały czas trwania lektury miałam nieodparte wrażenie, że czytam bajkę. Bajkę dla dorosłych, ale wciąż bajkę.

Jeszcze jedna dłuższa dygresja. Nie wiem, czy na maturze nadal pisze się prace na określony temat. Gdyby tak było, i gdyby pojawiło się hasło „wybory życiowe”, „Listy do pałacu”  Jorge Díaza mogłyby stanowić doskonałą ilustrację dla tego tematu. Począwszy od Blanki, niemal każdy z bohaterów powieści staje przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji - dotyczącej najprzeróżniejszych sfer życia. Czasem, by przetrwać. Czasem, by żyć zgodnością. Czasem, by prostu dalej żyć normalnie. Wszyscy bohaterowie są w jakimś sensie zaangażowani w toczący się konflikt zbrojny. Wielu decyduje pomiędzy bielą a czernią. Wielu jednak decyduje pomiędzy różnymi odcieniami szarości. Dla mnie „Listy do Pałacu” to przede wszystkim książka o wyborach życiowych - nie dobrych lub złych, tyko naszych lub cudzych.  
Być może troszkę się zagalopowałam, to przez te gorące sierpniowe noce. Dla uniknięcia wątpliwości.  „Listy do Pałacu” to nie jest w żadnym razie traktat filozoficzny ani powieść egzystencjalna. Dopisek na okładce „Hiszpański Remarque” też jest mocno przesadzony – Jorge Diaz jest o kilka półek literackich niżej niż Erich  Remarque, a fakt, że Diaz też pisze o I wojnie światowej, nic tu nie zmienia ani nie pomaga. Chyba każdy może znaleźć w „Listach do Pałacu”  coś dla siebie. Niektórzy trochę historii, niektórzy trochę romansu, inni troszkę powieści przygodowej, jeszcze inni powieści obyczajowej. A wynieść każdy dla siebie może to, co chce. Na pewno trochę przyjemności.


Ogólna Ocena: 3,9/6

piątek, 4 sierpnia 2017

Mazurskie marzenie


Snuję opowieści o tym, co nie było a być mogło. O tym, co się prawie zdarzyło, lub zdarzyłoby się, gdyby. O tym, co być może. Układam równoległe scenariusze dla mojego życia pod warunkiem spełnienia lub niespełnienia się pewnych warunków. Obserwuję tę inną siebie żyjącą wymyślonym życiem i zastanawiam się, na ile to jestem prawdziwa ja. A jeżeli całkiem prawdziwa, na ile prawdziwa jestem ja tu i teraz, jako zespół składników materialnych i niematerialnych, suma wszystkich moich  wyborów, pochodna przypadków.
Okoliczności przyrody sprzyjają snuciu opowieści. Na początku sierpnia wreszcie nastało lato. Mazury. Spokój i cisza. Zapach lasu. Połyskująca w słońcu tafla jeziora. Wczoraj przypłynął jeden łabędź. Wszędzie piasek. Obok mnie książka, ”Kobieta na schodach" Bernharda Schlinka.
Kartki w książce są lekko zawilgocone, pomiędzy nimi chrzęści piasek. Na okładce jest obraz schodzącej po schodach kobiety, przypominający nieco obraz Gerharda Richtera „Ema. Akt na schodach”, lub „Akt schodzący po schodach” Marcela Duchampa. Lubię malarstwo i piękne obrazy, poza tym uwodzi mnie napis na okładce: "Znakomita powieść autora bestsellerowego Lektora", dlatego wypożyczyłam z biblioteki książkę.
Cóż, po zakończeniu lektury muszę stwierdzić, że „Kobieta na schodach” to być może faktycznie jest powieść autora bestsellerowego „Lektora”. Ale na pewno nie powieść znakomita, a raczej mocno przeciętna. Jedynym, co uratowało tę książkę w moich oczach, była pewna poetyka prozy Schlinka, w niezwykle sugestywny sposób zamieniająca słowo w obraz, która wprowadziła mnie w przyjemny stan nostalgii i rozmarzenia, opisany przeze mnie w pierwszym akapicie.
Moja całościowa ocena tej książki jest niestety dość jednoznacznie negatywna. Historia, którą opowiada książka, jest bardziej wydumana niż niebanalna. Lepiej się zapowiada, niż faktycznie rozwija. Otóż „uporządkowane życie niemieckiego prawnika odmienia się w mgnieniu oka, gdy w Muzeum w Sydney natyka się on na obraz od lat uznawany za zaginiony.” Brzmi dość intrygująco, prawda? W zasadzie można pokusić się o podsumowanie, że książka opowiada o dziwnych losach fikcyjnego obrazu "Kobieta na schodach", autorstwa Karla Schwinda. Obraz przedstawia Irenę, żonę Petera Gundlacha, która opuściła męża dla tegoż malarza. W tle przewija się nasz narrator, wiodący uporządkowane życie prawnik. No ale przecież nie będę Wam pisała, o czym jest książka. Gdybym chciała ładnie napisać o książce, napisałabym, że to książka o wyborach życiowych i życiu, którego nigdy nie było, a które odrodziło się w opowieści. Niestety, nie byłabym wtedy krytyczną oraz bezwzględną sobą. A zatem do rzeczy.
Wiem, czym miała być "Kobieta na schodach". Miała być traktatem filozoficznym na temat sensu życia i wyborów życiowych. Dość ambitne zadanie jak na książeczkę o rozmiarach 260-ciu stron, chyba zbyt ambitne.
A przecież książka spokojnie mogła pozostać romansem. Przyznam, że potencjalny miłosny czworokąt w konfiguracji piękna młoda żona-bogaty mąż-biedny malarz-wybitny prawnik rysował się dość intersująco (pomimo pewnej sztampowości w doborze postaci). Niestety historia miłosna rozgrywała się jedynie w tle, żadnych wybuchów namiętności, żadnych fajerwerków. Mogła też pozostać powieścią sensacyjną o losach zaginionego obrazu, też byłoby bardzo dobrze. I tu was rozczaruję, na kartach książki nie odnalazł się żaden "Portret młodzieńca". Żaden obraz też prawdziwie nie zaginął. Mogła też zostać kombinacją dwóch poprzednich wersji, byłoby jeszcze lepiej.
Zamiast tego pisarz zdecydował się za to na banalne moralizatorstwo w stylu Paolo Coelho (z którym oczywiście nie może się równać; lektura powieści "Weronika postanawia umrzeć" wywarła na mnie tak piorunujące wrażenie że musiałam przestać ją czytać po kilkunastu stronach, by na nowo przedefiniować sens swojej egzystencji). Nie wnikając w dalsze szczegóły, to filozofowanie nie wyszło Schlinkowi najlepiej. Nie chodzi o to, że bagatelizuję wartość pytań o to, czym jest miłość, jakimi wartościami kierować się w życiu, czy w jaki sposób żyć. Wręcz przeciwnie, uważam, że powinniśmy je sobie zadawać jak najczęściej (ok, wystarczy często). Uważam po prostu, że na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, a to zdaje się sugerować Bernhard Schlink w "Kobiecie na schodach". Na pewno książka ze względu na swoją poetykę oraz obrazowość ma duży potencjał filmowy, być może film nakręcony na jej podstawie będzie bardzo interesujący. Także poczekajcie może na ten film, a jeżeli chcecie się wprawić w refleksyjny nastrój, wybierzcie się raczej na Mazury, lub gdziekolwiek.

Te post dedykuję wszystkim uczestnikom obozu tenisowego klubu Varsovia, którzy pytali mnie, dlaczego nie piszę od marca, i czy w związku z tym w ogóle istnieję.

Bernhard Schlink, „Kobieta na schodach”, ogólna ocena: 2/6

 

 

 

 

 

 

piątek, 31 marca 2017

Idealna lektura na weekend, "Dzielnica występku" Mario Vargas Llosy

Zawsze mam lekkie wyrzuty sumienia, kiedy zamiast recenzji rekomendującej książkę, zniechęcam do przeczytania czegoś. Tylu ludzi mówi mi, że używa mojego bloga jako przewodnika po księgarni, że w związku z tysiącem pozycji dostępnych na rynku czytelniczym odczuwa wielką dezorientację i kieruje się moimi rekomendacjami przy zakupie książek, że czuję się w obowiązku polecać książki! Dlatego po (fakt, nie bardzo miażdżącej, ale jednak) recenzji "Słowika" Kristin Hannah, z wielka przyjemnością chciałabym bardzo polecić Wam najnowszą książkę Mario Vargas Llosy - "Dzielnicę występku". Zacznę z wysokiego C, uważam, że książka jest małym arcydziełem.

Zaczyna się bardzo interesująco, od opisu nagłego wybuchu namiętności pomiędzy dwiema przyjaciółkami. Wszystko jest opisane bardzo pięknie i bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo bezpretensjonalnie i naturalnie. Nagły wybuch namiętności nie jest jednorazowym wybrykiem, a raczej preludium, gdyż cała książka jest przesycona erotyzmem i zmysłowością. Obok wątków obyczajowych, w powieści bardzo szybko zaczynają się pojawiać wątki społeczne oraz polityczne. Pojawia się wielki skandal, w którym główną rolę odgrywają media, seks, oraz polityka. Cała intryga powieści jest bardzo misterna i bardzo wciągająca, ale pozostawiam Wam jej samodzielne odkrycie i śledzenie. Obawiam się, że nawet mała zajawka mogłaby Wam zdradzić ciut zbyt dużo. Skupię się zatem na dalszych zachwytach nad książką. 

Bardzo rzadko zdarza mi się zgadzać z opisem z tyłu okładki, ale tym razem po prostu nie mam innego wyjścia. Faktycznie jest tak, jak obiecują w opisie - "Mistrz literackiej prowokacji uwodzi czytelnika od pierwszej strony". Nie zgłaszam żadnych reklamacji w zakresie zgodności opisu z tyłu okładki z faktyczną treścią książki. Ci, którym podobała się "Pochwała macochy", "Zapiski don Rigoberta", czy "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", będą zachwyceni, ale i Ci, dla których Mario Vargas Llosa to przede wszystkim "Rozmowa w Katedrze", "Święto kozła" czy "Marzenie Celta", nie będą zawiedzeni. W "Dzielnicy występku" występują cudowne postaci, które noszą piękne imiona oraz przydomki, oraz mają zupełnie wyjątkowe a jednak wciąż wiarygodne historie życiowe (szczególnie na tym tle wyróżnia się postać o przydomku "Kurdupelka"). Wszystkie wątki zgrabnie się łączą; w książce nie ma nic zbędnego, nic niepotrzebnego, nic przesadzonego. Są tematy rozrywkowe, które stopniowo zaczynają się koncentrować wokół tematów ważnych, i istotnych. Jestem wojowniczką o wolność i demokrację, dlatego szczególnie poruszył mnie pojawiający się w powieści wątek wolności prasy. Wiele czytam na ten temat, ale chyba nikt nie napisał lepszego manifestu dotyczącego wolności prasy niż Mario Vargas Llosa w "Dzielnicy występku".

Mario Vargas Llosa ma dla mnie swoje lepsze i gorsze momenty. W "Dzielnicy występku" prezentuje swoją najwyższą formę, a zatem biegnijcie do księgarni! Książka jest idealna na weekend, niedługa, totalnie wciągająca, odrobinę przewrotna, oraz, ze względu na poruszane wątki, bardzo na czasie. Fantastyczna książka!

Ogólna ocena: 6/6