Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecam. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 października 2018

O efekcie motyla. Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Już po kilku stronach “Dziedzictwa” wiedziałam, że Ann Patchett dołączy do grona moich ulubionych pisarzy. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż to szacowne grono zaczęło się już robić lekko skostniałe, i coraz bardziej zarozumiałe.

Chyba każdy czasem się zastanawia, jaki wpływ na jego życie mają drobne, niepozorne wydarzenia. Historia opowiedziana w „Dziedzictwie” jest świetną ilustracją dla takich rozważań. Jak dużo stałoby się oraz nie stałoby się w życiu dziesięciu osób, dwóch rodzin, gdyby Bert Cousins, policjant oraz sfrustrowany ojciec czworga dzieci, nie poszedł na przyjęcie z okazji chrzcin córki swojego kolegi z pracy, Fixa…Ta jedna decyzja, nie do końca świadoma, w zasadzie przypadkowa, okazała się dla rodzin Berta oraz Fixa wybuchem supernowej.

Przechodząc do konkretów oraz w skrócie, „Dziedzictwo” jest historią amerykańskiej patchworkowej rodziny rozgrywającą się na przestrzeni 50 lat, co z jednej strony brzmi interesująco, ale tak naprawdę nie najlepiej i dość pospolicie. Ciekawiej – jest to opowieść o skrywanych w szafie demonach, o strasznej tajemnicy i kłamstwie, o zdradzie i porzuceniu, śmierci i cierpieniu. Historia niedopowiedzeń, ukrytych głęboko żali i pretensji. Narracja jest wieloosobowa, ta sama historia jest opisywana kilka razy (no worries, żadnej nudy, a jedynie możliwość spojrzenia na wydarzenia z szerszej perspektywy). Z pozoru bardzo zwyczajna, książka zaskakuje w szczególe, pomiędzy słowami ukryta jest jakaś magia, jakiś czar, nie pozwalający odłożyć Wam tej książki aż do ostatniej strony.

Och, jak ja lubię takie książki – subtelne, a jednocześnie bardzo mocne. Słodko-gorzkie, z niebanalną historią, ciekawymi bohaterami, pełne humoru. Gdybym miała do czegoś porównać „Dziedzictwo”, to pewnie do pierwszych książek Johna Irvinga. Tym samym nie muszę już pisać, jak bardzo mi się ta książka podobała. I nic mnie w niej nie drażniło, nic mi nie przeszkadzało, co biorąc pod uwagę mój trudny charakter należy uznać za rzecz absolutnie wyjątkową.

To nie jest książka z gatunku tych, o których się szybko zapomina. Przeczytałam ją wiosną, i ciągle jestem pod jej dużym wrażeniem. Moja rekomendacja ma również akredytację – „Dziedzictwo” znalazło się na szczycie bestsellerów "New York Timesa" i zostało okrzyknięta książką roku 2016. Polecam na wszelkie okoliczności życiowe, wszystkie pory roku oraz dowolne godziny w ciągu doby.

 Ogólna ocena: 5/6

środa, 28 grudnia 2016

Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły


Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły...Brzmi kusząco, prawda? Chyba że tylko ja mam wrażenie, że kiedy mówię do moich dzieci, one włączają na mnie funkcję "mute", zmuszając mnie do powtarzania tysiąc razy tego samego. Znacie to? Zaczynacie mówić spokojnie, wiadomo, jednak w miarę przedłużającego się braku reakcji ze strony dziecka na polecenie przechodzicie we wściekłość i wrzask. I to straszne poczucie porażki że znów puściły wam nerwy. Że Wasze dzieci kompletnie Was ignorują, nie mają dla was za grosz szacunku, co przełoży się niechybnie na za grosz szacunku dla nauczycieli, szkoły oraz wszelkich innych instytucji łącznie z instytucją państwa, w związku z czym skończą jako bezrobotni, przestępcy lub co najmniej anarchiści. I na nic Wasz trud oraz wszystkie lekcje angielskiego.

Podobno książka „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły” autorstwa Adele Faber, Elaine Mazlish pomogła już milionom rodzin na całym świecie. Kupiłam ją skuszona wizjami moich dzieci w robotycznym półśnie wykonujących bez szemrania wszystkie polecenia. Ach, tak, marzę o władzy absolutnej. Niestety mam bardzo buntowniczą załogę na pokładzie. Ponieważ metody przymusu bezpośredniego nie wchodzą w grę, muszę być niczym Macchiavelli. Dlatego właśnie czytam takie książki jak będąca przedmiotem niniejszego posta.  Książka daje Wam konkretny know-how. Uczy skutecznych metod komunikacji z dzieckiem. Wskazuje na komunikaty i zachowania, które działają na dzieci, oraz na te, które dzieci kompletnie ignorują. Jest łatwo przyswajalna, operuje przykładem bardzo prostym do powtórzenia w tak zwanym codziennym życiu.  

Opiszę przykład metod komunikacji opisanych oraz zobrazowanych w książce. Sytuacja: nie zgaszone światło (ok, dla mnie taka sytuacja to jest tzw lajcik i wymaganie od moich maluchów żeby gasiły światło jest lata świetlne przede mną). Zwłaszcza że sama go nie gaszę. Ale taki przykład jest w książce, a więc wrócmy do naszej sytuacji nie zgaszonego światła. Krok pierwszy to opisanie tego, co się widzi lub przedstawienie problemu - zatem zamiast mówić "ile razy mam Ci powtarzać, zebyć gasił światło w łazience?!", mówimy "Zostawiłeś światło w łazience". Nastepny krok to udzielenie informacji: "Po wyjściu z łazienki gasi się światło" (zamiast np. "nie będziesz oglądał telewizji jak zaraz nie zgasisz tego światła!"). Krok trzeci: powiedz to JEDNYM SŁOWEM: "Zgaś światło" (zamiast: "zgaś natychmiast to światło ile razy muszę Ci to powtarzać czy w ogóle nie słuchasz co do Ciebie mówię?!"). Krok czwarty: porozmawiaj o swoich uczuciach: "Nie lubię, kiedy jest zapalone światło" (ale nie: "czy ty chcesz mnie wykończyć, już nie wytrzymam tego ciągłego powtarzania!!!!")  Krok piąty: napisz liścik, karteczkę, itp. W związku z tym, że Jeremi jeszcze nie umie czytać, w moim przypadku krokiem ostatecznym jest pytanie o zamiar: czy mam Ci napisać list? Oczywiście jest to krok piąty dopiero po przeczytaniu książki, wcześniej zatrzymywaliśmy się na gdzieś w okolicach czwartego kroku, a przynajmniej tak można uznać..... Na razie jeszcze nie dostałam odpowiedzi twierdzącej na to pytanie - sama zapowiedź otrzymania listu instrukcyjnego na szczęście powoduje u mojego malca wybuch śmiechu, luzuje napięcie i sprawia że wykonuje polecenie ;)     

Przetestowałam te magiczne formułki z książki. Jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, że one naprawdę działają.... Jest tylko jeden warunek sukcesu: trzeba je konsekwentnie stosować. Mnie wystarczyło gorliwości na tydzień, ale możecie się uczyć na moich błędach. Przypominam sobie o książce dopiero w momentach kryzysowych. Zazwyczaj muszę też dojść do kroku piątego żeby uzyskać zamierzony efekt. Ale nie ma krzyku. I w sumie to jest coraz lepiej. Skupiłam się na posłuszeństwie, które (a w zasadzie brak którego) jest moją obsesją, jednakowoż książka zawiera i inne pożyteczne fragmenty, o komunikacji z dziećmi in general. To znaczy, jak mówić do nich, żeby zwiększać ich pewność i wiarę w siebie, wiarę we własne możliwości i kreatywność (lektura tego fragmentu była dla mnie dużą przyjemnością bo okazało się że tak robię sama z siebie, bez żadnych suplementów literackich), jak uwolnić dzieci od grania ról, jak zachęcać do samodzielności, jak pomóc dzieciom radzić sobie z własnymi uczuciami. Równie ciekawe są fragmenty o tym, jak rozmawiać z dziećmi, by cieszyć się ich zaufaniem, żeby opowiadały o swoich problemach i lękach. Wielką zaletą książki jest formuła komiksowo-obrazkowa, jaką się posługuje. Zalecany sposób komunikacji z dziećmi jest zobrazowany sugestywnymi rysunkami. To pozwala łatwiej z jednej strony przyswoić a z drugiej strony powtórzyć zdobytą wiedzę.   Szczerze Wam polecam tę książkę. Nawet sceptycy nie wierzący w poradniki będą zaskoczeni efektami. Książka jest dla rodziców dzieci w każdym wieku.

wtorek, 20 grudnia 2016

Jaglany detoks na Święta

Podczas ostatniej wizyty w Empiku moją uwagę zwrócił trójpak zawierający pięknie wydanie książki Marka Zaremby, m.in. "Jaglany detoks". Jeżeli macie wśród rodziny lub znajomych fana zdrowego odżywiania, i nadal nie kupiliście dla niego prezentu, możecie śmiało kupić dla niego ten zestaw. Na pewno się ucieszy. Albo na start - po prostu "Jaglany detoks".

Jakiś czas temu świat oszalał na punkcie kaszy jaglanej. To szaleństwo nie ominęło i mnie, być może ze względu na moją świętej pamięci Prababcię Agnieszkę, wielką koneserkę tejże kaszy w wersji z suszonymi śliwkami. I właśnie to szaleństwo sprawiło, że zakupiłam "Jaglany detoks". Co więcej, zaaplikowałam jaglany detoks sobie oraz Mężowi. Oto relacja.

Preludium do detoksu było wypróbowanie przepisu na jaglaną szarlotkę. Podczas przyrządzania odrobinę irytuje mnie brak informacji o tym, na czym podsmażyć jabłka - czy to dla wszystkich takie oczywiste...? (decyduję się na olej kokosowy), oraz jak długo to robić (zdaję się na własną intuicję). W lekką konsternację wprowadza mnie następnie zalecenie, by mieszać składniki, aż ciasto będzie "zwarte". Czyli jakie, pytam mojego Męża, rozważając w międzyczasie nad zakresem semantycznym  słowa "zwartość". Na pewno nie takie, odpowiada Mąż, patrząc na zawartość mojej miski. Ponieważ jednak znudziło mi się już to całe mieszanie, nie zważając na skalę zwartości po prostu włożyłam ciasto do piekarnika, przykryłam usmażonymi według własnego uznania jabłkami. I wiecie co? Pomimo tych nieprecyzyjnych wskazówek ciasto wyszło obłędne! Przyznał to nawet mój Mąż, który do jaglanej szarlotki podchodził z dość dużą rezerwą (choć stopniowo pozbywa się uprzedzeń kulinarnych, bo przeżył już pesto z pokrzywy oraz chipsy z jarmużu). Jaglana szarlotka zniknęła bardzo szybko, gdyż uznaliśmy że to ciasto, które można jeść ile się chce bez najmniejszych wyrzutów sumienia bo w zasadzie ono jest prawie odchudzające :)

Wreszcie zabrałam sie za prawdziwy detoks. Dzień pierwszy. Moja półtoraroczna Pola zamiast na leniwe rzuca sie na moją sałatkę z kaszą gryczaną, kalafiorem curry i granatem, tak ładnie ta sałatka wyglada. Zupa brokułowa jest tak smaczna, że zjadam dwie porcje, co mam nadzieje nie unicestwia efektów detoksu już na starcie lub nie uniemożliwia osiągnięcia jego celów. Dzień drugi mija bez większych skandali, czuję się bardzo dobrze. Trzeciego dnia nie zjadam przepisanej na rano makrobiotycznej zupy z fasolką adzuki, gdyż nie namaczam na noc fasolki adzuki. W zamian robię sobie pyszny koktajl jaglano-dyniowy, który ma ponadto przepiękne zdjęcie, więc w sumie jestem zadowolona ze swojego zapominalstwa. Przerzucam zupę makrobiotyczną na inny dzień. Trzeci dzień detoksu, piątek.  Trudny dzień, mam wielką ochotę na winko z Mężem (ta sama trudność występuje zresztą w sobotę i w niedzielę, ale jakoś daję radę). Dzień czwarty był dniem modyfikacji. Na obiad miały być jaglane burgery, na które bardzo sie cieszyłam, gdyż na zdjęciu wyglądały bardzo apetycznie. Niestety, w ostatniej chwili okazało się, że nie mogę ich zrobić z powodu nienamoczenia ciecierzycy (czy fasolka adzuki i kazus zupy makrobiotycznej nie mogły mnie nauczyć, żeby czytać przepisy jeden dzień wcześniej?!). Zamiast burgerów zjadam wiec zupę proponowaną na kolacje, choć sam pomysł zjedzenia dwóch zup dziennie wzbudza we mnie estetyczna odrazę (zupa była też na śniadanie, nieszczęsna przerzucona na dzień piąty zupa makrobiotyczna, nad którą chyba zawisło jakieś fatum!). Kolejne dni upłyneły pod znakiem podobnych małych dramatów i drobnych modyfikacji względem proponowanego menu, ale poruszałam się cały czas w dozwolonej strefie.

Ogólnie, ten siedmiodniowy detoks był całkiem ciekawym doświadczeniem. Wymagającym nieco starań, ale o umiarkowanej skali. Podczas detoksu nie umiera się z głodu, tzn ja nie byłam w ogóle głodna. Wszystkie detoksykujące potrawy z menu były dość łatwe w przyrządzeniu, i bardzo apetycznie wyglądały. Co więcej,  nie zawierały w sobie dodatków w rodzaju oko żaby czy skrzydełka nietoperza (o ile takie takie pojęcia jak syrop z agawy, olej kokosowy i czarnuszka macie już oswojone). Podobno to bardzo zdrowo robić sobie od czasu do czasu takie detoksy.

Książka zawiera w sobie również pewne treści ideologiczne, które ja akurat pominęłam.

Książka jest pięknie wydana, o zdjęciach pisałam już kilka razy, że świetne, a papier ładnie pachnie.

Polecam, książkę na Święta, detoks po Świętach.

Ogólna ocena: 5/6

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Sześć w jednym, czyli o tym, co czytałam, gdy nie pisałam

Dzisiejszy post będzie miał charakter nieco odmienny od publikowanych przeze mnie do tej pory. W związku z moją skandalicznie długą absencją bloggerską będzie to bowiem post zbiorczy. Jak się domyślacie, to, że nie pisałam przez jakiś czas, nie oznacza oczywiście, że nie czytałam....Zapraszam zatem na krótki update w zakresie mojej niedawnej aktywności czytelniczej.

Urzeczona "Genialną przyjaciółką" Eleny Ferrante, przeczytałam dwie kolejne części neapolitańskiej tetralogii jej autorstwa: "Historię nowego nazwiska" oraz "Historię ucieczki". Wiedziałam już, czego mniej więcej się spodziewać po lekturze książek włoskiego Galla Anonima, więc być może żadna z tych książek nie wywołała u mnie efektu WOW. Każda zapewniła jednak porządną dawkę wzruszeń i solidną porcję czytelniczej rozrywki. Jeżeli nadal poszukujecie książek do zabrania na urlop, zdecydowanie polecam wszystkie książki Eleny Ferrante, a najbardziej jednak pierwszą, czyli "Genialną przyjaciółkę" :)

Przeczytałam "Górę Tajget" Anny Dziewitt-Meller - zabrania tej książki z kolei stanowczo odradzam na wakacje. No, chyba że uważacie zwiedzanie, plażowanie oraz ogólne beztroskie wypoczywanie i kontemplację za rozrywki uwłaczające Waszemu intelektowi. Ta książka raczej nie wprowadzi Was w wakacyjny nastrój. Na pewno jednak nie pozostawi Was obojętnymi. Powieść naświetla śląską odsłonę akcji "T4" z czasów II wojny światowej - uśmiercania dzieci w szpitalu w Lublińcu. Są tu też dramatyczne opowieści o wypędzeniach Ślązaków, wstrząsające historie o gwałtach i okrucieństwach popełnianych na Śląsku przez Armię Czerwoną. Mocna rzecz. Czasem wręcz pornografia przemocy i okrucieństwa. O Boże, wiem, że trzeba pamiętać i wiedzieć. Dla mnie to jednak było zbyt dużo...Dla chętnych.

Będąc na wakacjach w Chorwacji, przeczytałam książkę o Wietnamie "Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie" autorstwa Andrzeja Mellera. Książka zawiera dla mnie wszystko, co powinna zawierać powieść podróżniczo-reporterska. Jest tam troszkę o kulturze, historii i religii, troszkę o kuchni, nieco o przyrodzie, dużo o ludziach i ich mentalności. Książka rozbudziła we mnie pragnienie bardziej egzotycznych wypraw, nagle zapragnęłam, by moje dzieci były już wreszcie starsze, żebym mogła je obarczyć plecakami i wypędzić w dżunglę.

Przeczytalam "Mam na imię Lucy" Elizabeth Strout, i nie do końca podzielam zachwyty nad tą książką. No dobrze, nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją przez jeden wieczór (co nie było super osiągnięciem, liczy tylko 200 stron).  Książka momentami faktycznie była wstrząsająca,  pełna celnych spostrzeżeń o brutalnej i okrutnej niekiedy naturze ludzkiej,  świadczących o dużej wrażliwości autorki - wszystko to na kanwie opisu dzieciństwa głównej bohaterki, i jej próby ułożenia sobie relacji z matką. Ciągle miałam jednak wrażenie jakiegoś niedosytu, nie opuszczało mnie wrażenie, jakbym przeczytała tylko zarys, szkic powieści. Podczas krótkiego researchu na temat Elizabeth Strout dowiedziałam się, że zadebiutowała w wieku 42 lat, co natchnęło mnie nadzieją, że może i dla mnie nie wszystko stracone, gdyż skrycie marzę o napisaniu powieści, i zainteresowałam się jej bardziej popularną książką "Olive Kitteridge", którą chcę przeczytać w niedalekiej przyszłości.

Wreszcie, last but not least, przeczytałam "Małe życie" Hanyi Yanagihary. I się zachwyciłam...Zgadzam się bezwzględnie ze wszystkimi hasłami-wabikami z okładki, co jeżeli chodzi o mnie jak wiecie jest dużą rzadkością (pamięcie, jak się pastwiłam nad "Dziewczyną z pociągu"...? Btw nadal widzę to "dzieło" w kioskach i księgarniach, mój blog ma chyba za mało czytelników :) Ukrócając mą dygresyjną naturę i wracając do tematu, "Małe życie" to książka wstrząsająca, szokująca, chwytająca za serce, niepokojąca i wciągająca. Rozpoczyna się niczym zwykła opowieć o losach czwórki przyjaciół. Spodziewamy się historii o ich perypetiach życiowych, przyjaźniach, karierach, i miłościach. Gdy na plan pierwszy wysuwa się jeden z przyjaciół, Jude, książka stopniowo przeradza się w mroczną opowieść o traumie, cierpieniu i lęku. Jude doznaje w dzieciństwie ogromnych krzywd, które odciskają się piętnem na całym jego dorosłym życiu. Jest naznaczony, wydaje się być już nienaprawialny, niezdolny do tak zwanego normalnego życia, i to pomimo całej przyjaźni i miłości, jakiej później doświadcza. Wiecie, że dużo czytam, ale do tej pory nigdy, przenigdy opis traum zaznanych w dzieciństwie i poźniejszych tego następstw w życiu dorosłym nie został opisany tak, jak "Małym życiu".  Opowieść łamie serce, wzbudza gniew i oburzenie, burzy spokój ducha, nie pozwala zasnąć. Wybitna powieść, wielka literatura. Obojętnie kiedy, przeczytajcie. "Małe życie" tak naprawdę zasługuje na całą recenzję, i być może kiedyś ją napiszę. Na razie czuje, że jeszcze przetrawiam tę książkę...

Na tym kończę mój raport. Ach, może nadmienię jeszcze, że w czasie wakacyjnych wycieczek samochodowych do tej pory trzy razy wysłuchałam audiobooka "Hobbit, czyli tam i z powrotem" J.R.R. Tolkiena. W związku z zachwytem, jaki wzbudza w Jeremim ta książka, mam pewne obawy, że wysłucham jej jeszcze wiele razy...


Z najlepszymi wakacyjnymi pozdrowieniami,
Julita

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Genialna "Genialna przyjaciółka"


Rok 2016 pod względem czytelniczym już jest cudownie udany, zaczęłam od "Tajemnej historii" Donny Tarrt (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/01/bardzo-wciagajaca-tajemna-historia.html), po drodze był "Drach" Szczepana Twardocha (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/03/szczepan-twardoch-drach.html) oraz rewelacyjne "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana(http://julitaczyta.blogspot.com/2016/05/richard-flanagan-klasniecie-jednej-doni.html), a ostatnio, całkiem niedawno, odkrycie Eleny Ferrante. Właśnie skończyłam czytać "Genialną przyjaciółkę",  i jestem wprost oczarowana, gdyż jest to piękna, przepiękna książka.

Ostatni numer magazynu "Książki" na pierwszej stronie pyta "Kim jest najlepsza pisarka współczesnej Europy? Tajemnice Eleny Ferrante". Jonathan Franzen (mój wielki idol) również  zachwyca się jej prozą. Was też powinna zachwycić.

Postać samej pisarki jest bardzo tajemnicza - tak naprawdę nie wiadomo o niej zupełnie nic. Konsekwentnie, od lat ukrywa swą tożsamość oraz odmawia uczestnictwa w jakichkolwiek akcjach promocyjnych (co z początku było pewnie niezbyt w smak wydawnictwu, teraz zaś dodaje postaci pisarki dodatkowego czaru). Ferrante uważa, że książki powinny mówić same za siebie. Jej na pewno mówią. O popularności prozy pisarki we Włoszech może świadczyć fakt, że podobno włoskie biura organizują wycieczki po Neapolu śladami postaci z jej powieści. Ja dla Was zamieszczam tylko krótki przewodnik.

"Genialna przyjaciółka" to opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Eleny Greco (Eleny Ferrante?). Najważniejszą postacią dla dziewczynki w tym okresie jest jej przyjaciółka, charyzmatyczna i niepokorna Rafaella Cerullo, Lila. Wolny duch, a zarazem ptak uwięziony w klatce warstwy społecznej, z jakiej się wywodzi, oraz w patriarchalnej kulturze. Lila determinuje życie Lenucci, stanowi dla niej punkt wyjścia i punkt odniesienia. Sama bardzo zdolna, być może nawet genialna, pozbawiona środków na formalną kontynuację edukacji, motywuje Lenuccię (czasami nawet bezwiednie) do dalszej nauki.

Czy Elena Ferrante jest autorką, czy również narratorką "Genialnej przyjaciółki"? Tego nie wie nikt. Ferrante pięknie oddaje klimat przedmieść Neapolu i doskonale opisuje napięcia okresu dorastania (z tym, że książka jest jak najbardziej dla dorosłych). Szybko zapominamy, przynajmniej większość z nas, jak pełne dramaturgii były nasze dziecięce lata. Przyjaźnie na śmierć i życie, pierwsze fascynacje i miłości, wielkie plany i marzenia, zdrady, potajemne sojusze, zacięte rywalizacje... Oczywiście, z perspektywy czasu nasze dziecięce przeżycia i emocje mogą nam się wydawać błahe lub śmieszne. Ale umówmy się, wtedy takie nie były. Wtedy wszystko było tak ważne, jakby od tego zależały dalsze losy świata, a nasze życie co najmniej. Młody człowiek nie zna dystansu, angażuje się we wszystko całym sercem, i wszystko tak samo przeżywa. Podczas lektury miałam wiele reminescencji dotyczące własnego dzieciństwa i okresu dorastania. Zresztą, ostatnio mam je coraz częściej - jest to chyba kolejna po samoistnym wczesnym wstawaniu oznaka starzenia się (budzę się bez budzika o szóstej rano, sama z siebie...! Jak mam ciekawą książkę - jak na przykład "Genialną przyjaciółkę" - robię sobie dobrą kawę i czytam. Inaczej idę biegać.)

Po przeczytaniu książki zaczęłam intensywnie myśleć o wycieczce do Neapolu (śladami postaci z powieści lub nie, will see), oraz zapisałam się do publicznej biblioteki, by móc od razu zacząć czytać drugi tom trylogii Ferrante, "Historię nowego nazwiska" (nie było go w żadnej księgarni). To w sferze czynów. W warstwie werbalnej, jak napisałam powyżej.
Bardzo, bardzo Wam polecam tę książkę.


"Genialna przyjaciółka", Elena Ferrante, Wydawnictwo Sonia Draga


Ogólna ocena: 6/6









piątek, 20 maja 2016

Richard Flanagan, "Klaśnięcie jednej dłoni"


“Klaśnięcia jednej dłoni” Richarda Flanagana nie ma na liście bestsellerów w Empiku, nie przykuwa uwagi ostentacyjnie wyłożona na półki tuż przy wejściu do księgarni. A szkoda, bo łatwo przegapić tę książkę. Nie możecie absolutnie tego zrobić! Daję tej książce sześć punktów, żałując, że nie mogę dać siedmiu. Zasługuje na wszystkie punkty świata. 

Przygotujcie się na bardzo dużą dawkę mocnych wzruszeń. Ja czytałam książkę ze ściśniętym gardłem, wiele razy miałam łzy w oczach. Historia opisana w książce jest bowiem bezbrzeżnie smutna. Zaczyna się w 1954 roku, w zimową noc na Tasmanii, od sceny, kiedy młoda słoweńska imigrantka Maria Buloh opuszcza swoją trzyletnią córeczkę Sonję. Dlaczego młoda kobieta opuszcza swoje dziecko…? Co ją skłania do tak dramatycznego kroku…? Jakie nieszczęście się jej przydarzyło…? I dlaczego, mimo wszystko dlaczego opuszcza swoje małe dziecko…? Czy kiedykolwiek wróci… ? Czy uda się ją odnaleźć…? Te i dziesiątki innych pytań pojawiają się w głowie przy lekturze początkowych stron powieści.  

Głównymi bohaterami książki to pierwsze i drugie pokolenie słoweńskich imigrantów na Tasmanię. Porzuceni: mała Sonja, i jej ojciec, porzucony przez żonę Bojan Bulah. “Klaśnięcie jednej dłoni” nie jest jednak banalną książką o relacji ojciec-córka, i ich „dawaniu sobie rady w życiu” na przekór wszelkim przeciwnościom. O czym zatem jest ta książka? Punktem wyjściowym jest ukazanie, jak odejście Marii Buloh, żony, matki, jak to jedno wydarzenie (klaśnięcie jednej dłoni….) wpływa na całe życie pozostawionych. Jak je rozbija na drobne kawałeczki, które przez cały późniejszy czas próbują poskładać.  

Po odejściu żony Bojan Buloh szuka ukojenia dla swojej rozpaczy w alkoholu, szuka zapomnienia. Bezskutecznie. Bojan Buloh to bohater tragiczny, wewnętrznie rozdarty. Ofiarą jego bólu staje się Sonja i jej dzieciństwo, najgorszy koszmar, jaki może Wam się przyśnić. Przepełnione bólem, cierpieniem fizycznym i tęsknotą, przedwczesna dorosłość. W wieku szesnastu lat Sonja postanawia zawalczyć o siebie, opuszcza ojca i Tasmanię. Nigdy jednak nie może opuścić ich do końca. Dlatego po latach wraca, by odszukać klucz do siebie, ze strzępów wspomnień zbudować na nowo swoją tożsamość. Czy znajdzie w sobie siłę i chęć, by przebaczyć ojcu…? Czy on tego przebaczenia w ogóle chce, i czy go potrzebuje, czy nie zatracił się już całkowicie w autodestrukcji? Czy ojciec i córka przeskoczą przez dzielące ich morze samotności? Czy wreszcie odnajdą właściwe słowa, gesty dla pokazania swojej samotności, żalu, rozpaczy i miłości? 

To książka również tym, jak krzywdzimy tych, których kochamy. Flanagan opisuje skomplikowaną relację ojca i córki, obojga pokiereszowanych przez los, straumatyzowanych. Relację trudną i niszczycielską. Miłość miesza się w niej z przemocą, bohaterowie kochają się, i krzywdzą jednocześnie. Być może mają dobre intencje, ale nie znajdują odpowiednich słów ani gestów. Pogrążają się w samotności i rozpaczy. Czy mimo wszystko w relacji pomiędzy nimi znajdzie się miejsce na normalność, na zwyczajność, na spokój i poczucie bezpieczeństwa….?  

Flanagan funduje nam dużą dawkę bardzo trudnych emocji. Zabiera w podróż do ludzkiej duszy, tropi przeszłość, poszukując w niej wszystkiego, co zdeterminowało późniejsze losy. Wytacza przeciwko czytelnikowi naprawdę ciężką artylerię, poruszając takie tematy jak: miłość, przemoc, ojcostwo, wojna, uchodźcy, alkoholizm, dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości…I wiele innych. A to wszystko w jednej niezbyt grubej książce.  

„Klaśnięcie jednej dłoni” to druga książka Richarda Flanagana, którą czytam, (pierwsza to były „Ścieżki północy”, nagrodzone Nagrodą Bookera w 2014 roku). Chronologicznie to książka starsza niż „Ścieżki Północy” - właściwie debiut pisarza z 1997 roku. Wspólnym mianownikiem dla obu powieści jest na pewno ich przepiękny poetycki język. To w zasadzie nie są powieści, a poezja. Absolutnie przepięknie napisane…Bardzo Wam polecam tę książkę. Poważna, intrygująca, mocna lektura. Bardzo wzruszająca. Raczej z wyższej półki. Satysfakcja gwarantowana, wymagane jedynie pewne wyrobienie czytelnicze, któremu Wam jako czytelnikom mojego bloga na pewno nie brakuje.
Nie ma zdjęcia do posta, gdyż książkę pożyczyłam mojej Mamie, która ją przeczytała i również się zachwyciła. Natomiast jeszcze mi jej nie oddała.

Ogólna ocena: 6/6


czwartek, 24 marca 2016

Szczepan Twardoch, "Drach"

„Drach” Szczepana Twardocha został mi polecany, za którą to rekomendację bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki niej mogę teraz rekomendować tę książkę Wam, co też niniejszym oraz z najwyższą przyjemnością czynię.
 
Można by oczywiście napisać po prostu, że „Drach” opowiada o losach członków pewnej śląskiej rodziny na przestrzeni XX wieku - tak jak można by napisać, że „Zbrodnia i kara” to historia zabicia lichwiarki przez ubogiego studenta a „Romeo i Julia” to historia nieszczęśliwej miłości. „Drach” jest jednak czymś więcej. To literatura totalna, która ogarnia całość ludzkiego losu, epos o tragedii wpisanej w dzieje i w każdą pojedynczą jednostkę ludzką.
 
Książka jest osadzona w historii (i to przez duże „H”, bo historii XX wieku), która generuje ludzkie losy, sama nie jest jednak powieścią historyczną. Akcja książki rozgrywa się na Górnym Śląsku. Nie jest to jednak powieść o Śląsku, a na pewno nie wyłącznie o Śląsku. Owszem, pisarz ukazał burzliwe losy tych obszarów, ich zmienność, to, jak warunkowały one losy ludzkie. Opisał Śląsk jako ziemię rozdzieraną sprzecznymi wektorami. Tak jak zamieszkujący ją ludzie, tak jak my wszyscy. To opowieść o Śląsku, którego już oficjalnie nie ma, ale być może troszkę jeszcze jest, w ludziach, opowieściach, w kulturze i w języku.
 
Bohaterowie „Dracha” mówią wszystkimi językami świata, a na pewno po polsku, niemiecku, i śląsku (na marginiesie – w książce nie ma żadnych tłumaczeń). Tak już jest, że nie zawsze wszystko rozumiemy. Być może nie wszystko musimy rozumieć (a w warstwie bardziej dosłownej, w której mimo wszystko operuję przez większość swojego wolnego czasu, przyznam, że momentami zrozumienie dialogów w języku śląskim było dla mnie nieco problematyczne. Bo niemieckiego się uczyłam.)
 
Losy bohaterów książki są dramatyczne, i w sensie jednostkowym, i w sensie globalnym, jako pokolenia, a w zasadzie całych pokoleń uwikłanych w historię. Bohaterowie w książce są świetnie zarysowani, to postaci z krwi i kości, których losami jednak kieruje jakaś fatalna siła. Narracja powieści nie jest linearna, losy Josefa Magnora z początku wieku XX przeplatają się z losami jego potomka Nikodema Gemandera, kilkadziesiąt lat później. Książka ma liczne wątki poboczne, pełna jest dygresji, wycieczek w przyszłość, skoków w bok, rozważań nad naturą ludzkiej egzystencji.
 
Wielu uważa, że „Drach” to książka bardzo przygnębiająca. Nie uważam siebie za jednostkę niewrażliwą i nieempatyczną, wręcz przeciwnie. Mnie jednak „Drach” nie przygnębił. Oczywiście, nie można uznać tej książki za komiczną czy wesołą. To nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna. Po jej przeczytaniu miałam jednak tak wiele refleksji, że uczucie przygnębienia z powodu było nie było tragicznych losów bohaterów książki nie było na pewno dominujące. Coś innego najbardziej uderzyło mnie w książce, a mianowicie opisana powtarzalność ludzkich losów. Ich przenikanie się. Naszej łączność, często nieświadoma, z losami i doświadczeniami naszych przodków. Transcendencja ludzkiej egzystencji, a jednocześnie jej absolutna zwyczajność. Następstwo pokoleń, przyczyna i skutek, znaczenie i jednocześnie brak znaczenia wszystkiego, co się przydarza, w kontekście wieczności lub po prostu w szerszym kontekście. Takie były moje główne myśli, i to one mnie najbardziej zdominowały.
 
Wszystko to przez Dracha, którego pisarz wybrał na narratora powieści. Kim jest Drach, do końca nie wiadomo. To istota, ale bezcielesna, odwieczna,  którego ciałem jest ziemia. Drach wszystko wie i wszystko widzi. Daje początek wszystkiemu, jest końcem wszystkiego, gdy jednocześnie nic nie ma początku ani końca, tak jak jego istnienie. Przyznam, że narracja Dracha początkowo zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Albo może inaczej, piorunujące wrażenie pozostało, ta magiczna, mantryczna narracja naprawdę do mnie przemówiła, nie pozbawiła jednakowoż całkowicie krytycyzmu który kazał uznać, spostrzec a teraz napisać, że narracji Dracha było dla mnie w „Drachu” troszkę za dużo. Na tym mój zmysł krytycyzmu w stosunku do książki poprzestał.
 
W związku z tym i bez względu na powyższe uważam, że „Drach” to fantastyczna, wielowątkowa, wielowymiarowa książka. O wciągającym, mrocznym klimacie. Przeczytacie, nie przeczytacie, zdarzenie jak każdy inne, ma jakieś znaczenie, i jednocześnie nie ma żadnego znaczenia. Tak powiedziałby Drach. Ja radzę, sięgnijcie po nią koniecznie. Sama zabieram się za kolejną książkę Szczepana Twardocha, „Morfinę”.
 
 
Szczepan Twardoch, „Drach”,
 
Ogólna ocena: 5/6



czwartek, 3 marca 2016

Nick Hornby, Funny Girl

Po każdą nową książkę Nicka Hornb’yego, jednego z moich ulubionych pisarzy, pędzę i biegnę, pełna nadziei i niemal pewna że jej lektura dostarczy mi fantastycznej rozrywki. Pobiegłam zatem i po „Funny girl”, tym szybciej, że od wydania ostatniej książki pisarza minęło pięć lat. Następnie przeczytałam, bardzo dobrze się przy tym bawiąc, do czego i Was serdecznie zachęcam. Poniżej krótkie uzasadnienie dlaczego.
 
Książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że Nick Hornby to jeden z najpopularniejszych pisarzy brytyjskich, autor bestsellerów, takich jak „Wierność w stereo”, „Był sobie chłopiec”, czy „Juliet, naga”. Ja osobiście zawsze sięgam po książki ulubionych pisarzy z mieszanką uczuć - z jednej strony z ekscytacją, ale też i z niepokojem - czy książka będzie mi się podobać równie jak poprzednie?  Brzemię autora bestsellerowych powieści rozrywkowych - a takie niewątpliwie nosi Nick Hornby - czasami musi być bardzo ciężkie do udźwignięcia.... Dla Nicka Hornby'ego na szczęście na razie takie nie jest, czego dowodzi jego najnowsza książka. "Funny girl" to powieść inteligentna, dowcipna, a do tego wszystkiego jeszcze mądra. Ponadto, zgodnie ze swoim tytułem, książka jest naprawdę zabawna – o ile lubicie ten specyficzny brytyjski rodzaj poczucia humoru (wiem, uwielbiacie go, każdy go uwielbia). 
 
"Funny girl" to opowieść o perypetiach Sophie Straw, a właściwie Barbary Parker. Dziewczyna, śniąc o karierze w branży rozrywkowej, porzuca swoje rodzinne Blackpool, by wyjechać do Londynu i zacząć walczyć o realizację własnych marzeń. Jej talent, uroda oraz splot szczęśliwych okoliczności pozwalają jej na osiągnięcie wymarzonego celu. Zostaje gwiazdą telewizyjnego serialu, a co za tym idzie celebrity Londynu lat 60tych. A były to złote czasy telewizji: każdy miał już wtedy telewizor, a w nim tylko dwa kanały. Występowanie w serialu, a zwłaszcza w serialu komediowym niemal natychmiast czyniło z aktora rozpoznawalną megagwiazdę (nie tak jak dziś, kiedy gwiazdy seriali stają się rozpoznawalne dopiero po tym, jak wystąpią w „Tańcu z gwiazdami 20”, o ile ktoś jeszcze ogląda ten program). Serial, w którym Sophie zaczyna występować, to nie jest taki po prostu zwykły serial komediowy. To zwierciadło w którym odbija się społeczeństwo, a jednocześnie narzędzie do jego kształtowania. Losy serialowych bohaterów są kanwą dla przedstawienia głębokich podziałów wewnątrz brytyjskiego społeczeństwa (na Londyn i prowincję, na wykształconych na elitarnych uczelniach i tzw plebs, torysów i laburzystów…) oraz opisu przemian tego społeczeństwa na wielu płaszczyznach, poczynając od kwestii politycznych, poprzez życie społeczne, aż po sprawy obyczajowe jak stosunek do homoseksualizmu, rasizm czy feminizm. Z tej perspektywy „Funny girl” to coś więcej niż po prostu kolejna lekka, łatwa i przyjemna książka. To również książka o szukaniu życiowej drogi, dokonywaniu wyborów i determinacji. Pochodząca z prowincji Sophie o nie najlepszym akcencie (rzecz nie bez znaczenia w snobistycznych Londynie)  znajduje w sobie dość odwagi i siły by realizować swoje marzenia. Tak jak zauważa Sophie pod koniec książki, najważniejsze w życiu jest to, żeby próbować. Działać. Podejmować próbę. I starać się robić to, co się kocha. Simple as that…? Amen.

Kiedy piszę, że książka jest zabawna, znaczy to dla mnie naprawdę dużo. Mój Mąż spodobał mi się właśnie dlatego, że był bardzo zabawny (choć on sam nie był zbyt zachwycony tym moim wyznaniem :).
 
 
 Nick Hornby, "Funny girl"

Ogólna ocena: 4
 
/6




piątek, 19 lutego 2016

Nowa książka autorki "Zabić drozda"

Historia książki Harper Lee „Idź, postaw wartownika” jest naprawdę niesamowita. Książka została napisana w latach pięćdziesiątych, ale światło dzienne ujrzała dopiero w roku 2014 roku, odnaleziona pośród prywatnych rzeczy pisarki. Jej wydanie na całym świecie wzbudziło wielką sensację. Książka błyskawicznie stała się najczęściej zamawianą książką na Amazonie od czasów Harry’ego Pottera. Wszyscy chcieli przeczytać drugą książkę autorki uwielbianej powieści „Zabić drozda”, opisującej głęboki rasizm na południu Stanów Zjednoczonych w czasach Wielkiej Depresji (na podstawie której powstał niemniej znany film pod tym samym tytułem, ze słynną rolą Gregory Pecka).
 
Powieść „Zabić drozda” została okrzyknięta arcydziełem, w 1961 zdobyła nagrodę Pulitzera, sprzedano miliony jej egzemplarzy, i stała się ulubioną powieścią Amerykanów – według niektórych sondaży, popularniejszą w Stanach Zjednoczonych nawet niż Biblia. To tłumaczy wielkie zainteresowanie wokół wydania drugiej książki Harper Lee.
 
Pytanie tylko, czy to na pewno jest druga książka? Harper Lee napisała „Idź, postaw wartownika” zanim napisała „Zabić drozda”. Wydawca, który otrzymał egzemplarz „Idź, postaw wartownika”, zwrócił ją pisarce do dopracowania; wskazał, by skoncentrowała się na dzieciństwie i latach młodości głównej bohaterki, uznając te fragmenty książki za najciekawsze; Harper Lee dopracowała książkę, i w ten sposób powstała powieść „Zabić drozda”. „Idź, postaw wartownika” można zatem traktować jak pierwszy szkic powieści „Zabić drozda”. Choć wiele fragmentów książek jest do siebie bardzo podobnych, historie w nich opisywane różnią się od siebie, i to dość zasadniczo.
 
 
Czy to dzięki książce, czy dzięki filmowi, wszyscy pewnie kojarzą postać Atticusa Fincha, żarliwego obrońcy ciemnoskórego Toma Robinsona, niesłusznie oskarżonego o zgwałcenie białej kobiety. Postawa Atticusa Fincha spotkała się z ogromną dezaprobatą białej części mieszkańców jego rodzinnego miasta, Maycomb, a on sam i jego najbliżsi byli narażeni z tego powodu na ostracyzm społeczny. Atticus Finch został ikoną prawnika – pierwszego sprawiedliwego, wierzącego w niezbywalne prawo do uczciwego, bezstronnego procesu dla każdego bez wyjątku, bez względu na okoliczności.
 
Akcja „Zabić drozda” ma miejsce w połowie lat trzydziestych XX wieku, akcja ”Idź, postaw wartownika” – dwadzieścia lat później, w latach pięćdziesiątych. Dorosła, 26 letnia córka Atticusa, Jean Louise, znana lepiej jako Scout, wraca do rodzinnego Maycomb, by odkryć, że uwielbiany oraz idealizowany przez nią ojciec jest białym supremacjonistą (został…? zawsze był….?). Dziewczyna nie może uwierzyć w swoje odkrycie, jest nim zdruzgotana. Jej rozczarowanie przeradza się w straszny gniew. Czuje się zdradzona i oszukana; jak może dalej kochać osobę o poglądach tak sprzecznych z jej sumieniem, tak różnych od jej własnych…? Czy ma prawo odrzucić tego, który ją kocha i wychował, z powodu jego politycznych poglądów? Czy można przestać kochać z powodu innych poglądów politycznych? Czy miłość ponad podziałami jest w ogóle możliwa? Jaka będzie odpowiedź Atticusa, i co zrobi Scout – tego dowiecie się oczywiście z książki.
 
Opisana w „Idź, postaw wartownika” zmiana, jaka zaszła w Atticusie Finchu, faktycznie wprawia w osłupienie. Transformacja siedemdziesięciodwuletniego Atticusa w rasistę jest naprawdę szokiem. Wiele z poglądów wypowiadanych przez Atticusa jest takich, że tysiące rodziców, którzy po 1960 roku nazwali swojego syna „Atticus” na cześć bohaterskiego prawnika, mogłoby równie dobrze nazwać dziecko „Adolf”. Cóż, w „Idź, postaw wartownika” Harper Lee zabija bohatera bez skazy. Każe się zastanawiać, czy jego męstwo w latach trzydziestych było PRAWDZIWYM męstwem. Czy był bohaterem, bo paradoksalnie łatwiej było nim wówczas być, kiedy dominacja białych była niepodważalna, niż w latach pięćdziesiątych, kiedy uciskana czarna mniejszość zaczęła domagać się swoich praw i w ten sposób zagrażać uprzywilejowanej pozycji białych. Osądzana z perspektywy czasu a raczej z perspektywy kolejnej powieści bohaterska postawa Atticusa w „Zabić drozda” staje się mniej jednoznaczna. W tym aspekcie „Idź, postaw wartownika”, odbrązawiając postać Atticusa Fincha, jednocześnie przydaje jej głębi.
 
Nie jest jasne, czy 89 letnia dziś i niedomagająca Harper Lee kiedykolwiek chciała traktować „Idź, postaw wartownika” jako oddzielną książkę, czy chciała jej wydania. Faktycznie, książka nie ma tej siły rażenia co „Zabić drozda”. Niektórzy zastanawiają się, czy wydanie książki było w ogóle potrzebne. W tym momencie rozważania te są zupełnie teoretyczne i abstrakcyjne. „Idź, postaw wartownika” być może nie jest arcydziełem, ale to bardzo dobra, wielowymiarowa książka, która z pewnością nie sprawia że „Zabić drozda” przestaje być arcydziełem. Powieść „Zabić drozda” stanowi część światowego dziedzictwa kulturowego i z tego względu uważam, że wydanie „Idź, postaw wartownika” było celowe choćby po to, by opatrzyć ją dodatkowym kontekstem. Uważam że książkę warto przeczytać.
 
 
 „Idź, postaw wartownika”, Harper Lee
 
Ogólna ocena: 4/6
 

wtorek, 2 lutego 2016

Polska odsłona realizmu magicznego czyli Bajodużenie, Patrycja Prochot-Sojka

Na hasło “realizm magiczny” na myśl przychodzą od razu takie nazwiska jak Gabriel Garcia Marquez, Isabel Allende czy Carlos Fuentes. Polską reprezentantką tego stylu jest a raczej właśnie została Patrycja Prochot – Sojka, dzięki swojej debiutanckiej książce „Bajodużenie”. Postawienie jej w drugim zdaniu po zdaniu z tak wielkimi nazwiskami nie jest wcale nadużyciem. Książka zdobyła główną nagrodę w konkursie Promotorzy Debiutów 2015, i jest to nagroda zdecydowanie zasłużona. Jest mi niezmiernie miło być wśród pierwszych recenzentów tej książki.

Składa się na nią zbiór opowiadań mających miejsce w Ziegenhalls, przemianowanym wskutek zawirowań historii na Głuchołazy. W związku ze swoją przeszłością, Ziegenhalls to miejsce wyjątkowe, o specyficznym kontekście. Pełne duchów dawnych mieszkańców, pulsujące od zamierzchłych wydarzeń i niedopowiedzianych historii. Patrycja Prochot-Sojka je dopowiada.

Przedmiotem kolejnych opowiadań są historie mieszkańców Ziegenhalls. A są to historie zupełnie wyjątkowe i niesłychane. Historie rodzinne, historie osobiste, historie o miłości, o poszukiwaniu miłości i o braku miłości, o śmierci i o igraniu ze śmiercią. Patrycja Prochot-Sojka szczegółowo opisuje emocje swoich bohaterów oraz ich refleksje związane zagadnieniami natury egzystencjalnej. Pisarka wznosi się na wyżyny kunsztu literackiego opisując rozterki szeroko rozumianych istot pozaziemskich od których aż roi się w opowiadaniach. A dodatkowo jest w tym wszystkim bardzo dowcipna.

Jendak to właśnie miasto, Ziegenhalls/Głuchołazy, zdaje się być głównym bohaterem opowiadań debiutantki. Czy miasto jest skupiskiem bohaterów o wyjątkowych życiorysach, czy przyciąga takie osobliwe postaci, czy raczej kreuje…? Być może kreuje - rzeczywistość Ziegenhalls jest opisana tak, jakby była magiczna. Elementy racjonalnie niewytłumaczalne oraz rzeczywiste pozostają ze sobą w symbiotycznym związku. Granica pomiędzy światem realnym a światem fantastycznym w zasadzie nie istnieje. W Ziegenhalls równie naturalne jest to, że Leonia konwersuje z Jezusem a Matka Boska zwierza się Ludwiczce z problemów wychowawczych z tymże, jak to że wstaje słońce. To, że rodzina zegarmistrzów Kleistów ma w księgach zapisany swój los jest równie normalne jak codziennie wykonywane czynności typu sprzątanie czy gotowanie. Nikt nie wie jedynie że pomyślność rodu von Tildenów jest gwarantowana przez ubrania szyte dla członków rodu od pokoleń przez rodzinę Maurów Al-Churrich.

Patrycja Prochot-Sojka żongluje symbolem oraz metaforą, ściąga z piedestału Boga, Maryję, Jezusa, przydając im czysto ludzkie cechy oraz emocje. W pewnym sensie jest obrazoburcza, gdy stwierdza, że Bóg może się mylić. Do Ziegenhalls zagląda również śmierć, którą (mimo pewnego chłodu, który zachowuje) targają ludzkie namiętności. Bohaterowie opowiadań nie kwestionują istnienia w ich życiu magii oraz zjawisk nadprzyrodzonych, ale przyjmują swój los, w dużej mierze kształtowany przez wypadki magiczne oraz zdarzenia niewyjaśnione, z akceptacją i zrozumieniem.

Wszystkie historie opisywane w książce są arcyciekawe, gratuluję pisarce wyobraźni. Przypominają troszeczkę bajki dla dorosłych. Jest w nich coś niesamowicie pozytywnego. Ponadto, pisarka ma ironiczne poczucie humoru które przebija z kart książki, co dla mnie zawsze jest bardzo dużym plusem.

Jestem zauroczona oposanymi w książce historiami oraz niecodzienną dziejami miasta. Opowiadania napisane są bardzo pięknym językiem, Katarzyna Prochot – Sojka biegle włada językiem polskim i niestraszne jej są żadne jego meandry. Opisywany przez nią wciąga i fascynuje. Lektura książki pozwala na moment uciec od szarej rzeczywistości za oknem. Bardzo przyjemny to skok w bok, polecam zamiast wszelkich innych.

 

„Bajodużenie”, Patrycja Prochot-Sojka, Wydawnictwo Mamiko


wtorek, 19 stycznia 2016

Bardzo wciągająca "Tajemna historia"

Wielu zastanawia się, czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia. Jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenia, zakochałam się w książce „Tajemna historia” Donny Tarrt od przeczytania pierwszej strony. A nawet od przeczytania pierwszych kilku zdań. Nie rozumiem, dlaczego autorka nagrodę Pulitzera dostała za „Szczygła”, a nie za „Tajemną historię”, będącą jej debiutem - mnie „Tajemna historia” podobała się znacznie bardziej niż „Szczygieł”.
 
Już od pierwszej strony książki wiadomo, że zostało popełnione morderstwo. Grupa młodych ludzi zamordowała swojego kolegę. Podobnie jak w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, nie mamy zagadki. Przez pierwszą połowę książki śledzimy, w jaki sposób doszło do morderstwa, odkrywamy jego psychologiczne motywy. Samo morderstwo jest w książce swoistym punktem kulminacyjnym, mimo iż od samego początku było wiadomo, że do niego dojdzie. W dalszej części książki w napięciu oczekujemy, czy winni zbrodni poniosą karę. Po cichu liczymy, że nie…Napięcie nie spada ani przez chwilę, przez ani jedną z ponad sześciuset stron. Czy sprawcom uda się im uniknąć wszelkich konsekwencji…? Czy będą potrafili żyć normalnie…?
 
Życzyłabym sobie jak najwięcej takich powieści. Przepięknie napisanych, bardzo klimatycznych, z barwnymi, nieco tajemniczymi bohaterami, z ciekawą, zagadkową fabułą. Akcja książki jest osadzona w malowniczej scenerii starego uniwersytetu w Stanach Zjednoczonych. Główni bohaterowie to grupa inteligentnych i ekscentrycznych studentów filologii klasycznej, zgromadzonych wokół charyzmatycznego profesora Morrisa. Każdy z nich jest wielką indywidualnością, ale razem stanowią zgraną drużynę. Do ich hermetycznego grona próbuje dołączyć Richard Papen, student rozpoczynający dopiero naukę na uniwersytecie a zarazem narrator powieści. Powoli przenika do grupy, poznając jej coraz mroczniejsze sekrety…
 
„Tajemna historia” to przepięknie napisana piękna powieść o moralności, sztuce, karze i odkupieniu. Współczesna tragedia grecka. Mroczna, hipnotyczna, wciągająca książka. Absolutnie zniewalająca. Być może moje skojarzenie ze „Zbrodnią i karą” nie było przypadkowe, „Tajemna historia” trochę przypomina powieść z XIX wieku, z rozbudowaną fabułą, uwikłanymi w przeróżne konflikty wielowymiarowymi bohaterami oraz danymi uważnemu czytelnikowi pod rozwagę wieloma zagadnieniami natury etycznej.
 
Za tę książkę chciałabym bardzo podziękować Świętemu Mikołajowi. Świat gdzie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia oraz Święty Mikołaj jest super.
Ogólna ocena: 6/6
 
Donna Tarrt, Tajemna historia, Wydawnictwo Znak Literanova

wtorek, 12 stycznia 2016

"Bez skazy", Jonathan Franzen


Przeczytawszy “Korekty” oraz “Wolność” nie da się nie oczekiwać kolejnych książek Jonathana Franzena bez niecierpliwości. Obie książki były dla mnie niczym objawienie, błyskotliwe, ironiczne, z dobólowo wręcz trafnymi obserwacjami społecznymi oraz momentami brutalną psychoanalizą głównych bohaterów. Zapewniły Franzenowi miejsce w panteonie najważniejszych pisarzy USA oraz wśród moich ulubionych pisarzy.
 
Jego najnowsza powieść "Bez skazy" to ciąg dalszy zapoczątkowanej w poprzednich powieściach kroniki Stanów Zjednoczonych (choć akcja powieści toczy się również w byłej NRD oraz w Boliwii). Kroniki bardzo krytycznej, nie kroniki-propagandowej laurki. Tym razem Franzen opisuje Stany Zjednoczone ery Baracka Obamy, zmęczone zawiedzionymi nadziejami pokładanymi w prezydencie, długotrwałym kryzysem finansowym, wstrząsane przeciekami Wikileaks oraz kolejnymi sensacjami ujawnianymi przez Edwarda Snowdena czy Juliana Assange'a (analogie w książce nie są nawet zbyt mocno ukryte).


W „Bez skazy” Jonathan Franzen opisuje trzy zgrabnie powiązane ze sobą wątki: młodej, zagubionej Purity/Pip, Andreasa Wolfa – pochodzącego z NRD charyzmatycznego outsidera w typie Assange’a, oraz toksycznego związku dziennikarza Toma Aberranta i ekstrawaganckiej Anabel.
 
Dwudziestotrzyletnia Purity (dla przyjaciół, znajomych oraz całego świata Pip) po ukończeniu studiów ma do spłacenia 130 tysięcy dolarów kredytu studenckiego, a w związku ze słabo opłacaną pracą jej sytuacja finansowa jest tragiczna. Tak samo jak perspektywy życiowe.  Pip bardzo pragnie poznać swojego ojca, co uniemożliwia jej niezrównoważona, egocentryczna matka, fanatyczna wyznawczyni ideologii New Age. Pip liczy na to, że gdyby odnalazła swojego ojca, ten pomógłby jej w spłacie zaciągniętego kredytu. Wkrótce dziewczyna zaczyna pracę dla enigmatycznego portalu na kształt Wikileaks, ujawniającego oszustwa i wykroczenia popełniane przez światowe rządy i korporacje. Liczy, iż korzystając z dostępnych tam narzędzi uda jej się odnaleźć ojca. Wdaje się w romans z jego właścicielem, Andreasem Wolfem, i zostaje uwikłana w niebezpieczną grę której reguły zna tylko Andreas Wolf. 
 
Andreas Wolf to ex-cudowne dziecko wysoko postawionego dygnitarza z NRD (przyznam, że Franzen zaskoczył mnie swoim opisem rzeczywistości państwa totalitarnego jakim było NRD. Wydawało mi się, że tak wiarygodne i przekonywujące opisy są zastrzeżone wyłącznie dla tych, którzy doświadczyli bezpośrednio rzeczywistości państwa totalitarnego); wyklęte z rodziny po publikacji antysystemowego wiersza (!). Po wielu zawirowaniach Andreas Wolf staje się twarzą antykomunistycznej rewolucji, co umożliwia mu karierę na arenie międzynarodowej. W pewnym punkcie życia napotyka na swojej drodze Toma Aberranta.
 
Tom Aberrant ma za sobą nieudane małżeństwo z Anabel, toksyczną córką amerykańskiego milionera; przyjęcie spadku po jej ojcu umożliwia Tomowi realizację swojego marzenia w postaci otwarcia portalu informacyjnego.
 

Każdy z tych wątków jest tak rozbudowany iż w zasadzie mógłby stanowić osobną powieść. Losy głównych bohaterów są ze sobą po mistrzowsku oraz bardzo misternie powiązane; odkrywanie tych powiązań sprawia, że od książkę czyta się jak thriller, i  nie można się oderwać. Czytelnik do samego końca jest trzymany w napięciu i niepewności....
 
Jonathan Franzen jest świetnym psychologiem i również w swojej nowej powieści nie zawodzi pod tym względem, przeprowadzając dokładną wiwisekcję swoich bohaterów oraz ich rozterek życiowych. Tłem dla poplątanych relacji międzyludzkich są zagadnienia związane z internetem, władzą, jaką on daje, oraz zagrożeniem jakie tworzy, m.in. manipulacji informacjami. "Bez skazy" to psychologiczny thriller a zarazem moralitet.
 
Krytycy nie odnieśli się najlepiej do tej książki. Osobiście nie uważam jej za wybitną, ale za bardzo dobrą – na pewno. Być może miażdżąca ocena powieści wynika z bardzo wysokich oczekiwań względem Jonathana Franzena. Nie ukrywam, sama miałam takie oczekiwania, dlatego mnie również odrobinę rozczarowała. Natomiast z pewnością zapewniła dużo dobrej rozrywki. Oraz skłoniła do kilku przemyśleń; na które miałam sporo czasu, gdyż książkę czytałam na wakacjach, co widać na załączonym obrazku.
 

Ogólna ocena: 4,5/6
 

Jonathan Franzen, Bez skazy, Wydawnictwo Sonia Draga, Warszawa 2015



 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

"Ścieżki północy", Richard Flanagan, 49/52

Kupuję „Ścieżki północy” Richarda Flanagana zachęcona hasłami z okładki: „zniewalająco piękna książka” (Sunday Times), „wielka powieść” (New York Times), „zostaje w pamięci na zawsze” („The Times”) , no i Bookerem 2014. Po przeczytaniu podzielam tę opinię, ale moja historia z książką jest trudna.
 
Przyznam, że książka nie zachwyciła mnie od razu. Od nieprzeczytania byłam tylko o mały włos Zaczęłam ją czytać w Warszawie, w wielkim biegu (to 52 challenge nieco mnie jednak stresuje), pobieżnie, kartkować w zasadzie, wśród tysiąca innych spraw do załatwienia, i w efekcie zniechęcona odłożyłam ją na półkę po ok 70 stronach.
 
Wróciłam do niej, a w zasadzie zaczęłam czytać od początku, na wakacjach na Teneryfie. Widok na majestatyczne Los Gigantos, szum fal Oceanu Atlantyckiego oraz miarowe oddechy moich porażonych tlenem dzieci okazały się idealnym tłem do lektury tej książki. I wreszcie, w końcu, zachwyciłam się, choć być może mogłabym pomyśleć o wielu bardziej wakacyjnych lekturach. Książka okazała się faktycznie niesamowicie piękna, i zdecydowanie warta przeczytania. Nie da się jej jednak czytać w autobusie, to książka wymagająca ciszy, skupienia i uwagi, trochę jak poezja.
Książka opowiada o losach żołnierzy przebywających w japońskim obozie jenieckim i pracujących przy budowie Kolei Śmierci, 400 kilometrowej linii kolejowej wiodącej z Bangkoku w Tajlandii do Rangunu w Birmie. Budowa tej kolei miała dla Japonii strategiczne znaczenie w czasie II wojny światowej, miała umożliwić szybkie przemieszczanie się oraz aprowizację cesarskiej armii w związku z planowaną ofensywą na Indie. Z tego względu Japończycy dążyli do jej wybudowania za wszelką cenę, bez względu na jakiekolwiek koszty, w tym a może przede wszystkim bez względu na koszty ludzkie. Trudno określić, jak wiele ofiar pochłonęła budowa tej linii, szacunki wahają się między 100 a 200 tysiącami zmarłych. Jednym z więźniów pracujących przy budowie linii kolejowej był ojciec Richarda Flanagana, któremu zresztą dedykowana jest książka. „Ścieżki północy” ocalają te często bezimienne ofiary od zapomnienia, nadają im imiona oraz nazwiska.
Głównym bohaterem „Ścieżek północy” jest Dorrigo Evans, z zawodu jest chirurg. Kiedy wybucha II wojna światowa, Dorrigo trafia do obozu jenieckiego, ale tam jego walka dopiero się zaczyna. W koszmarnych warunkach, w piekle birmańskiej dżungli, jako chirurg toczy zacięty bój o życie setek, dziesiątek swoich towarzyszy, o życie każdego z nich. Jego przeciwnik to sterowany kodeksem bushido japoński obłęd wojenny. Obraz obozu jenieckiego w dżungli jest wstrząsający, podobnie jak nieprawdopodobne okrucieństwo Japończyków wobec jeńców, stosowane w imię kultu Cesarza, ślepe na ból i cierpienie (japońscy żołnierze podczas dekapitacji deklamują haiku; książka zawiera zresztą wiele odniesień do literatury japońskiej - tytuł powieści został zainspirowany przez klasyczne haiku Matsuo Basho).
Ale „Ścieżki północy” to nie tylko powieść wojenna, ale również love story, na dodatek oparta na prawdziwej historii opowiedzianej pisarzowi przez ojca. Naprawdę bardzo romantycznej, choć zarazem tragicznej.
Książka jest bardzo poetycka, momentami przypomina japońskie haiku. Nawet zawarte w niej opisy dramatycznych wydarzeń oraz drastycznych scen mają w sobie swojego rodzaju smutne piękno. Znalazłam też w tej książce świetny fragment dotyczący literatury: „Dobra książka (…) sprawia, że chce się ją przeczytać jeszcze raz. A książka wielka każe człowiekowi jeszcze raz przeczytać swoją duszę”. Czytałam swoją duszę czytając „Ścieżki północy”, i Wam to też serdecznie polecam.
Ogólna ocena: 5,5/6
Richard Flanagan, „Ścieżki północy”, Wydawnictwo Literackie