piątek, 4 sierpnia 2017

Mazurskie marzenie


Snuję opowieści o tym, co nie było a być mogło. O tym, co się prawie zdarzyło, lub zdarzyłoby się, gdyby. O tym, co być może. Układam równoległe scenariusze dla mojego życia pod warunkiem spełnienia lub niespełnienia się pewnych warunków. Obserwuję tę inną siebie żyjącą wymyślonym życiem i zastanawiam się, na ile to jestem prawdziwa ja. A jeżeli całkiem prawdziwa, na ile prawdziwa jestem ja tu i teraz, jako zespół składników materialnych i niematerialnych, suma wszystkich moich  wyborów, pochodna przypadków.
Okoliczności przyrody sprzyjają snuciu opowieści. Na początku sierpnia wreszcie nastało lato. Mazury. Spokój i cisza. Zapach lasu. Połyskująca w słońcu tafla jeziora. Wczoraj przypłynął jeden łabędź. Wszędzie piasek. Obok mnie książka, ”Kobieta na schodach" Bernharda Schlinka.
Kartki w książce są lekko zawilgocone, pomiędzy nimi chrzęści piasek. Na okładce jest obraz schodzącej po schodach kobiety, przypominający nieco obraz Gerharda Richtera „Ema. Akt na schodach”, lub „Akt schodzący po schodach” Marcela Duchampa. Lubię malarstwo i piękne obrazy, poza tym uwodzi mnie napis na okładce: "Znakomita powieść autora bestsellerowego Lektora", dlatego wypożyczyłam z biblioteki książkę.
Cóż, po zakończeniu lektury muszę stwierdzić, że „Kobieta na schodach” to być może faktycznie jest powieść autora bestsellerowego „Lektora”. Ale na pewno nie powieść znakomita, a raczej mocno przeciętna. Jedynym, co uratowało tę książkę w moich oczach, była pewna poetyka prozy Schlinka, w niezwykle sugestywny sposób zamieniająca słowo w obraz, która wprowadziła mnie w przyjemny stan nostalgii i rozmarzenia, opisany przeze mnie w pierwszym akapicie.
Moja całościowa ocena tej książki jest niestety dość jednoznacznie negatywna. Historia, którą opowiada książka, jest bardziej wydumana niż niebanalna. Lepiej się zapowiada, niż faktycznie rozwija. Otóż „uporządkowane życie niemieckiego prawnika odmienia się w mgnieniu oka, gdy w Muzeum w Sydney natyka się on na obraz od lat uznawany za zaginiony.” Brzmi dość intrygująco, prawda? W zasadzie można pokusić się o podsumowanie, że książka opowiada o dziwnych losach fikcyjnego obrazu "Kobieta na schodach", autorstwa Karla Schwinda. Obraz przedstawia Irenę, żonę Petera Gundlacha, która opuściła męża dla tegoż malarza. W tle przewija się nasz narrator, wiodący uporządkowane życie prawnik. No ale przecież nie będę Wam pisała, o czym jest książka. Gdybym chciała ładnie napisać o książce, napisałabym, że to książka o wyborach życiowych i życiu, którego nigdy nie było, a które odrodziło się w opowieści. Niestety, nie byłabym wtedy krytyczną oraz bezwzględną sobą. A zatem do rzeczy.
Wiem, czym miała być "Kobieta na schodach". Miała być traktatem filozoficznym na temat sensu życia i wyborów życiowych. Dość ambitne zadanie jak na książeczkę o rozmiarach 260-ciu stron, chyba zbyt ambitne.
A przecież książka spokojnie mogła pozostać romansem. Przyznam, że potencjalny miłosny czworokąt w konfiguracji piękna młoda żona-bogaty mąż-biedny malarz-wybitny prawnik rysował się dość intersująco (pomimo pewnej sztampowości w doborze postaci). Niestety historia miłosna rozgrywała się jedynie w tle, żadnych wybuchów namiętności, żadnych fajerwerków. Mogła też pozostać powieścią sensacyjną o losach zaginionego obrazu, też byłoby bardzo dobrze. I tu was rozczaruję, na kartach książki nie odnalazł się żaden "Portret młodzieńca". Żaden obraz też prawdziwie nie zaginął. Mogła też zostać kombinacją dwóch poprzednich wersji, byłoby jeszcze lepiej.
Zamiast tego pisarz zdecydował się za to na banalne moralizatorstwo w stylu Paolo Coelho (z którym oczywiście nie może się równać; lektura powieści "Weronika postanawia umrzeć" wywarła na mnie tak piorunujące wrażenie że musiałam przestać ją czytać po kilkunastu stronach, by na nowo przedefiniować sens swojej egzystencji). Nie wnikając w dalsze szczegóły, to filozofowanie nie wyszło Schlinkowi najlepiej. Nie chodzi o to, że bagatelizuję wartość pytań o to, czym jest miłość, jakimi wartościami kierować się w życiu, czy w jaki sposób żyć. Wręcz przeciwnie, uważam, że powinniśmy je sobie zadawać jak najczęściej (ok, wystarczy często). Uważam po prostu, że na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, a to zdaje się sugerować Bernhard Schlink w "Kobiecie na schodach". Na pewno książka ze względu na swoją poetykę oraz obrazowość ma duży potencjał filmowy, być może film nakręcony na jej podstawie będzie bardzo interesujący. Także poczekajcie może na ten film, a jeżeli chcecie się wprawić w refleksyjny nastrój, wybierzcie się raczej na Mazury, lub gdziekolwiek.

Te post dedykuję wszystkim uczestnikom obozu tenisowego klubu Varsovia, którzy pytali mnie, dlaczego nie piszę od marca, i czy w związku z tym w ogóle istnieję.

Bernhard Schlink, „Kobieta na schodach”, ogólna ocena: 2/6

 

 

 

 

 

 

piątek, 31 marca 2017

Idealna lektura na weekend, "Dzielnica występku" Mario Vargas Llosy

Zawsze mam lekkie wyrzuty sumienia, kiedy zamiast recenzji rekomendującej książkę, zniechęcam do przeczytania czegoś. Tylu ludzi mówi mi, że używa mojego bloga jako przewodnika po księgarni, że w związku z tysiącem pozycji dostępnych na rynku czytelniczym odczuwa wielką dezorientację i kieruje się moimi rekomendacjami przy zakupie książek, że czuję się w obowiązku polecać książki! Dlatego po (fakt, nie bardzo miażdżącej, ale jednak) recenzji "Słowika" Kristin Hannah, z wielka przyjemnością chciałabym bardzo polecić Wam najnowszą książkę Mario Vargas Llosy - "Dzielnicę występku". Zacznę z wysokiego C, uważam, że książka jest małym arcydziełem.

Zaczyna się bardzo interesująco, od opisu nagłego wybuchu namiętności pomiędzy dwiema przyjaciółkami. Wszystko jest opisane bardzo pięknie i bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo bezpretensjonalnie i naturalnie. Nagły wybuch namiętności nie jest jednorazowym wybrykiem, a raczej preludium, gdyż cała książka jest przesycona erotyzmem i zmysłowością. Obok wątków obyczajowych, w powieści bardzo szybko zaczynają się pojawiać wątki społeczne oraz polityczne. Pojawia się wielki skandal, w którym główną rolę odgrywają media, seks, oraz polityka. Cała intryga powieści jest bardzo misterna i bardzo wciągająca, ale pozostawiam Wam jej samodzielne odkrycie i śledzenie. Obawiam się, że nawet mała zajawka mogłaby Wam zdradzić ciut zbyt dużo. Skupię się zatem na dalszych zachwytach nad książką. 

Bardzo rzadko zdarza mi się zgadzać z opisem z tyłu okładki, ale tym razem po prostu nie mam innego wyjścia. Faktycznie jest tak, jak obiecują w opisie - "Mistrz literackiej prowokacji uwodzi czytelnika od pierwszej strony". Nie zgłaszam żadnych reklamacji w zakresie zgodności opisu z tyłu okładki z faktyczną treścią książki. Ci, którym podobała się "Pochwała macochy", "Zapiski don Rigoberta", czy "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", będą zachwyceni, ale i Ci, dla których Mario Vargas Llosa to przede wszystkim "Rozmowa w Katedrze", "Święto kozła" czy "Marzenie Celta", nie będą zawiedzeni. W "Dzielnicy występku" występują cudowne postaci, które noszą piękne imiona oraz przydomki, oraz mają zupełnie wyjątkowe a jednak wciąż wiarygodne historie życiowe (szczególnie na tym tle wyróżnia się postać o przydomku "Kurdupelka"). Wszystkie wątki zgrabnie się łączą; w książce nie ma nic zbędnego, nic niepotrzebnego, nic przesadzonego. Są tematy rozrywkowe, które stopniowo zaczynają się koncentrować wokół tematów ważnych, i istotnych. Jestem wojowniczką o wolność i demokrację, dlatego szczególnie poruszył mnie pojawiający się w powieści wątek wolności prasy. Wiele czytam na ten temat, ale chyba nikt nie napisał lepszego manifestu dotyczącego wolności prasy niż Mario Vargas Llosa w "Dzielnicy występku".

Mario Vargas Llosa ma dla mnie swoje lepsze i gorsze momenty. W "Dzielnicy występku" prezentuje swoją najwyższą formę, a zatem biegnijcie do księgarni! Książka jest idealna na weekend, niedługa, totalnie wciągająca, odrobinę przewrotna, oraz, ze względu na poruszane wątki, bardzo na czasie. Fantastyczna książka!

Ogólna ocena: 6/6

wtorek, 28 marca 2017

"Słowik" jako odradzana lektura na wiosnę

Co definiuje dobrego pisarza? Co sprawia, że od jednych książek nie możemy się oderwać, przewracając kolejne strony w napięciu, powodowani sprzecznym pragnieniem, by dowiedzieć się, jak zakończy się historia, i jednocześnie nie chcąc, by kończyła się kiedykolwiek? Dlaczego niektórych bohaterów zapamiętujemy na całe życie, przejmujemy się ich losem, podczas gdy los innych jest nam całkowicie obojętny? Jak ważna jest historia, którą opowiada książka? Jak ważne jest tło historyczne? Czy są tematy ważne i ważniejsze? 

Te i inne rozterki towarzyszyły mi podczas lektury powieści "Słowik" autorstwa Kirstin Hannah. Czytając tę książkę, nie mogłam się pozbyć natrętnego uczucia, że ktoś mnie z czegoś okrada. Z czego? Z możliwości przeżywania i wzruszania się. Miałam też niestety dotkliwe poczucie utraty czasu. W miarę rozwoju akcji nabierałam coraz większego przekonania, że ta książka nie wniesie kompletnie nic do mojego życia, ze jej lektura jest jedynie formą spędzania czasu i dostarczeniem sobie rozrywki intelektualnej na bardzo średnim poziomie. 

Akcja książki rozgrywa się w czasach drugiej wojny światowej, we Francji. Kontekst historyczny nadaje powieści dynamiki i decyduje o losach głównych bohaterów, którzy zostają wciągnięci w wir dramatycznych wydarzeń. Powieść koncentruje się na losach dwóch sióstr, które w czasie wojny przybierają dwie kompletnie odmienne postawy. Jedna chce po prostu (i aż, biorąc pod uwagę wyzwania i dylematy czasów wojny) przetrwać, a druga podejmuje czynną walkę z okupantem. Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem wyjściowym na świetną powieść. Jak się jednak okazuje, wszystko można zepsuć, przy wielkiej chęci napisania powieści oraz małym warsztacie pisarskim. Rys psychologiczny postaci jest w książce zerowy, jak gdyby pisarka pozostawiła czytelnikowi zbudowanie obrazu sióstr na podstawie ich czynów i zachowań. Rozumiem, że czyny znaczą więcej niż słowa, ale być może ta uniwersalna prawda nie sprawdza się tak doskonale w przypadku utworu literackiego zbudowanego z konstrukcji słownych jakim jest powieść. Nie oczekuję od każdego pisarza, żeby był Dostojewskim, ale jakieś elementarne zasady przyzwoitości lub warsztatu przy kreacji sylwetek bohaterów powinny jednak obowiązywać. Czytając "Słowika", miałam wrażenie, że czytam komiks. Komiks. Do tego stopnia uboga była forma narracyjna. Drugim skojarzeniem było czytanie rozbudowanego scenariusza do filmu. Podejrzewam, że jeżeli na podstawie "Słowika" powstanie film, będzie sto razy lepszy niż książka.

Książka podobno wygrała jakiś konkurs na powieść historyczna. Uważam, że nazywanie "Słowika" powieścią historyczną jest mocnym nadużyciem. Akcja owszem jest  osadzona w realiach II WŚ, ale postawy bohaterów, ich język oraz perspektywa są już całkowicie współczesne. Tak, jakby wrzucić mieszkańców Manhattanu do okupowanego Paryża. Jeżeli chodzi o warstwę merytoryczną i opis wydarzeń historycznych, są one niestety non existens. Przekaz historyczny koncentruje się głównie na brakach w zakresie dostaw żywności, co biorąc pod uwagę zaopatrzenie supermarketów dziś faktycznie może wydawać się dramatyczne. Oprócz braków w żywności, pisarka koncentruje się również na działaniu francuskiego oporu. To być może niezamierzenie komiczny element tej książki - członkowie tego ruchu posługują się dialogami żywcem wyjętymi z "Allo, allo". Być może ten serial był dla Kristin Hannah inspiracją przy pisaniu powieści. Ech, jednak pisanie negatywnych recenzji książek których akcja toczy się w czasach II WŚ sprawia, że czuje się jak człowiek bez serca... Tyle dramatycznych wydarzeń opisanych w książce, a ja pozostaję nie tylko obojętna, ale gorzej, krytyczna i złośliwa.

Cóż, myślę że powodem mojej rezerwy wobec książki jest właśnie wspomniana maksymalnie infantylna i powierzchowna narracja. Z żadnym z bohaterów nie można się utożsamić (co dla mnie osobiście jest zawsze pewną, choć nie nieprzekraczalną barierą w odbiorze książki). Wielkie dramaty i tragedie są spłycane i trywializowane. Ludzie umierają, giną na polu walki, w obozach koncentracyjnych, i to wszystko dzieje się nagle, ni stąd, ni zowąd, bez wstępu i bez zakończenia, jest jedynie kwitowane kilkoma patetycznymi zdaniami, i życie a w tym przypadku akcja powieści toczy się dalej.

Z powodów opisanych powyżej zmuszona jestem znów pozostawać z moją opinią w kontrze do mainstreamu. Książka zdobyła bardzo dużo nagród oraz znajdowała się tygodniami na liście bestsellerów. Znów również przepełnia mnie zazdrość, gdyż Kristin Hannah kiedyś była prawniczką, a teraz została pisarką, i mieszka z mężem i synem na Hawajach.  Pisze co prawda złe książki, ale na zdjęciu wygląda na szczęśliwą i zrelaksowaną. A tymczasem ja jutro znów muszę iść rano do pracy, gdzie na pewno nie będę pisała powieści, i cieszyć się, gdy mi się uda przeczytać cokolwiek, choćby złą powieść. 


Ogólna ocena: 3/6

czwartek, 29 grudnia 2016

Podsumowanie 2016 roku



Rok 2016 dobiega końca, nadchodzi czas wszelkich podsumowań. Spróbujmy zatem podsumować mój czytelniczy rok 2016. Przeczytałam łącznie 31 książek. Nie zbliżyłam się nawet do rekordowych 52 z roku 2015 roku, ale też nie ustanawiałam sobie żadnych targetów czytelniczych. W każdym razie, wzniosłam się ponad średnią krajową. Poza tym, biorąc pod uwagę skalę moich innych aktywności życiowych, 31 książek to i tak niezły wynik.

Największe wrażenie z przeczytanych książek zrobiło na mnie „Małe życie” Hanyi Yanagihary. To niesamowita, bardzo wzruszająca powieść o granicach człowieczeństwa. Bardzo mocna rzecz, trudno się otrząsnąć po jej przeczytaniu. Książka trudna do zdefiniowania, wymyka się wszelkim kategoryzacjom. Troszkę pisałam o niej tu:

Równie mocno przeżywałam „Klaśnięcie jednej dłoni”  Richarda Flanagana
oraz „Historię zaginionej dziewczynki” Eleny Ferrante. Z zapartym tchem czytałam „Historię pszczół” Mai Lunde:
 
Lektura tetralogii Eleny Ferrante, w skłąd której wchodzą „Genialna przyjaciółka”, „Historia ucieczki”, „Historia nowego nazwiska” i „Historia zaginionej dziewczynki” była chyba najprzyjemniejszym osobistym wydarzeniem czytelniczym. Urzekła mnie nostalgiczna narracja i przenikliwe obserwacje psychologiczne Eleny Ferrante. Do tego stopnia zżyłam się z bohaterkami wykreowanymi przez Elenę Ferrante, że zupełnie nie mogłam przeżyć katastrofy z „Historia zaginionej dziewczynki”. Prawie popsuło mi to wakacje na Sardynii (prawie, bo to jednak bardzo piękna wyspa…).
 
Najgorszą przeczytana książką ogłaszam „Dziewczynę z pociągu” Pauli Hawkins (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/czerwona-kartka-dla-dziewczyny-z.html). Nie dajcie sobie wmówić, że to jest dobra powieść. Już lepiej idźcie do kina. W kategorii „Najgorsza książka 2016” wyprzedza ją na gruncie polskim Marta Masada i jej groteskowe „Święto trąbek” (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/swieto-trabek-marty-masady-niestety-bez.html).
 
O kilku przeczytanych książkach z różnych powodów nie napisałam dotychczas nic:
 
Toni Morrison, „Skóra” - minimum treści, maksimum dramaturgii. Książeczka potwierdzająca tezę, że jednak warto czytać noblistów (Toni Morrison dostała Nagrodę Nobla w roku 1993). To książka o traumach z przeszłości, rasizmie, rozpaczliwym pragnieniu miłości i poszukiwaniu szczęścia. Bardzo ciekawe spojrzenie na problem głębokich ran z dzieciństwa i wpływu relacji rodzinnych na człowieka.
 
Elena Ferrante: „Historia ucieczki”, „Historia nowego nazwiska”, „Historia zaginionej dziewczynki”. Nie pisałam o tych książkach, gdyż jak dobrze wiecie w swoich recenzjach nie spojluje. Bardziej niż przedstawiać streszczenie fabuły, skupiam się na oddaniu klimatu książki i moich ogólnych wrażeniach po lekturze. Myślę, że moja recenzja „Genialnej przyjaciółki” (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/genialna-genialna-przyjacioka.html) doskonale tłumaczy, dlaczego podobają mi się książki Eleny Ferrante.
 
Allan Carr, „Jak skutecznie rzucić palenie” - well….mnie i mojemu Mężowi się udało. Zdradzę Wam metodę Allana Carra: z nie palącego palacza musicie się przeistoczyć w niepalacza. Zamiast się wiecznie powstrzymywać, musicie przestać chcieć. Nic prostszego w sumie.
 
Mario Vargas Llosa, „Raj tuż za rogiem” – pisarz opisuje losy Paula Gaugaina oraz jego babki, Flory Tristan, anarchistki oraz rewolucjonistki. Być może jednak nie jest to najlepsza książka Mario Vargas Llosy, ale na pewno bardzo ciekawa.
 
Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś” – najpierw obejrzałam film, potem przeczytałam książkę, być może dlatego czytając książkę miałam wrażenie, że oglądam film po raz drugi. Ale to nic nie szkodzi, i tak mi się podobało. Czytałam na wakacjach.
 
Tove Alsterdal, „Kobiety na plaży” – doskonały, trzymający w napięciu kryminał, dodatkowo dotykający trudnych tematów współczesnego świata: imigracji i handlu ludźmi. Ze względu na tą tematykę, to nie jest łatwa lektura – choć czyta się bardzo szybko. Polecam.
 
Ferdynand Antoni Ossendowski „Przez kraj zwierząt, ludzi i bogów” – piękny prezent dla mnie i mojego Męża od naszych niezwykle miłych Gości. Książka należy do gatunku przygodowo – awanturniczych, traktuje o niesamowitych przygodach autora - podróżnika, szpiega, awanturnika, wojownika, uczonego, dyplomaty, poligloty, dziennikarza i wielkiego erudyty, drugiego po Henryku Sienkiewiczu najbardziej znanego polskiego pisarza na świecie (142 przekładów jego książek na języki obce…) „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” to zapis przeżyć, jakie były jego udziałem, gdy w czasie wojny domowej uciekał przed bolszewikami przez Syberię, Mongolię i Chiny. Warto przeczytać.
 
Rok 2016 nie był rokiem mojej wzmożonej aktywności blogerskiej, obiecuję poprawę w tym zakresie.
 
Cieszy mnie natomiast to, że „Julita czyta” pozostaje jednym z nielicznych kompletnie niezależnych blogów o książkach. Nie dostaję książek w prezencie od wydawnictw -  sama je sobie kupuję, pożyczam lub wypożyczam. Dzięki temu 1) nie muszę umieszczać w moich postach żenujących fragmentów w rodzaju: „za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu ABC”, oraz 2) pozostaję wolna w swoich wyborach oraz w swoich sądach i opiniach literackich. Taki stan rzeczy bardzo mi odpowiada. Współpracowałam jakiś czas temu z wydawnictwem książek dla dzieci – dostałam od nich kilka książek do zrecenzowania. Zakończyło ze mną współpracę po tym, jak opublikowałam recenzję odnośnie wydanej przez nie książki (przy czym uważam tę reakcję za zdecydowanie nadmierną, moja recenzja nie była krytyczna, po prostu nie była bardzo pochlebna….) W każdym razie, jeżeli nawet wydawnictwo książek dla dzieci nie chce ze mną współpracować, jestem chyba skazana na niezależność!
 
Mój blog spotyka się z bardzo pozytywnymi reakcjami. Wielu ludzi mówi mi, że zagląda tu by się zainspirować, co przeczytać, wielu rezygnuje z czytania po moim ostrzeżeniu. Taki właśnie cel mi przyświecał.
 
Z najlepszymi noworocznymi życzeniami realizacji wszystkich postanowień,
 
Julita

środa, 28 grudnia 2016

Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły


Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły...Brzmi kusząco, prawda? Chyba że tylko ja mam wrażenie, że kiedy mówię do moich dzieci, one włączają na mnie funkcję "mute", zmuszając mnie do powtarzania tysiąc razy tego samego. Znacie to? Zaczynacie mówić spokojnie, wiadomo, jednak w miarę przedłużającego się braku reakcji ze strony dziecka na polecenie przechodzicie we wściekłość i wrzask. I to straszne poczucie porażki że znów puściły wam nerwy. Że Wasze dzieci kompletnie Was ignorują, nie mają dla was za grosz szacunku, co przełoży się niechybnie na za grosz szacunku dla nauczycieli, szkoły oraz wszelkich innych instytucji łącznie z instytucją państwa, w związku z czym skończą jako bezrobotni, przestępcy lub co najmniej anarchiści. I na nic Wasz trud oraz wszystkie lekcje angielskiego.

Podobno książka „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły” autorstwa Adele Faber, Elaine Mazlish pomogła już milionom rodzin na całym świecie. Kupiłam ją skuszona wizjami moich dzieci w robotycznym półśnie wykonujących bez szemrania wszystkie polecenia. Ach, tak, marzę o władzy absolutnej. Niestety mam bardzo buntowniczą załogę na pokładzie. Ponieważ metody przymusu bezpośredniego nie wchodzą w grę, muszę być niczym Macchiavelli. Dlatego właśnie czytam takie książki jak będąca przedmiotem niniejszego posta.  Książka daje Wam konkretny know-how. Uczy skutecznych metod komunikacji z dzieckiem. Wskazuje na komunikaty i zachowania, które działają na dzieci, oraz na te, które dzieci kompletnie ignorują. Jest łatwo przyswajalna, operuje przykładem bardzo prostym do powtórzenia w tak zwanym codziennym życiu.  

Opiszę przykład metod komunikacji opisanych oraz zobrazowanych w książce. Sytuacja: nie zgaszone światło (ok, dla mnie taka sytuacja to jest tzw lajcik i wymaganie od moich maluchów żeby gasiły światło jest lata świetlne przede mną). Zwłaszcza że sama go nie gaszę. Ale taki przykład jest w książce, a więc wrócmy do naszej sytuacji nie zgaszonego światła. Krok pierwszy to opisanie tego, co się widzi lub przedstawienie problemu - zatem zamiast mówić "ile razy mam Ci powtarzać, zebyć gasił światło w łazience?!", mówimy "Zostawiłeś światło w łazience". Nastepny krok to udzielenie informacji: "Po wyjściu z łazienki gasi się światło" (zamiast np. "nie będziesz oglądał telewizji jak zaraz nie zgasisz tego światła!"). Krok trzeci: powiedz to JEDNYM SŁOWEM: "Zgaś światło" (zamiast: "zgaś natychmiast to światło ile razy muszę Ci to powtarzać czy w ogóle nie słuchasz co do Ciebie mówię?!"). Krok czwarty: porozmawiaj o swoich uczuciach: "Nie lubię, kiedy jest zapalone światło" (ale nie: "czy ty chcesz mnie wykończyć, już nie wytrzymam tego ciągłego powtarzania!!!!")  Krok piąty: napisz liścik, karteczkę, itp. W związku z tym, że Jeremi jeszcze nie umie czytać, w moim przypadku krokiem ostatecznym jest pytanie o zamiar: czy mam Ci napisać list? Oczywiście jest to krok piąty dopiero po przeczytaniu książki, wcześniej zatrzymywaliśmy się na gdzieś w okolicach czwartego kroku, a przynajmniej tak można uznać..... Na razie jeszcze nie dostałam odpowiedzi twierdzącej na to pytanie - sama zapowiedź otrzymania listu instrukcyjnego na szczęście powoduje u mojego malca wybuch śmiechu, luzuje napięcie i sprawia że wykonuje polecenie ;)     

Przetestowałam te magiczne formułki z książki. Jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, że one naprawdę działają.... Jest tylko jeden warunek sukcesu: trzeba je konsekwentnie stosować. Mnie wystarczyło gorliwości na tydzień, ale możecie się uczyć na moich błędach. Przypominam sobie o książce dopiero w momentach kryzysowych. Zazwyczaj muszę też dojść do kroku piątego żeby uzyskać zamierzony efekt. Ale nie ma krzyku. I w sumie to jest coraz lepiej. Skupiłam się na posłuszeństwie, które (a w zasadzie brak którego) jest moją obsesją, jednakowoż książka zawiera i inne pożyteczne fragmenty, o komunikacji z dziećmi in general. To znaczy, jak mówić do nich, żeby zwiększać ich pewność i wiarę w siebie, wiarę we własne możliwości i kreatywność (lektura tego fragmentu była dla mnie dużą przyjemnością bo okazało się że tak robię sama z siebie, bez żadnych suplementów literackich), jak uwolnić dzieci od grania ról, jak zachęcać do samodzielności, jak pomóc dzieciom radzić sobie z własnymi uczuciami. Równie ciekawe są fragmenty o tym, jak rozmawiać z dziećmi, by cieszyć się ich zaufaniem, żeby opowiadały o swoich problemach i lękach. Wielką zaletą książki jest formuła komiksowo-obrazkowa, jaką się posługuje. Zalecany sposób komunikacji z dziećmi jest zobrazowany sugestywnymi rysunkami. To pozwala łatwiej z jednej strony przyswoić a z drugiej strony powtórzyć zdobytą wiedzę.   Szczerze Wam polecam tę książkę. Nawet sceptycy nie wierzący w poradniki będą zaskoczeni efektami. Książka jest dla rodziców dzieci w każdym wieku.

Książka na zimowe wieczory. "Historia pszczół" Mai Lunde

Bardzo się cieszę, mogąc polecić Wam "Historię pszczół" Mai Lunde, książkę, która jest wprost stworzona do czytania pod cieplutkim kocem w mroźne zimowe długie wieczory. Rozgrzewa serce. To jest właśnie taka książka, jakie lubię najbardziej. Pięknie napisana, ciekawa, niebanalna i mądra. Nie jest to oczywiście książka przyrodnicza, ale piękna, przepiękna powieść, która z pewnością Was zachwyci. Od pierwszej do ostatniej strony, gdyż jest pozbawiona słabszych momentów. 
Chyba każdy ma do opowiedzenia jakąś historię związaną z pszczołami. Historie, które Maja Lunde opisuje w swojej książce, są naprawdę niezwykłe. To historie trzech rodzin, żyjących w zupełnie innych czasach i realiach. Spoiwem historii są pszczoły, a właściwie obsesja na ich punkcie. 
Pierwsza historia rozgrywa się w 1852 roku, w Heartfordshire, w Anglii, William, niespełniony naukowiec, właściciel sklepu z nasionami oraz głowa licznej rodziny (siedem córek i jeden syn!), popada w całkowitą niemoc, pogrążając się w coraz większej depresji.  Walka o utrzymanie rodziny zmusiła go do rezygnacji z marzeń o karierze naukowej. Ze stanu zapaści wyrywa go idea budowy nowego typu ula, który może całkowicie zrewolucjonizować pszczelarstwo na świecie. William rozpoczynając gorączkowe prace. Akcja drugiej historii rozgrywa się współcześnie  w Stanach Zjednoczonych. Jej głównym bohaterem jest hodowca pszczół, George. George marzy, by studiujący na uniwersytecie syn Tom podzielał jego pasję pszczelarską oraz przejął rodzinny interes. Przeżywa głębokie rozczarowanie, dowiedziawszy się, że Tom swoją przyszłość wiąże z pisarstwem. Rozdźwięk co do planów życiowych syna sprawia, że sytuacja w całej rodzinie jest mocno napięta. Napięcie potęguje fakt, że nagle w całych Stanach masowo wymierają pszczoły. Zagłada dotyka również hodowli George’a. Ostatnia historia to mroczna wizja świata pogrążonego w głębokiej katastrofie po wyginięciu pszczół. Z problemem głodu radzą sobie Chiny, gdzie mieszkańcy nieustannie pracują nad ręcznym zapylaniem roślin. Wśród nich jest kobieta – Tao, młoda żona, matka trzyletniego chłopca, Wei-Wena. Tao ubóstwa Wei-Wena. Szaleje z rozpaczy, gdy pewnego dnia syn zapada na tajemniczą chorobę i zostaje zabrany na obserwację w nieznane miejsce, po czym ginie po nim wszelki ślad. Zdesperowana Tao wyrusza w niebezpieczna podróż po postapokaliptycznych Chinach w poszukiwaniu swojego dziecka. 
W każdej historii bardzo wnikliwie i trafnie przedstawione są relacje rodzinne, szczególnie te na linii rodzic-dziecko oraz mąż-żona. W każdym wątku pojawia się problem porozumienia z dziećmi, kwestii wzajemnych oczekiwań, oraz funkcjonowania w związku małżeńskim. Czym jest rodzicielstwo, czym małżeństwo? Czy oznaczają całkowitą rezygnację z własnych planów i ambicji? Dlaczego relacje rodzinne psują się? Jak do tego dochodzi? Co się stanie, gdy rodzina się rozpadnie? Jak wiele jesteśmy znieść i poświęcić dla naszych dzieci? We wszystkich trzech historiach narracja jest pierwszoosobowa, co daje jeszcze lepszy wgląd w psychikę i emocje bohaterów. Każda z opowieści to wspaniałe studium relacji rodzinnych, ale nie tylko. To również powieść o czasem nieobliczalnych i strasznych konsekwencjach zupenie maych decyzji. Ten ostatni wątek jest silnie związany z katastroficzną stroną „Historii Pszczól”. Spomiędzy pięknych i subtelnych opowieści o ludziach, ich marzeniach i ambicjach wyłania się ponura wizja przyszłości, w której wyginęły pszczoły. „Historia pszczół” to apokalipsa Mai Lunde, którą jest świat bez pszczół. Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie skutki dla ludzkości niosłoby wyginięcie wszystkich pszczół na świecie? I czy to w ogóle jest możliwe? Jak się okazuje, to zagrożenie wcale nie jest tak abstrakcyjne, pszczoły już teraz masowo wymierają z przyczyn, które nie są do końca wyjaśnione (CCD – Colony Collapse Disorder). Zagłada pszczół okazuje się być jednym z większych zagrożeń dla współczesnego świata. 
„Historia pszczół” to jeden z największych bestsellerów w Norwegii ostatnich lat. Dawno nie czytałam tak pięknej, ciekawej, misternie skonstruowanej książki. Polecam.

Ogólna ocena: 6/6
 

O początkach chrześcijaństwa. "Królestwo" Emmanuela Carrère’a

 
“Królestwo” Emmanuel Carrère’a miało niewątpliwie bardzo dobrą prasę. Tak dobrą, że kupując książkę, czułam przyjemne podekscytowanie na myśl o przyjemnej lekturze, która mnie czeka.

Zgodnie z zapowiedziami, książka miała opowiadać o początkach chrześcijaństwa, i jednocześnie próbować wyjaśnić fenomen jego ewolucji z niszowej żydowskiej sekty, która z założenia nie miała zbyt wielkich szans na przetrwanie i w normalnych warunkach powinna zostać zapomniana, wraz z odejściem pierwszej czy drugiej generacji swoich wyznawców, do najpotężniejszej religii świata, wyznawanej przez jedną czwartą mieszkańców globu. O tym, jak ta niszowa sekta w przeciągu trzech-czterech stuleci rozsadziła od środka imperium rzymskie, a po upływie dwudziestu wieków od powstania wciąż determinuje życie ludzi na całym świecie. Brzmi superinteresująco, prawda?

Mój zapał ostudził – jak dla mnie przydługi – wstęp do książki, mający wyjaśnić powody, które skłoniły pisarza do zajęcia się tym jakże frapującym tematem. Wstęp miał ponad sto stron. Po jego przeczytaniu jasne było dla mnie jedynie, to, że Emmanuel Carrère jest strasznym narcyzem. Któż z nas jednak nie jest, pomyślałam, i kontynuowałam lekturę bogatsza o wiedzę na temat przemian religijnych pisarza (Emmanuel Carrère na skutek kryzysu życiowego został gorliwym, niemal fanatycznym katolikiem. Wziął katolicki ślub, ochrzcił dzieci, zajmował się lekturą oraz szczegółową analizą Ewangelii według świętego Jana. Nic tak strasznie dziwnego w katolickiego Polsce, coś zgoła szokującego w laickiej Francji).

„Królestwo” Emmanuela Carrère’a najbardziej przypomina laicki przewodnik po Nowym Testamencie. Głównymi bohaterami tego przewodnika są autorzy ksiąg Ewangelii Nowego Testamentu w osobach Pawła i Łukasza, tworzący razem bardzo specyficzny duet. Paweł to bohater dynamiczny, taki trochę Jacek Soplica, który po objawieniu się mu Chrystusa w drodze do Damaszku przechodzi religijne nawrócenie. Postać wybitna, obdarzona wielką charyzmą, choć nieco antypatyczna. Przypadek łączy jego losy z Łukaszem, spokojnym, kulturalnym, z wykształcenia lekarzem – w porównaniu jednak z Pawłem, postacią bardzo zwyczajną.  Carrère pomaga spojrzeć na napisane przez nich księgi jako wielką epicką opowieść, dostrzec w odczytywanych z ambony słowach fascynujące historie z początków chrześcijaństwa. Tak jak pisze Łukasz  w swojej Ewangelii: "Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które dokonały się pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei".  Trzeba przyznać, że Carrère pisze o Nowym Testamencie bardzo ciekawie, czyni liczne intertekstualne odniesienia, ma ciekawe refleksje i skojarzenia.

Odrobinę rozczarowała mnie jednak treść książki. Spodziewałam się, że część historyczna będzie bardziej pogłębiona. Owszem, pisarz przedstawia doświadczenia pierwszych chrześcijan na tle dziejów imperium rzymskiego i obyczajów w nim panujących. Pisze o początkowym postrzeganiu chrześcijaństwa jako tożsamego z judaizmem, o tym, jak atrakcyjną duchową ofertę stanowiło chrześcijaństwo w odartym z duchowości a skupionym niemal wyłącznie na obrzędowości świecie imperium. Wszystko to bardzo ciekawe, lecz w książce zaledwie wspomniane, delikatnie zarysowane. Stąd rozczarowanie.

Moja rezerwa wobec "Królestwa" ma podłoże nieobiektywne, inaczej sobie tę książkę wyobrażałam. Jeżeli chodzi o rekomendację, myślę, ze „Królestwo” warto przeczytać, ale może bez wygórowanych oczekiwań, jakie ja miałam.
 
Ogólna ocena: 3.5/6