Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 października 2018

O efekcie motyla. Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Już po kilku stronach “Dziedzictwa” wiedziałam, że Ann Patchett dołączy do grona moich ulubionych pisarzy. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż to szacowne grono zaczęło się już robić lekko skostniałe, i coraz bardziej zarozumiałe.

Chyba każdy czasem się zastanawia, jaki wpływ na jego życie mają drobne, niepozorne wydarzenia. Historia opowiedziana w „Dziedzictwie” jest świetną ilustracją dla takich rozważań. Jak dużo stałoby się oraz nie stałoby się w życiu dziesięciu osób, dwóch rodzin, gdyby Bert Cousins, policjant oraz sfrustrowany ojciec czworga dzieci, nie poszedł na przyjęcie z okazji chrzcin córki swojego kolegi z pracy, Fixa…Ta jedna decyzja, nie do końca świadoma, w zasadzie przypadkowa, okazała się dla rodzin Berta oraz Fixa wybuchem supernowej.

Przechodząc do konkretów oraz w skrócie, „Dziedzictwo” jest historią amerykańskiej patchworkowej rodziny rozgrywającą się na przestrzeni 50 lat, co z jednej strony brzmi interesująco, ale tak naprawdę nie najlepiej i dość pospolicie. Ciekawiej – jest to opowieść o skrywanych w szafie demonach, o strasznej tajemnicy i kłamstwie, o zdradzie i porzuceniu, śmierci i cierpieniu. Historia niedopowiedzeń, ukrytych głęboko żali i pretensji. Narracja jest wieloosobowa, ta sama historia jest opisywana kilka razy (no worries, żadnej nudy, a jedynie możliwość spojrzenia na wydarzenia z szerszej perspektywy). Z pozoru bardzo zwyczajna, książka zaskakuje w szczególe, pomiędzy słowami ukryta jest jakaś magia, jakiś czar, nie pozwalający odłożyć Wam tej książki aż do ostatniej strony.

Och, jak ja lubię takie książki – subtelne, a jednocześnie bardzo mocne. Słodko-gorzkie, z niebanalną historią, ciekawymi bohaterami, pełne humoru. Gdybym miała do czegoś porównać „Dziedzictwo”, to pewnie do pierwszych książek Johna Irvinga. Tym samym nie muszę już pisać, jak bardzo mi się ta książka podobała. I nic mnie w niej nie drażniło, nic mi nie przeszkadzało, co biorąc pod uwagę mój trudny charakter należy uznać za rzecz absolutnie wyjątkową.

To nie jest książka z gatunku tych, o których się szybko zapomina. Przeczytałam ją wiosną, i ciągle jestem pod jej dużym wrażeniem. Moja rekomendacja ma również akredytację – „Dziedzictwo” znalazło się na szczycie bestsellerów "New York Timesa" i zostało okrzyknięta książką roku 2016. Polecam na wszelkie okoliczności życiowe, wszystkie pory roku oraz dowolne godziny w ciągu doby.

 Ogólna ocena: 5/6

piątek, 25 sierpnia 2017

"Listy do pałacu" Jorge Díaz


"Listy do pałacu" to „Hiszpański Remarque”, „Nowość" oraz „Nr 1 na listach bestsellerów w Hiszpanii” – dlatego wypożyczam książkę z biblioteki. Książka nie byłaby moim pierwszym wyborem, ale naprawdę się spieszyłam, i nie mogłam w bibliotece wyjść poza strefę półki z nowościami. Choć interesuję się historią, niespecjalnie lubię powieści historyczne, dlatego mam dużą rezerwę względem czekającej mnie lektury. Na szczęście czeka mnie przyjemne rozczarowanie.

Historia zaczyna się w Hiszpanii, w przededniu wybuchu I wojny światowej. Blanca Alcarez jest w trakcie ostatnich przygotowań do swojego zaaranżowanego małżeństwa z Carlosem de la Era (melodyjne imiona i nazwiska głównych bohaterów od razu wprowadzają mnie w przyjemnie relaksacyjny nastrój). W zasadzie wszystko jest już gotowe. Ślub Blanki ma być jednym z głównych wydarzeń sezonu. Staje się jednak nawet czymś więcej, gdyż Blanka przed ołtarzem mówi swojemu narzeczonemu "nie" - z powodów, które następnie szczegółowo wyjaśnia wszystkim zgromadzonym. Muzyka milknie, goście się rozchodzą, prezenty zostają odesłane. Pozostaje atmosfera wielkiego skandalu. Następnego dnia w Sarajewie Gawriło Princip dokonuje zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Wybucha I wojna światowa. Hiszpania roztropnie zachowuje neutralność. W pewnym momencie do Pałacu Królewskiego w Madrycie dociera list napisany przez francuską dziewczynkę Sylvie, poszukującej swojego zaginionego brata. Ten list staje się impulsem do powołania Urzędu ds. Ochrony Jeńców, w którego prace osobiście bardzo mocno angażuje się hiszpański król Alfons XIII.  Szacuje się, że w czasie swojego działania Urząd pomógł około 200 tysiącom jeńców wojennych. Jedną z głównych osób zaangażowanych w prace komitetu jest Blanca Alcarez.

Zacznę od dobrych rzeczy. W książce występują wszystkie składniki dobrej powieści. Wielka historia, wielka polityka, romans, wartka akcja i wyraziści bohaterowie, i to wszystko w miarę dobrze dobranych proporcjach. Powieść wciąga, momentami nie można jej odłożyć na bok.

Niestety, mogłabym również napisać o tej książce sporo złego:  że relacja z działań wojennych jest powierzchowna, bohaterowie są czarno-biali i nieco infantylni, a wątki raczej przewidywalne i schematyczne. Mogłabym, ale nie chcę, bo lektura tej książki w dość niespodziewany sposób przyniosła mi sporo relaksu i przyjemności. Moja taryfa ulgowa dla książki wynika być może z faktu, że przez cały czas trwania lektury miałam nieodparte wrażenie, że czytam bajkę. Bajkę dla dorosłych, ale wciąż bajkę.

Jeszcze jedna dłuższa dygresja. Nie wiem, czy na maturze nadal pisze się prace na określony temat. Gdyby tak było, i gdyby pojawiło się hasło „wybory życiowe”, „Listy do pałacu”  Jorge Díaza mogłyby stanowić doskonałą ilustrację dla tego tematu. Począwszy od Blanki, niemal każdy z bohaterów powieści staje przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji - dotyczącej najprzeróżniejszych sfer życia. Czasem, by przetrwać. Czasem, by żyć zgodnością. Czasem, by prostu dalej żyć normalnie. Wszyscy bohaterowie są w jakimś sensie zaangażowani w toczący się konflikt zbrojny. Wielu decyduje pomiędzy bielą a czernią. Wielu jednak decyduje pomiędzy różnymi odcieniami szarości. Dla mnie „Listy do Pałacu” to przede wszystkim książka o wyborach życiowych - nie dobrych lub złych, tyko naszych lub cudzych.  
Być może troszkę się zagalopowałam, to przez te gorące sierpniowe noce. Dla uniknięcia wątpliwości.  „Listy do Pałacu” to nie jest w żadnym razie traktat filozoficzny ani powieść egzystencjalna. Dopisek na okładce „Hiszpański Remarque” też jest mocno przesadzony – Jorge Diaz jest o kilka półek literackich niżej niż Erich  Remarque, a fakt, że Diaz też pisze o I wojnie światowej, nic tu nie zmienia ani nie pomaga. Chyba każdy może znaleźć w „Listach do Pałacu”  coś dla siebie. Niektórzy trochę historii, niektórzy trochę romansu, inni troszkę powieści przygodowej, jeszcze inni powieści obyczajowej. A wynieść każdy dla siebie może to, co chce. Na pewno trochę przyjemności.


Ogólna Ocena: 3,9/6

piątek, 31 marca 2017

Idealna lektura na weekend, "Dzielnica występku" Mario Vargas Llosy

Zawsze mam lekkie wyrzuty sumienia, kiedy zamiast recenzji rekomendującej książkę, zniechęcam do przeczytania czegoś. Tylu ludzi mówi mi, że używa mojego bloga jako przewodnika po księgarni, że w związku z tysiącem pozycji dostępnych na rynku czytelniczym odczuwa wielką dezorientację i kieruje się moimi rekomendacjami przy zakupie książek, że czuję się w obowiązku polecać książki! Dlatego po (fakt, nie bardzo miażdżącej, ale jednak) recenzji "Słowika" Kristin Hannah, z wielka przyjemnością chciałabym bardzo polecić Wam najnowszą książkę Mario Vargas Llosy - "Dzielnicę występku". Zacznę z wysokiego C, uważam, że książka jest małym arcydziełem.

Zaczyna się bardzo interesująco, od opisu nagłego wybuchu namiętności pomiędzy dwiema przyjaciółkami. Wszystko jest opisane bardzo pięknie i bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo bezpretensjonalnie i naturalnie. Nagły wybuch namiętności nie jest jednorazowym wybrykiem, a raczej preludium, gdyż cała książka jest przesycona erotyzmem i zmysłowością. Obok wątków obyczajowych, w powieści bardzo szybko zaczynają się pojawiać wątki społeczne oraz polityczne. Pojawia się wielki skandal, w którym główną rolę odgrywają media, seks, oraz polityka. Cała intryga powieści jest bardzo misterna i bardzo wciągająca, ale pozostawiam Wam jej samodzielne odkrycie i śledzenie. Obawiam się, że nawet mała zajawka mogłaby Wam zdradzić ciut zbyt dużo. Skupię się zatem na dalszych zachwytach nad książką. 

Bardzo rzadko zdarza mi się zgadzać z opisem z tyłu okładki, ale tym razem po prostu nie mam innego wyjścia. Faktycznie jest tak, jak obiecują w opisie - "Mistrz literackiej prowokacji uwodzi czytelnika od pierwszej strony". Nie zgłaszam żadnych reklamacji w zakresie zgodności opisu z tyłu okładki z faktyczną treścią książki. Ci, którym podobała się "Pochwała macochy", "Zapiski don Rigoberta", czy "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", będą zachwyceni, ale i Ci, dla których Mario Vargas Llosa to przede wszystkim "Rozmowa w Katedrze", "Święto kozła" czy "Marzenie Celta", nie będą zawiedzeni. W "Dzielnicy występku" występują cudowne postaci, które noszą piękne imiona oraz przydomki, oraz mają zupełnie wyjątkowe a jednak wciąż wiarygodne historie życiowe (szczególnie na tym tle wyróżnia się postać o przydomku "Kurdupelka"). Wszystkie wątki zgrabnie się łączą; w książce nie ma nic zbędnego, nic niepotrzebnego, nic przesadzonego. Są tematy rozrywkowe, które stopniowo zaczynają się koncentrować wokół tematów ważnych, i istotnych. Jestem wojowniczką o wolność i demokrację, dlatego szczególnie poruszył mnie pojawiający się w powieści wątek wolności prasy. Wiele czytam na ten temat, ale chyba nikt nie napisał lepszego manifestu dotyczącego wolności prasy niż Mario Vargas Llosa w "Dzielnicy występku".

Mario Vargas Llosa ma dla mnie swoje lepsze i gorsze momenty. W "Dzielnicy występku" prezentuje swoją najwyższą formę, a zatem biegnijcie do księgarni! Książka jest idealna na weekend, niedługa, totalnie wciągająca, odrobinę przewrotna, oraz, ze względu na poruszane wątki, bardzo na czasie. Fantastyczna książka!

Ogólna ocena: 6/6

wtorek, 28 marca 2017

"Słowik" jako odradzana lektura na wiosnę

Co definiuje dobrego pisarza? Co sprawia, że od jednych książek nie możemy się oderwać, przewracając kolejne strony w napięciu, powodowani sprzecznym pragnieniem, by dowiedzieć się, jak zakończy się historia, i jednocześnie nie chcąc, by kończyła się kiedykolwiek? Dlaczego niektórych bohaterów zapamiętujemy na całe życie, przejmujemy się ich losem, podczas gdy los innych jest nam całkowicie obojętny? Jak ważna jest historia, którą opowiada książka? Jak ważne jest tło historyczne? Czy są tematy ważne i ważniejsze? 

Te i inne rozterki towarzyszyły mi podczas lektury powieści "Słowik" autorstwa Kirstin Hannah. Czytając tę książkę, nie mogłam się pozbyć natrętnego uczucia, że ktoś mnie z czegoś okrada. Z czego? Z możliwości przeżywania i wzruszania się. Miałam też niestety dotkliwe poczucie utraty czasu. W miarę rozwoju akcji nabierałam coraz większego przekonania, że ta książka nie wniesie kompletnie nic do mojego życia, ze jej lektura jest jedynie formą spędzania czasu i dostarczeniem sobie rozrywki intelektualnej na bardzo średnim poziomie. 

Akcja książki rozgrywa się w czasach drugiej wojny światowej, we Francji. Kontekst historyczny nadaje powieści dynamiki i decyduje o losach głównych bohaterów, którzy zostają wciągnięci w wir dramatycznych wydarzeń. Powieść koncentruje się na losach dwóch sióstr, które w czasie wojny przybierają dwie kompletnie odmienne postawy. Jedna chce po prostu (i aż, biorąc pod uwagę wyzwania i dylematy czasów wojny) przetrwać, a druga podejmuje czynną walkę z okupantem. Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem wyjściowym na świetną powieść. Jak się jednak okazuje, wszystko można zepsuć, przy wielkiej chęci napisania powieści oraz małym warsztacie pisarskim. Rys psychologiczny postaci jest w książce zerowy, jak gdyby pisarka pozostawiła czytelnikowi zbudowanie obrazu sióstr na podstawie ich czynów i zachowań. Rozumiem, że czyny znaczą więcej niż słowa, ale być może ta uniwersalna prawda nie sprawdza się tak doskonale w przypadku utworu literackiego zbudowanego z konstrukcji słownych jakim jest powieść. Nie oczekuję od każdego pisarza, żeby był Dostojewskim, ale jakieś elementarne zasady przyzwoitości lub warsztatu przy kreacji sylwetek bohaterów powinny jednak obowiązywać. Czytając "Słowika", miałam wrażenie, że czytam komiks. Komiks. Do tego stopnia uboga była forma narracyjna. Drugim skojarzeniem było czytanie rozbudowanego scenariusza do filmu. Podejrzewam, że jeżeli na podstawie "Słowika" powstanie film, będzie sto razy lepszy niż książka.

Książka podobno wygrała jakiś konkurs na powieść historyczna. Uważam, że nazywanie "Słowika" powieścią historyczną jest mocnym nadużyciem. Akcja owszem jest  osadzona w realiach II WŚ, ale postawy bohaterów, ich język oraz perspektywa są już całkowicie współczesne. Tak, jakby wrzucić mieszkańców Manhattanu do okupowanego Paryża. Jeżeli chodzi o warstwę merytoryczną i opis wydarzeń historycznych, są one niestety non existens. Przekaz historyczny koncentruje się głównie na brakach w zakresie dostaw żywności, co biorąc pod uwagę zaopatrzenie supermarketów dziś faktycznie może wydawać się dramatyczne. Oprócz braków w żywności, pisarka koncentruje się również na działaniu francuskiego oporu. To być może niezamierzenie komiczny element tej książki - członkowie tego ruchu posługują się dialogami żywcem wyjętymi z "Allo, allo". Być może ten serial był dla Kristin Hannah inspiracją przy pisaniu powieści. Ech, jednak pisanie negatywnych recenzji książek których akcja toczy się w czasach II WŚ sprawia, że czuje się jak człowiek bez serca... Tyle dramatycznych wydarzeń opisanych w książce, a ja pozostaję nie tylko obojętna, ale gorzej, krytyczna i złośliwa.

Cóż, myślę że powodem mojej rezerwy wobec książki jest właśnie wspomniana maksymalnie infantylna i powierzchowna narracja. Z żadnym z bohaterów nie można się utożsamić (co dla mnie osobiście jest zawsze pewną, choć nie nieprzekraczalną barierą w odbiorze książki). Wielkie dramaty i tragedie są spłycane i trywializowane. Ludzie umierają, giną na polu walki, w obozach koncentracyjnych, i to wszystko dzieje się nagle, ni stąd, ni zowąd, bez wstępu i bez zakończenia, jest jedynie kwitowane kilkoma patetycznymi zdaniami, i życie a w tym przypadku akcja powieści toczy się dalej.

Z powodów opisanych powyżej zmuszona jestem znów pozostawać z moją opinią w kontrze do mainstreamu. Książka zdobyła bardzo dużo nagród oraz znajdowała się tygodniami na liście bestsellerów. Znów również przepełnia mnie zazdrość, gdyż Kristin Hannah kiedyś była prawniczką, a teraz została pisarką, i mieszka z mężem i synem na Hawajach.  Pisze co prawda złe książki, ale na zdjęciu wygląda na szczęśliwą i zrelaksowaną. A tymczasem ja jutro znów muszę iść rano do pracy, gdzie na pewno nie będę pisała powieści, i cieszyć się, gdy mi się uda przeczytać cokolwiek, choćby złą powieść. 


Ogólna ocena: 3/6

środa, 28 grudnia 2016

Książka na zimowe wieczory. "Historia pszczół" Mai Lunde

Bardzo się cieszę, mogąc polecić Wam "Historię pszczół" Mai Lunde, książkę, która jest wprost stworzona do czytania pod cieplutkim kocem w mroźne zimowe długie wieczory. Rozgrzewa serce. To jest właśnie taka książka, jakie lubię najbardziej. Pięknie napisana, ciekawa, niebanalna i mądra. Nie jest to oczywiście książka przyrodnicza, ale piękna, przepiękna powieść, która z pewnością Was zachwyci. Od pierwszej do ostatniej strony, gdyż jest pozbawiona słabszych momentów. 
Chyba każdy ma do opowiedzenia jakąś historię związaną z pszczołami. Historie, które Maja Lunde opisuje w swojej książce, są naprawdę niezwykłe. To historie trzech rodzin, żyjących w zupełnie innych czasach i realiach. Spoiwem historii są pszczoły, a właściwie obsesja na ich punkcie. 
Pierwsza historia rozgrywa się w 1852 roku, w Heartfordshire, w Anglii, William, niespełniony naukowiec, właściciel sklepu z nasionami oraz głowa licznej rodziny (siedem córek i jeden syn!), popada w całkowitą niemoc, pogrążając się w coraz większej depresji.  Walka o utrzymanie rodziny zmusiła go do rezygnacji z marzeń o karierze naukowej. Ze stanu zapaści wyrywa go idea budowy nowego typu ula, który może całkowicie zrewolucjonizować pszczelarstwo na świecie. William rozpoczynając gorączkowe prace. Akcja drugiej historii rozgrywa się współcześnie  w Stanach Zjednoczonych. Jej głównym bohaterem jest hodowca pszczół, George. George marzy, by studiujący na uniwersytecie syn Tom podzielał jego pasję pszczelarską oraz przejął rodzinny interes. Przeżywa głębokie rozczarowanie, dowiedziawszy się, że Tom swoją przyszłość wiąże z pisarstwem. Rozdźwięk co do planów życiowych syna sprawia, że sytuacja w całej rodzinie jest mocno napięta. Napięcie potęguje fakt, że nagle w całych Stanach masowo wymierają pszczoły. Zagłada dotyka również hodowli George’a. Ostatnia historia to mroczna wizja świata pogrążonego w głębokiej katastrofie po wyginięciu pszczół. Z problemem głodu radzą sobie Chiny, gdzie mieszkańcy nieustannie pracują nad ręcznym zapylaniem roślin. Wśród nich jest kobieta – Tao, młoda żona, matka trzyletniego chłopca, Wei-Wena. Tao ubóstwa Wei-Wena. Szaleje z rozpaczy, gdy pewnego dnia syn zapada na tajemniczą chorobę i zostaje zabrany na obserwację w nieznane miejsce, po czym ginie po nim wszelki ślad. Zdesperowana Tao wyrusza w niebezpieczna podróż po postapokaliptycznych Chinach w poszukiwaniu swojego dziecka. 
W każdej historii bardzo wnikliwie i trafnie przedstawione są relacje rodzinne, szczególnie te na linii rodzic-dziecko oraz mąż-żona. W każdym wątku pojawia się problem porozumienia z dziećmi, kwestii wzajemnych oczekiwań, oraz funkcjonowania w związku małżeńskim. Czym jest rodzicielstwo, czym małżeństwo? Czy oznaczają całkowitą rezygnację z własnych planów i ambicji? Dlaczego relacje rodzinne psują się? Jak do tego dochodzi? Co się stanie, gdy rodzina się rozpadnie? Jak wiele jesteśmy znieść i poświęcić dla naszych dzieci? We wszystkich trzech historiach narracja jest pierwszoosobowa, co daje jeszcze lepszy wgląd w psychikę i emocje bohaterów. Każda z opowieści to wspaniałe studium relacji rodzinnych, ale nie tylko. To również powieść o czasem nieobliczalnych i strasznych konsekwencjach zupenie maych decyzji. Ten ostatni wątek jest silnie związany z katastroficzną stroną „Historii Pszczól”. Spomiędzy pięknych i subtelnych opowieści o ludziach, ich marzeniach i ambicjach wyłania się ponura wizja przyszłości, w której wyginęły pszczoły. „Historia pszczół” to apokalipsa Mai Lunde, którą jest świat bez pszczół. Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie skutki dla ludzkości niosłoby wyginięcie wszystkich pszczół na świecie? I czy to w ogóle jest możliwe? Jak się okazuje, to zagrożenie wcale nie jest tak abstrakcyjne, pszczoły już teraz masowo wymierają z przyczyn, które nie są do końca wyjaśnione (CCD – Colony Collapse Disorder). Zagłada pszczół okazuje się być jednym z większych zagrożeń dla współczesnego świata. 
„Historia pszczół” to jeden z największych bestsellerów w Norwegii ostatnich lat. Dawno nie czytałam tak pięknej, ciekawej, misternie skonstruowanej książki. Polecam.

Ogólna ocena: 6/6
 

wtorek, 28 czerwca 2016

"Święto trąbek" Marty Masady, niestety bez fanfar

Na nieszczęście książką, po którą sięgnęłam zaraz po skończeniu "Genialnej przyjaciółki" Eleny Ferrante (która jak pamiętacie tak bardzo mi się podobała) było "Święto trąbek" Marty Masady. Na nieszczęście dla mnie, być może na szczęście dla Was, być może dzięki mojej recenzji unikniecie przeczytania tej książki (chyba że bardzo będziecie chcieli sobie wyrobić własne zdanie, przed czym nie powstrzymuję. Ja jedynie ostrzegam.)

Pamiętacie, jak podczas nauki wymyślaliście własne reguły ułatwiające proces zapamiętywania? Ja Wam zdradzę jedną regułę którą stosuje a propos literatury pięknej. Otóż pretensjonalne, mocno udziwnione imiona bohaterów książki (lub nagromadzenie imion mocno niespotykanych) są w zasadzie niezawodnym znakiem, że mamy do czynienia z powieścią słabą. Check it out. Bohaterowie "Święta trąbek" to między innymi Zula (btw Pogorzelska - nazwanie tak bohaterki książki jest nie fair i szarga dobre imię prawdziwej Zuli Pogorzelskiej), Rafael i Kika.

Przebrnęłam przez tę książkę, i naprawdę się przy tym męczyłam (tylko myśl o tym że porzuciwszy lekturę czułabym się jeszcze gorzej zmuszała mnie do jej kontynuacji). Niestety, przez całe ponad siedemset stron książka była przeciętna oraz miałka, i nie przestała taka być nawet na jedną stronę. Z perspektywy czasu, sama się dziwię swojej determinacji w zakresie kontynuacji czytania. Chyba u jej źródeł leżała przeczytana gdzieś pozytywna recenzja książki. Bardzo chciałam zrozumieć, dlaczego książka dostała pozytywną recenzję. Nie zrozumiałam.

Wiecie, że jestem miłą osobą i zazwyczaj podobają mi się książki a przynajmniej w każdej udaje mi się, usiłuję znaleźć coś dobrego. Ze "Świętem trąbek" Marty Masady niestety nie udała mi się ta sztuka. Listę zarzutów to tej książki otwiera wskazana już powyżej skandaliczna długość (to zadziwiające, jak dużo można napisać o niczym). Kolejny zarzut stanowi brak zasadniczej treści. 700 stron+ w połączeniu z  brakiem treści stanowi  mieszankę wybuchowa której cieżko nie odłożyć nie przeczytawszy do końca. Dodajcie brak jakiejkolwiek sensownej akcji. I taki sobie styl.

W związku z zarzutem numer dwa ciężko napisać coś sensownego o tej książce. Główna bohaterka to postać bardzo papierowa, mało autentyczna, mogąca co najwyżej wystąpić w komedii romantycznej z warszawskimi wieżowcami w rolach głównych, na dodatek z pretensjami intelektualnymi. Z nieustabilizowanym życiem uczuciowym, które tak naprawdę jest głównym tematem książki. Na wyższą ambitniejszą półkę mają przenieść książkę jak się domyślam mocne i dosadne opisy scen seksu oraz tajemnicza nawet dla niej samej (dla głównej bohaterki) fascynacja tematem Żydów. Chyba taki miał być trik, ale nie wyszedł niestety. Wszystko w książce mieści się w teorii chaosu, jest niespójne, nieciekawe, nużące, wtórne, pretensjonalne i naiwne.

Mam podejrzenie, że to książka z kluczem, pisana bardzo emocjonalnie, być może autobiograficzna w jakimś zakresie,  co w pewnych środowiskach może czynić ją popularną. Ja sama podczas lektury miałam nieodparte skojarzenia z "Nocnikiem" Andrzeja Żuławskiego. Możliwe, że się mylę, ale mam dobrą intuicję.  

W zeszłym tygodniu w internecie, pomimo trwającego Euro 2016, zdołały się przebić informacje o jakimś wielkim skandalu z udziałem autorki książki Marty Masady. Nie wnikając w szczegóły, ów skandal przypomniał mi o zaległej recenzji "Święta trąbek". Stąd ten smutny, mocno krytyczny post.

Chyba już wszystko, co miałam napisać, napisałam.

Marta Masada, "Święto trąbek"

Ogólna ocena: 1/6

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Genialna "Genialna przyjaciółka"


Rok 2016 pod względem czytelniczym już jest cudownie udany, zaczęłam od "Tajemnej historii" Donny Tarrt (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/01/bardzo-wciagajaca-tajemna-historia.html), po drodze był "Drach" Szczepana Twardocha (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/03/szczepan-twardoch-drach.html) oraz rewelacyjne "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana(http://julitaczyta.blogspot.com/2016/05/richard-flanagan-klasniecie-jednej-doni.html), a ostatnio, całkiem niedawno, odkrycie Eleny Ferrante. Właśnie skończyłam czytać "Genialną przyjaciółkę",  i jestem wprost oczarowana, gdyż jest to piękna, przepiękna książka.

Ostatni numer magazynu "Książki" na pierwszej stronie pyta "Kim jest najlepsza pisarka współczesnej Europy? Tajemnice Eleny Ferrante". Jonathan Franzen (mój wielki idol) również  zachwyca się jej prozą. Was też powinna zachwycić.

Postać samej pisarki jest bardzo tajemnicza - tak naprawdę nie wiadomo o niej zupełnie nic. Konsekwentnie, od lat ukrywa swą tożsamość oraz odmawia uczestnictwa w jakichkolwiek akcjach promocyjnych (co z początku było pewnie niezbyt w smak wydawnictwu, teraz zaś dodaje postaci pisarki dodatkowego czaru). Ferrante uważa, że książki powinny mówić same za siebie. Jej na pewno mówią. O popularności prozy pisarki we Włoszech może świadczyć fakt, że podobno włoskie biura organizują wycieczki po Neapolu śladami postaci z jej powieści. Ja dla Was zamieszczam tylko krótki przewodnik.

"Genialna przyjaciółka" to opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Eleny Greco (Eleny Ferrante?). Najważniejszą postacią dla dziewczynki w tym okresie jest jej przyjaciółka, charyzmatyczna i niepokorna Rafaella Cerullo, Lila. Wolny duch, a zarazem ptak uwięziony w klatce warstwy społecznej, z jakiej się wywodzi, oraz w patriarchalnej kulturze. Lila determinuje życie Lenucci, stanowi dla niej punkt wyjścia i punkt odniesienia. Sama bardzo zdolna, być może nawet genialna, pozbawiona środków na formalną kontynuację edukacji, motywuje Lenuccię (czasami nawet bezwiednie) do dalszej nauki.

Czy Elena Ferrante jest autorką, czy również narratorką "Genialnej przyjaciółki"? Tego nie wie nikt. Ferrante pięknie oddaje klimat przedmieść Neapolu i doskonale opisuje napięcia okresu dorastania (z tym, że książka jest jak najbardziej dla dorosłych). Szybko zapominamy, przynajmniej większość z nas, jak pełne dramaturgii były nasze dziecięce lata. Przyjaźnie na śmierć i życie, pierwsze fascynacje i miłości, wielkie plany i marzenia, zdrady, potajemne sojusze, zacięte rywalizacje... Oczywiście, z perspektywy czasu nasze dziecięce przeżycia i emocje mogą nam się wydawać błahe lub śmieszne. Ale umówmy się, wtedy takie nie były. Wtedy wszystko było tak ważne, jakby od tego zależały dalsze losy świata, a nasze życie co najmniej. Młody człowiek nie zna dystansu, angażuje się we wszystko całym sercem, i wszystko tak samo przeżywa. Podczas lektury miałam wiele reminescencji dotyczące własnego dzieciństwa i okresu dorastania. Zresztą, ostatnio mam je coraz częściej - jest to chyba kolejna po samoistnym wczesnym wstawaniu oznaka starzenia się (budzę się bez budzika o szóstej rano, sama z siebie...! Jak mam ciekawą książkę - jak na przykład "Genialną przyjaciółkę" - robię sobie dobrą kawę i czytam. Inaczej idę biegać.)

Po przeczytaniu książki zaczęłam intensywnie myśleć o wycieczce do Neapolu (śladami postaci z powieści lub nie, will see), oraz zapisałam się do publicznej biblioteki, by móc od razu zacząć czytać drugi tom trylogii Ferrante, "Historię nowego nazwiska" (nie było go w żadnej księgarni). To w sferze czynów. W warstwie werbalnej, jak napisałam powyżej.
Bardzo, bardzo Wam polecam tę książkę.


"Genialna przyjaciółka", Elena Ferrante, Wydawnictwo Sonia Draga


Ogólna ocena: 6/6









piątek, 20 maja 2016

Richard Flanagan, "Klaśnięcie jednej dłoni"


“Klaśnięcia jednej dłoni” Richarda Flanagana nie ma na liście bestsellerów w Empiku, nie przykuwa uwagi ostentacyjnie wyłożona na półki tuż przy wejściu do księgarni. A szkoda, bo łatwo przegapić tę książkę. Nie możecie absolutnie tego zrobić! Daję tej książce sześć punktów, żałując, że nie mogę dać siedmiu. Zasługuje na wszystkie punkty świata. 

Przygotujcie się na bardzo dużą dawkę mocnych wzruszeń. Ja czytałam książkę ze ściśniętym gardłem, wiele razy miałam łzy w oczach. Historia opisana w książce jest bowiem bezbrzeżnie smutna. Zaczyna się w 1954 roku, w zimową noc na Tasmanii, od sceny, kiedy młoda słoweńska imigrantka Maria Buloh opuszcza swoją trzyletnią córeczkę Sonję. Dlaczego młoda kobieta opuszcza swoje dziecko…? Co ją skłania do tak dramatycznego kroku…? Jakie nieszczęście się jej przydarzyło…? I dlaczego, mimo wszystko dlaczego opuszcza swoje małe dziecko…? Czy kiedykolwiek wróci… ? Czy uda się ją odnaleźć…? Te i dziesiątki innych pytań pojawiają się w głowie przy lekturze początkowych stron powieści.  

Głównymi bohaterami książki to pierwsze i drugie pokolenie słoweńskich imigrantów na Tasmanię. Porzuceni: mała Sonja, i jej ojciec, porzucony przez żonę Bojan Bulah. “Klaśnięcie jednej dłoni” nie jest jednak banalną książką o relacji ojciec-córka, i ich „dawaniu sobie rady w życiu” na przekór wszelkim przeciwnościom. O czym zatem jest ta książka? Punktem wyjściowym jest ukazanie, jak odejście Marii Buloh, żony, matki, jak to jedno wydarzenie (klaśnięcie jednej dłoni….) wpływa na całe życie pozostawionych. Jak je rozbija na drobne kawałeczki, które przez cały późniejszy czas próbują poskładać.  

Po odejściu żony Bojan Buloh szuka ukojenia dla swojej rozpaczy w alkoholu, szuka zapomnienia. Bezskutecznie. Bojan Buloh to bohater tragiczny, wewnętrznie rozdarty. Ofiarą jego bólu staje się Sonja i jej dzieciństwo, najgorszy koszmar, jaki może Wam się przyśnić. Przepełnione bólem, cierpieniem fizycznym i tęsknotą, przedwczesna dorosłość. W wieku szesnastu lat Sonja postanawia zawalczyć o siebie, opuszcza ojca i Tasmanię. Nigdy jednak nie może opuścić ich do końca. Dlatego po latach wraca, by odszukać klucz do siebie, ze strzępów wspomnień zbudować na nowo swoją tożsamość. Czy znajdzie w sobie siłę i chęć, by przebaczyć ojcu…? Czy on tego przebaczenia w ogóle chce, i czy go potrzebuje, czy nie zatracił się już całkowicie w autodestrukcji? Czy ojciec i córka przeskoczą przez dzielące ich morze samotności? Czy wreszcie odnajdą właściwe słowa, gesty dla pokazania swojej samotności, żalu, rozpaczy i miłości? 

To książka również tym, jak krzywdzimy tych, których kochamy. Flanagan opisuje skomplikowaną relację ojca i córki, obojga pokiereszowanych przez los, straumatyzowanych. Relację trudną i niszczycielską. Miłość miesza się w niej z przemocą, bohaterowie kochają się, i krzywdzą jednocześnie. Być może mają dobre intencje, ale nie znajdują odpowiednich słów ani gestów. Pogrążają się w samotności i rozpaczy. Czy mimo wszystko w relacji pomiędzy nimi znajdzie się miejsce na normalność, na zwyczajność, na spokój i poczucie bezpieczeństwa….?  

Flanagan funduje nam dużą dawkę bardzo trudnych emocji. Zabiera w podróż do ludzkiej duszy, tropi przeszłość, poszukując w niej wszystkiego, co zdeterminowało późniejsze losy. Wytacza przeciwko czytelnikowi naprawdę ciężką artylerię, poruszając takie tematy jak: miłość, przemoc, ojcostwo, wojna, uchodźcy, alkoholizm, dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości…I wiele innych. A to wszystko w jednej niezbyt grubej książce.  

„Klaśnięcie jednej dłoni” to druga książka Richarda Flanagana, którą czytam, (pierwsza to były „Ścieżki północy”, nagrodzone Nagrodą Bookera w 2014 roku). Chronologicznie to książka starsza niż „Ścieżki Północy” - właściwie debiut pisarza z 1997 roku. Wspólnym mianownikiem dla obu powieści jest na pewno ich przepiękny poetycki język. To w zasadzie nie są powieści, a poezja. Absolutnie przepięknie napisane…Bardzo Wam polecam tę książkę. Poważna, intrygująca, mocna lektura. Bardzo wzruszająca. Raczej z wyższej półki. Satysfakcja gwarantowana, wymagane jedynie pewne wyrobienie czytelnicze, któremu Wam jako czytelnikom mojego bloga na pewno nie brakuje.
Nie ma zdjęcia do posta, gdyż książkę pożyczyłam mojej Mamie, która ją przeczytała i również się zachwyciła. Natomiast jeszcze mi jej nie oddała.

Ogólna ocena: 6/6


czwartek, 3 marca 2016

Nick Hornby, Funny Girl

Po każdą nową książkę Nicka Hornb’yego, jednego z moich ulubionych pisarzy, pędzę i biegnę, pełna nadziei i niemal pewna że jej lektura dostarczy mi fantastycznej rozrywki. Pobiegłam zatem i po „Funny girl”, tym szybciej, że od wydania ostatniej książki pisarza minęło pięć lat. Następnie przeczytałam, bardzo dobrze się przy tym bawiąc, do czego i Was serdecznie zachęcam. Poniżej krótkie uzasadnienie dlaczego.
 
Książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że Nick Hornby to jeden z najpopularniejszych pisarzy brytyjskich, autor bestsellerów, takich jak „Wierność w stereo”, „Był sobie chłopiec”, czy „Juliet, naga”. Ja osobiście zawsze sięgam po książki ulubionych pisarzy z mieszanką uczuć - z jednej strony z ekscytacją, ale też i z niepokojem - czy książka będzie mi się podobać równie jak poprzednie?  Brzemię autora bestsellerowych powieści rozrywkowych - a takie niewątpliwie nosi Nick Hornby - czasami musi być bardzo ciężkie do udźwignięcia.... Dla Nicka Hornby'ego na szczęście na razie takie nie jest, czego dowodzi jego najnowsza książka. "Funny girl" to powieść inteligentna, dowcipna, a do tego wszystkiego jeszcze mądra. Ponadto, zgodnie ze swoim tytułem, książka jest naprawdę zabawna – o ile lubicie ten specyficzny brytyjski rodzaj poczucia humoru (wiem, uwielbiacie go, każdy go uwielbia). 
 
"Funny girl" to opowieść o perypetiach Sophie Straw, a właściwie Barbary Parker. Dziewczyna, śniąc o karierze w branży rozrywkowej, porzuca swoje rodzinne Blackpool, by wyjechać do Londynu i zacząć walczyć o realizację własnych marzeń. Jej talent, uroda oraz splot szczęśliwych okoliczności pozwalają jej na osiągnięcie wymarzonego celu. Zostaje gwiazdą telewizyjnego serialu, a co za tym idzie celebrity Londynu lat 60tych. A były to złote czasy telewizji: każdy miał już wtedy telewizor, a w nim tylko dwa kanały. Występowanie w serialu, a zwłaszcza w serialu komediowym niemal natychmiast czyniło z aktora rozpoznawalną megagwiazdę (nie tak jak dziś, kiedy gwiazdy seriali stają się rozpoznawalne dopiero po tym, jak wystąpią w „Tańcu z gwiazdami 20”, o ile ktoś jeszcze ogląda ten program). Serial, w którym Sophie zaczyna występować, to nie jest taki po prostu zwykły serial komediowy. To zwierciadło w którym odbija się społeczeństwo, a jednocześnie narzędzie do jego kształtowania. Losy serialowych bohaterów są kanwą dla przedstawienia głębokich podziałów wewnątrz brytyjskiego społeczeństwa (na Londyn i prowincję, na wykształconych na elitarnych uczelniach i tzw plebs, torysów i laburzystów…) oraz opisu przemian tego społeczeństwa na wielu płaszczyznach, poczynając od kwestii politycznych, poprzez życie społeczne, aż po sprawy obyczajowe jak stosunek do homoseksualizmu, rasizm czy feminizm. Z tej perspektywy „Funny girl” to coś więcej niż po prostu kolejna lekka, łatwa i przyjemna książka. To również książka o szukaniu życiowej drogi, dokonywaniu wyborów i determinacji. Pochodząca z prowincji Sophie o nie najlepszym akcencie (rzecz nie bez znaczenia w snobistycznych Londynie)  znajduje w sobie dość odwagi i siły by realizować swoje marzenia. Tak jak zauważa Sophie pod koniec książki, najważniejsze w życiu jest to, żeby próbować. Działać. Podejmować próbę. I starać się robić to, co się kocha. Simple as that…? Amen.

Kiedy piszę, że książka jest zabawna, znaczy to dla mnie naprawdę dużo. Mój Mąż spodobał mi się właśnie dlatego, że był bardzo zabawny (choć on sam nie był zbyt zachwycony tym moim wyznaniem :).
 
 
 Nick Hornby, "Funny girl"

Ogólna ocena: 4
 
/6




piątek, 19 lutego 2016

Nowa książka autorki "Zabić drozda"

Historia książki Harper Lee „Idź, postaw wartownika” jest naprawdę niesamowita. Książka została napisana w latach pięćdziesiątych, ale światło dzienne ujrzała dopiero w roku 2014 roku, odnaleziona pośród prywatnych rzeczy pisarki. Jej wydanie na całym świecie wzbudziło wielką sensację. Książka błyskawicznie stała się najczęściej zamawianą książką na Amazonie od czasów Harry’ego Pottera. Wszyscy chcieli przeczytać drugą książkę autorki uwielbianej powieści „Zabić drozda”, opisującej głęboki rasizm na południu Stanów Zjednoczonych w czasach Wielkiej Depresji (na podstawie której powstał niemniej znany film pod tym samym tytułem, ze słynną rolą Gregory Pecka).
 
Powieść „Zabić drozda” została okrzyknięta arcydziełem, w 1961 zdobyła nagrodę Pulitzera, sprzedano miliony jej egzemplarzy, i stała się ulubioną powieścią Amerykanów – według niektórych sondaży, popularniejszą w Stanach Zjednoczonych nawet niż Biblia. To tłumaczy wielkie zainteresowanie wokół wydania drugiej książki Harper Lee.
 
Pytanie tylko, czy to na pewno jest druga książka? Harper Lee napisała „Idź, postaw wartownika” zanim napisała „Zabić drozda”. Wydawca, który otrzymał egzemplarz „Idź, postaw wartownika”, zwrócił ją pisarce do dopracowania; wskazał, by skoncentrowała się na dzieciństwie i latach młodości głównej bohaterki, uznając te fragmenty książki za najciekawsze; Harper Lee dopracowała książkę, i w ten sposób powstała powieść „Zabić drozda”. „Idź, postaw wartownika” można zatem traktować jak pierwszy szkic powieści „Zabić drozda”. Choć wiele fragmentów książek jest do siebie bardzo podobnych, historie w nich opisywane różnią się od siebie, i to dość zasadniczo.
 
 
Czy to dzięki książce, czy dzięki filmowi, wszyscy pewnie kojarzą postać Atticusa Fincha, żarliwego obrońcy ciemnoskórego Toma Robinsona, niesłusznie oskarżonego o zgwałcenie białej kobiety. Postawa Atticusa Fincha spotkała się z ogromną dezaprobatą białej części mieszkańców jego rodzinnego miasta, Maycomb, a on sam i jego najbliżsi byli narażeni z tego powodu na ostracyzm społeczny. Atticus Finch został ikoną prawnika – pierwszego sprawiedliwego, wierzącego w niezbywalne prawo do uczciwego, bezstronnego procesu dla każdego bez wyjątku, bez względu na okoliczności.
 
Akcja „Zabić drozda” ma miejsce w połowie lat trzydziestych XX wieku, akcja ”Idź, postaw wartownika” – dwadzieścia lat później, w latach pięćdziesiątych. Dorosła, 26 letnia córka Atticusa, Jean Louise, znana lepiej jako Scout, wraca do rodzinnego Maycomb, by odkryć, że uwielbiany oraz idealizowany przez nią ojciec jest białym supremacjonistą (został…? zawsze był….?). Dziewczyna nie może uwierzyć w swoje odkrycie, jest nim zdruzgotana. Jej rozczarowanie przeradza się w straszny gniew. Czuje się zdradzona i oszukana; jak może dalej kochać osobę o poglądach tak sprzecznych z jej sumieniem, tak różnych od jej własnych…? Czy ma prawo odrzucić tego, który ją kocha i wychował, z powodu jego politycznych poglądów? Czy można przestać kochać z powodu innych poglądów politycznych? Czy miłość ponad podziałami jest w ogóle możliwa? Jaka będzie odpowiedź Atticusa, i co zrobi Scout – tego dowiecie się oczywiście z książki.
 
Opisana w „Idź, postaw wartownika” zmiana, jaka zaszła w Atticusie Finchu, faktycznie wprawia w osłupienie. Transformacja siedemdziesięciodwuletniego Atticusa w rasistę jest naprawdę szokiem. Wiele z poglądów wypowiadanych przez Atticusa jest takich, że tysiące rodziców, którzy po 1960 roku nazwali swojego syna „Atticus” na cześć bohaterskiego prawnika, mogłoby równie dobrze nazwać dziecko „Adolf”. Cóż, w „Idź, postaw wartownika” Harper Lee zabija bohatera bez skazy. Każe się zastanawiać, czy jego męstwo w latach trzydziestych było PRAWDZIWYM męstwem. Czy był bohaterem, bo paradoksalnie łatwiej było nim wówczas być, kiedy dominacja białych była niepodważalna, niż w latach pięćdziesiątych, kiedy uciskana czarna mniejszość zaczęła domagać się swoich praw i w ten sposób zagrażać uprzywilejowanej pozycji białych. Osądzana z perspektywy czasu a raczej z perspektywy kolejnej powieści bohaterska postawa Atticusa w „Zabić drozda” staje się mniej jednoznaczna. W tym aspekcie „Idź, postaw wartownika”, odbrązawiając postać Atticusa Fincha, jednocześnie przydaje jej głębi.
 
Nie jest jasne, czy 89 letnia dziś i niedomagająca Harper Lee kiedykolwiek chciała traktować „Idź, postaw wartownika” jako oddzielną książkę, czy chciała jej wydania. Faktycznie, książka nie ma tej siły rażenia co „Zabić drozda”. Niektórzy zastanawiają się, czy wydanie książki było w ogóle potrzebne. W tym momencie rozważania te są zupełnie teoretyczne i abstrakcyjne. „Idź, postaw wartownika” być może nie jest arcydziełem, ale to bardzo dobra, wielowymiarowa książka, która z pewnością nie sprawia że „Zabić drozda” przestaje być arcydziełem. Powieść „Zabić drozda” stanowi część światowego dziedzictwa kulturowego i z tego względu uważam, że wydanie „Idź, postaw wartownika” było celowe choćby po to, by opatrzyć ją dodatkowym kontekstem. Uważam że książkę warto przeczytać.
 
 
 „Idź, postaw wartownika”, Harper Lee
 
Ogólna ocena: 4/6
 

wtorek, 24 listopada 2015

Bezwględnie przeczytajcie "Ja nie jestem Miriam" Majgull Axelsson

Po serii porażek w rodzaju "Anglik na wsi", nastała wreszcie dobra passa i w ręce wpadają mi właściwie same dobre książki. Bez zbędnych wstępów oficjalnie przyznaje „Ja nie jestem Miriam” autorstwa Majgull Axelsson sześć na sześć punktów, zostawiając sobie czas na niezbędne w tym wypadku wyjaśnienia w dalszej części recenzji. BARDZO mi się ta książka podobała. Oczywiście, z wielu względów, bo tylko wielość względów gwarantuje moją tak pochlebną opinię, o którą jak wiecie nie jest łatwo (Zuza J., popraw mnie jeżeli się mylę, to trzecia książka na szóstkę którą przeczytałam w tym roku, trzecia z czterdziestu siedmiu!!!!). 

Wzgląd pierwszy to interesująca fabuła. A dokładniej, „Ja nie jestem Miriam” to piękna i wzruszająca opowieść o losach kobiety uwikłanej w historię, a zarazem unoszonej jej rwącym nurtem, w której przewijają się wątki związane z Holocaustem, tolerancją wobec Romów, oraz z sytuacją kobiet od zawsze, na całym świecie.

Już pierwsza scena książki jest niezwykle przejmująca. Oto świętująca swoje osiemdziesiąte piąte urodziny Miriam, matka, babcia, teściowa, wyznaje nagle swoim najbliższym: „Ja nie jestem Miriam….”. Rodzina jest skonsternowana i zaniepokojona – czy to początki demencji…?

Bez obaw, Miriam wszystko doskonale pamięta, pomimo iż to pamięć bolesna, o zdarzeniach, które nie powinny się wydarzyć, o ludziach, których nie powinno już nie być. Staruszka odkrywa swoje tajemnice przed wnuczką Camillą. Opowiada jej o swoim poprzednim życiu, w którym była Romką, Maliką. Z racji swojego pochodzenia uwięzioną w Auschwitz, a następnie w Ravensbruck, gdzie sama cudem, jak większość ocalałych, przeżyła. O zbawieniu, czyli o pierwszych latach w Szwecji, spędzonych pod przybraną tożsamością Miriam, o całym swoim życiu spędzonym pod tą przybraną tożsamością. 

Malika – Miriam nie zdradziła swojego prawdziwego pochodzenia nigdy, nikomu. Nie tylko ze względu na z uwagi na ostracyzm społeczny względem Romów, ale też z uwagi na kwestie natury formalnej - w Szwecji do 1954 r. obowiązywał zakaz imigracji Romów. Rozumiem, że taka książka jak "Ja nie jestem Miriam" może być dla Szwecji trudna. Majgull Axelsson opisuje ciemne strony szwedzkiej historii związane z traktowaniem Romów, co moim zdaniem, zważywszy na fakt że Szwecja stała się tolerancyjnym Edenem, jest jednak pozytywnym przesłaniem – skoro Szwecji udało się zwalczyć uprzedzenia, innym też może się udać. Yes we can.


Wzgląd drugi, styl. Wiadomo rzecz pierwszorzędna, Majgull Axelsson unika szczęśliwie pułapki patosu związanej z pisaniem o Holokauście, nie zastawia na czytelnika sieci tanich wzruszeń. 

Wzgląd trzeci, ostatni o którym napiszę, książka skłania do wielu refleksji. No naprawdę ;) Pomimo iż historia Miriam jest niezwykła, płynący z niej przekaz jest w wielu miejscach uniwersalny. Miriam, po koszmarnych przeżyciach w czasie wojny, jest wdzięczna za każdy szczegół codzienności, za całą normalność jakiej doznaje w życiu. Kocha każdą uciążliwość z nią związaną, na nic nie narzeka, nie uskarża się na żadne drobnostki. Przesłanie Miriam powinni chyba wziąć sobie do serca wszyscy narzekający na złe samopoczucie z powodu pogody. Dla mnie niezwykle wzruszające były te fragmenty książki w których Miriam z czułością wypowiadała się trudach codzienności. 

O czymś innym jeszcze myślałam czytając tę książkę. Miriam całe życie żyła w tajemnicy. Tak bliska, pozostawała dla swojej rodziny zagadką. W pewnym sensie każdy z nas jest taką zagadką, nawet na najbliższych. Popatrzcie inaczej na swoją Babcię. Nie tylko jak na Babcię, zajmującą się WAMI i piekącą DLA WAS szarlotkę, ale jak na człowieka ze swoją własną historią i tajemnicami. Zmieńcie perspektywę.

Mądra, piękna i wzruszająca książka. Przeczytajcie koniecznie. Ja biegnę do księgarni po kolejne książki Majgull Axelsson.


Ogólna ocena: 6/6.

Majgull Axelsson, „Ja nie jestem Miriam”, Wydawnictwo W.A.B.

I pamiątkowe zdjęcia.







poniedziałek, 5 października 2015

"Światło, którego nie widać", Anthony Doerr, wreszcie kolejne 6/6!


„Światło, którego nie widać” Anthony’ego Doerra dostałam (od najlepszego z Mężów, notorycznie kupującego mi książki). I doskonale, że dostałam tę książkę, bo nie jestem pewna, czy sama bym ją kupiła. Z jednej strony staram się czytać nagrodzone książki, a „Światło, którego nie widać” zdobyło nagrodę Pulitzera 2015. Z drugiej strony, z tyłu książki jest opis z okładki...Dostałam, więc musiałam przeczytać. I doskonale, bo nieprzeczytanie tej książki byłoby straszną czytelniczą stratą.
Zaczęłam czytać z lekkim sceptycyzmem, dowiedziawszy się, że primo akcja książki rozgrywa się w czasach II wojny światowej, a secundo jej bohaterowie to niewidoma francuska dziewczynka Marie – Laure (tylko raz nazwana w druku Marie – Claire za co należą się brawa tłumaczowi Tomaszowi Wyżyńskiemu) oraz uzdolniony sierota z Niemiec, Werner Pfenning. Obawiałam się kolejnej tendencyjnej książki o czasach II wojny światowej, próbującej wyłudzić wzruszenie czytelnika za pomocą sprawdzonego zestawu narzędzi – kaleka i sierota wydawali się idealnie do tego nadawać. Oczywiście nie chodzi mi o to, że te wzruszenia są złe. Kocham wzruszenia i dość łatwo się wzruszam. Chodzi o pewną dozę taktu ze strony pisarza, szacunku do czytelnika, by nie podawać mu po raz tysięczny tego samego dania przyprawionego dokładnie w ten sam sposób.
Książka jest reklamowana jako książka o miłości, ale poszukiwacze wątków stricte romansowych mogą się czuć zawiedzeni i niech sobie lepiej kupią Greya. „Światło, którego nie widać” to traktat o przemijaniu, o utraconych szansach, o nieuchronności losu. O trwaniu, o szczęśliwych zbiegach okoliczności, o wielkiej sile tkwiącej w człowieku. Cała historia jest bardzo oryginalna, misternie skonstruowana przy tym, lekka i świeża, bardzo wciągająca. Pięknie napisana, mądra. Możliwych przymiotników o nacechowaniu negatywnym których można by użyć w stosunku do książki brak.
Męczyła mnie choroba, w zasadzie nie mogłam robić nic innego tylko czytać (cóż za wspaniała okoliczność….) Mój początkowy sceptycyzm zniknął zupełnie po pierwszych kilku stronach. Przeczytałam więc tę książkę w dwa dni, czytałam w zachwycie, nie mogąc przestać czytać. Gdyby nie czynniki poboczne w postaci jednego energicznego czterolatka oraz jednej ciekawskiej raczkującej rocznej dziewczynki, nie odłożyłabym książki w ogóle zanimbym jej nie przeczytała do końca. Tak mi się podobała.
Komisja, która wybierała zwycięzców, tłumacząc swój wybór, nazwała „Światło, którego nie widać”: pomysłową i skomplikowaną powieścią inspirowaną okropnościami II wojny światowej i napisaną w krótkich, eleganckich rozdziałach, które odkrywają ludzką naturę i kontrowersyjną moc technologii. Zgadzam się  z kapitułą nagrody Pulitzera, dodaje co napisałam powyżej i oceniam książkę na 6/6. Moja trzydziesta dziewiąta książka w 2014 roku i pierwsza szóstka.
Anthony Doerr, „Światło którego nie widać”, Wydawnictwo Czarna Owca.
 
 

środa, 17 czerwca 2015

David Lodge, "Alarm odwołany"


Znacie to uczucie lekkiego zażenowania, gdy oglądacie wasze stare zdjęcia, na których występujecie w stylizacjach i fryzurach, które wówczas uznawaliście za totalnie szałowe, a teraz…..? Lub gdy przypominacie sobie, jakiej muzyki słuchaliście w czasach wczesnej młodości lub kto był wówczas waszym największym idolem…? Choć przyznam,  że na wspomnienie wesołych twarzy chłopców z New Kids on the Block ogarnia mnie pewien sentyment, a refren „Step by step” nostalgicznie i dźwięcznie rozbrzmiewa w mych uszach. Cóż, na pewno nie doznaję tego uczucia, kiedy myślę o książkach Davida Lodge’a. W dawnych minionych czasach wielbiłam go i uwielbiałam. Zamiast uczyć się do klasówek obiecywałam sobie „jeszcze tylko dziesięć stron”, nigdy nie dotrzymując obietnicy. Przeczytałam chyba wszystkie jego książki. Dlatego naprawdę nie wiem jak to się stało, że w czasach mojej zaawansowanej fascynacji twórczością tego autora nie przeczytałam „Alarmu odwołanego”. Musiałam dopiero odwiedzić dawno nie odwiedzaną przyjaciółkę i dokonać tradycyjnego wywiadu wśród zgromadzonych u niej w domu książek, żeby natknąć się na, pożyczyć a następnie przeczytać „Alarm odwołany”.
Może i to dobrze, bo inaczej nigdy nie napisałabym tego posta, co być może niektórych zachęci do sięgnięcia po książki tego autora – czego z pewnością nie pożałują. Zwłaszcza, że właśnie rozpoczyna się czas wyjazdów wakacyjnych i książki Davida Lodge’a są w sam raz, żeby je spakować do walizki. Mają też poza gabarytowymi i inne zalety – są inteligentne i zabawne, tym brytyjskim poczuciem humoru, które uwielbia cały świat. Gdyby Hugh Grant mógł pisać książki, byłby Davidem Lodgem. Bohaterowie książek Lodge’a to przeważnie przedstawiciele brytyjskiego świata akademickiego, a jako że pisarz sam stanowi część tego świata,  pisze o nich celnie, barwnie, ze swadą oraz bardzo ironicznie.  „British Museum w posadach drży”, „Terapia”, „Zamiana miejsc” czy moje ulubione „Myśląc” to pozycje, które z czystym sumieniem polecam na początek przygody z Lodgem. Będziecie płakać ze śmiechu.

„Alarm odwołany” jest troszeczkę inny. Jak przyznaje sam autor, to najbardziej autobiograficzna z jego powieści. Wątek komediowy nie jest wątkiem dominującym, a raczej elementem składowym całości. Narratorem i głównym bohaterem jest Timothy Young, którego poznajemy jako kilkulatka podczas nalotów bombowych na Londyn w czasie II wojny światowej. Timothy nie chce, by skończyły się naloty, bo naprawdę fajnie wstaje się w środku nocy. W miarę dorastania rozumie coraz więcej, na swój dziecięcy sposób próbuje tłumaczyć sobie niewytłumaczalne. Tu mała dygresja, zawsze chętnie czytam opisy przeżyć wojennych pochodzące z innych krajów, to daje nowe spojrzenie na straszne wydarzenia tamtych mrocznych czasów. Najciekawszy w książce jest dla mnie jednak okres dorastania chłopca, w realiach życia w powojennej Anglii, oraz jego doświadczenia związane z pobytem w amerykańskiej strefie okupacyjnej w powojennych Niemczech. Timothy z dotkniętej ubóstwem i racjonalizującej wszystko mocno konserwatywnej Anglii jedzie na wakacje do Heidelbergu, na zaproszenie siostry będącej tam pracownicą cywilną w armii amerykańskiej. Okupowany teren Niemiec staje się dla niego terenem wyzwolenia osobistego. Pod skrzydłami armii amerykańskiej, pławiąc się w powszechnej dostępności dóbr wszelakich, doświadcza życia, jakie wówczas dostępne było jedynie dla nielicznych w zniszczonej wojną Europie. Razem z Timothym przez dziurkę od klucza, nie tak bardzo zszokowani jak on, podglądamy zaczątki hedonistycznego, materialistycznego, skupionego na posiadaniu życia, ku jakiemu niebawem miała zmierzać cała Europa i cały świat. Wyzwolenia czy nowego zniewolenia…?

Powieść bardzo mi się podobała, jednak nie polecam jej na początek przygody z Davidem Lodgem – jak już wspominałam to jest książka raczej wyjątkowa w jego twórczości. Ale kiedyś, kiedyś tam, jak najbardziej.

Ogólna ocena: 5/6.


 

 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Niektóre analfabetki potrafią liczyć

Szalona. Zwariowana. Niewiarygodna. Mądra. Śmieszna. Wzruszająca. Wciągająca. Zabawna. Poruszająca. Zaskakująca. Ciekawa. Ironiczna. Inteligentna. Znakomita. Fenomenalna. Genialna. Mogłabym bez końca lub w granicach wyznaczonych przez język polski wymieniać pozytywne przymiotniki charakteryzujące książkę "Analfabetka, która potrafiła liczyć" Jonasa Jonassona.

Lekko absurdalny tytuł nie wprowadza w błąd co do treści książki (Jonas Jonasson specjalizuje się w takich tytułach, "Analfabetka..." to jego druga powieść po "Stulatku, który wyskoczył przez okno i zniknął"). Historia opisana w książce jest tak niesamowita, że aż trudna do opisania. Napisać, że książka opowiada o losach analfabetki z RPA, to nic nie napisać (choć tak naprawdę w największym skrócie właśnie jest). W powieści pojawiają się południowoafrykańscy politycy oraz czyściciele latryn, chińskie sprzątaczki, szwedzcy rojaliści, nieistniejący bracia bliźniacy, bezwzględni agenci Mosadu, radykalni anarchiści, ukąszeni przez skorpiona tłumacze oraz bomby atomowe, a konkretnie jedna, oraz ich nieudolni konstruktorzy. Jonas Jonasson wrzuca ich wszystkich w jedną książkę a następnie mocno wstrząsa, zapraszając na pełną niespodziewanych zwrotów akcji literacką jazdę bez trzymanki.

Bo w końcu "statystyczne prawdopodobieństwo, że mała analfabetka z Soweto lat siedemdziesiątych dorośnie i pewnego dnia znajdzie się w samochodzie do przewozu ziemniaków wraz z królem i premierem Szwecji, wynosi jeden do czterdziestu pięciu miliardów siedmiuset sześćdziesięciu sześciu milionów dwustu dwunastu tysięcy ośmiuset dziesięciu. Tak wynika z wyliczeń tejże analfabetki." Książkę super się czyta -  jest napisana bardzo fajnym, zabawnym stylem. Jeszcze jeden fragment, który mnie urzekł: "Holger milczał, ale mózg pracował mu na pełnych obrotach. Wszyscy, którzy musieli przewozić kiedyś na pace broń atomową, znają to uczucie". Nie zawiodą się na pewno zwolennicy Monty Pythona. I w ogóle nikt się chyba nie zawiedzie.

Bardzo się cieszę ze trafiłam na te książkę. Już dawno nie czytałam czegoś tak świetnego. Z czystym sumieniem zaliczam do kategorii Polecam i wystawiam najwyższą ocenę.

Przeczytajcie koniecznie ten koktajl Jonassona, satysfakcja gwarantowana. Ja czytałam na wakacjach.

Ogólna ocena: 6/6

Jonas Jonasson, "Analfabetka, która potrafiła liczyć", Wydawnictwo W.A.B.


czwartek, 26 lutego 2015

Grand, a jednak nic wielkiego, 9/52


Po takim tytule nie trzeba już w zasadzie czytać dalszej części recenzji – tak naprawdę wszystko już wiadomo. Poniżej zwięzłe wyjaśnienie powodów mojego niemal całkowitego braku jakiegokolwiek zachwytu nad książką Janusza L. Wiśniewskiego „Grand”.
Tytuł nie przekłamuje, bohaterem książki jest hotel Grand w Sopocie. Z opisu miejsca przyznałabym pisarzowi 6/6 punktów. Grand jawi się na kartach książki jako miejsce wyjątkowe i magiczne, dyskretny świadek i jednocześnie ważny uczestnik historii, monumentalny i wyniosły w swej świetności a jednocześnie pełen subtelnego czaru i uroku. Pięknie i aż nadto wystarczająco jak na ulotkę reklamową hotelu. Jak na powieść, dla mnie trochę za mało.
Przy następnej bytności w jakimś hotelu zatrzymajcie na chwilę wzrok na jego gościach. Spójrzcie na parę siedzącą w restauracji, samotnego mężczyznę przy barze, biegnącą korytarzem kobietę ze śladami łez na twarzy.  Janusz L. Wiśniewski tak robi, i odkrywa ich tajemnice. W książce poznajemy historie kilku bohaterów, które w punkcie kulminacyjnym łączy pobyt w hotelu Grand w Sopocie. Oto bohaterowie: bezdomny Lichutki, dziennikarka z Warszawy Justyna, niemiecki pastor Maksymilian, pokojówka Luba, żigolak Andrzej W. i jego kochanka Weronika, alfons ze Szwecji Szymon oraz ciepiący na chorobę Parkinsona Joachim. Wyobraźcie sobie, jakie oni mogą mieć historie. Niestworzone. No właśnie….
Książka jest nierówna, pierwsza część (a w zasadzie pierwsza historia) była dla mnie tak totalnie słaba, że byłam o krok od porzucenia czytania w ogóle (w sensie czytania tej książki). Pełna pretensjonalnego intelektualizowania i pompatycznych stwierdzeń, z niewiarygodnymi psychologicznie bohaterami i wydumaną historią.  Na szczęście z upływem stron robi się nieco lepiej, pisarz się rozkręca, także w sumie książka dostarcza jakiejś tam rozrywki.
Decyzję co do czytania pozostawiam oczywiście wolnej woli, ja raczej nie polecam.
Ogólna ocena: 2/6
Janusz L. Wiśniewski, Grand, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2014