Znacie to uczucie lekkiego
zażenowania, gdy oglądacie wasze stare zdjęcia, na których występujecie w
stylizacjach i fryzurach, które wówczas uznawaliście za totalnie szałowe, a
teraz…..? Lub gdy przypominacie sobie, jakiej muzyki słuchaliście w czasach
wczesnej młodości lub kto był wówczas waszym największym idolem…? Choć
przyznam, że na wspomnienie wesołych
twarzy chłopców z New Kids on the Block ogarnia mnie pewien sentyment, a refren
„Step by step” nostalgicznie i dźwięcznie rozbrzmiewa w mych uszach. Cóż, na
pewno nie doznaję tego uczucia, kiedy myślę o książkach Davida Lodge’a. W
dawnych minionych czasach wielbiłam go i uwielbiałam. Zamiast uczyć się do
klasówek obiecywałam sobie „jeszcze tylko dziesięć stron”, nigdy nie
dotrzymując obietnicy. Przeczytałam chyba wszystkie jego książki. Dlatego
naprawdę nie wiem jak to się stało, że w czasach mojej zaawansowanej fascynacji
twórczością tego autora nie przeczytałam „Alarmu odwołanego”. Musiałam dopiero
odwiedzić dawno nie odwiedzaną przyjaciółkę i dokonać tradycyjnego wywiadu
wśród zgromadzonych u niej w domu książek, żeby natknąć się na, pożyczyć a
następnie przeczytać „Alarm odwołany”.
Może i to dobrze, bo inaczej
nigdy nie napisałabym tego posta, co być może niektórych zachęci do sięgnięcia
po książki tego autora – czego z pewnością nie pożałują. Zwłaszcza, że właśnie
rozpoczyna się czas wyjazdów wakacyjnych i książki Davida Lodge’a są w sam raz,
żeby je spakować do walizki. Mają też poza gabarytowymi i inne zalety – są
inteligentne i zabawne, tym brytyjskim poczuciem humoru, które uwielbia cały
świat. Gdyby Hugh Grant mógł pisać książki, byłby Davidem Lodgem. Bohaterowie książek
Lodge’a to przeważnie przedstawiciele brytyjskiego świata akademickiego, a jako
że pisarz sam stanowi część tego świata,
pisze o nich celnie, barwnie, ze swadą oraz bardzo ironicznie. „British Museum w posadach drży”, „Terapia”,
„Zamiana miejsc” czy moje ulubione „Myśląc” to pozycje, które z czystym
sumieniem polecam na początek przygody z Lodgem. Będziecie płakać ze śmiechu.„Alarm odwołany” jest troszeczkę inny. Jak przyznaje sam autor, to najbardziej autobiograficzna z jego powieści. Wątek komediowy nie jest wątkiem dominującym, a raczej elementem składowym całości. Narratorem i głównym bohaterem jest Timothy Young, którego poznajemy jako kilkulatka podczas nalotów bombowych na Londyn w czasie II wojny światowej. Timothy nie chce, by skończyły się naloty, bo naprawdę fajnie wstaje się w środku nocy. W miarę dorastania rozumie coraz więcej, na swój dziecięcy sposób próbuje tłumaczyć sobie niewytłumaczalne. Tu mała dygresja, zawsze chętnie czytam opisy przeżyć wojennych pochodzące z innych krajów, to daje nowe spojrzenie na straszne wydarzenia tamtych mrocznych czasów. Najciekawszy w książce jest dla mnie jednak okres dorastania chłopca, w realiach życia w powojennej Anglii, oraz jego doświadczenia związane z pobytem w amerykańskiej strefie okupacyjnej w powojennych Niemczech. Timothy z dotkniętej ubóstwem i racjonalizującej wszystko mocno konserwatywnej Anglii jedzie na wakacje do Heidelbergu, na zaproszenie siostry będącej tam pracownicą cywilną w armii amerykańskiej. Okupowany teren Niemiec staje się dla niego terenem wyzwolenia osobistego. Pod skrzydłami armii amerykańskiej, pławiąc się w powszechnej dostępności dóbr wszelakich, doświadcza życia, jakie wówczas dostępne było jedynie dla nielicznych w zniszczonej wojną Europie. Razem z Timothym przez dziurkę od klucza, nie tak bardzo zszokowani jak on, podglądamy zaczątki hedonistycznego, materialistycznego, skupionego na posiadaniu życia, ku jakiemu niebawem miała zmierzać cała Europa i cały świat. Wyzwolenia czy nowego zniewolenia…?
Powieść bardzo mi się podobała, jednak nie polecam jej na początek przygody z Davidem Lodgem – jak już wspominałam to jest książka raczej wyjątkowa w jego twórczości. Ale kiedyś, kiedyś tam, jak najbardziej.
Ogólna ocena: 5/6.
Jestem pod wrażeniem. Bardzo fajny wpis.
OdpowiedzUsuń