Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 października 2018

O efekcie motyla. Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Już po kilku stronach “Dziedzictwa” wiedziałam, że Ann Patchett dołączy do grona moich ulubionych pisarzy. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż to szacowne grono zaczęło się już robić lekko skostniałe, i coraz bardziej zarozumiałe.

Chyba każdy czasem się zastanawia, jaki wpływ na jego życie mają drobne, niepozorne wydarzenia. Historia opowiedziana w „Dziedzictwie” jest świetną ilustracją dla takich rozważań. Jak dużo stałoby się oraz nie stałoby się w życiu dziesięciu osób, dwóch rodzin, gdyby Bert Cousins, policjant oraz sfrustrowany ojciec czworga dzieci, nie poszedł na przyjęcie z okazji chrzcin córki swojego kolegi z pracy, Fixa…Ta jedna decyzja, nie do końca świadoma, w zasadzie przypadkowa, okazała się dla rodzin Berta oraz Fixa wybuchem supernowej.

Przechodząc do konkretów oraz w skrócie, „Dziedzictwo” jest historią amerykańskiej patchworkowej rodziny rozgrywającą się na przestrzeni 50 lat, co z jednej strony brzmi interesująco, ale tak naprawdę nie najlepiej i dość pospolicie. Ciekawiej – jest to opowieść o skrywanych w szafie demonach, o strasznej tajemnicy i kłamstwie, o zdradzie i porzuceniu, śmierci i cierpieniu. Historia niedopowiedzeń, ukrytych głęboko żali i pretensji. Narracja jest wieloosobowa, ta sama historia jest opisywana kilka razy (no worries, żadnej nudy, a jedynie możliwość spojrzenia na wydarzenia z szerszej perspektywy). Z pozoru bardzo zwyczajna, książka zaskakuje w szczególe, pomiędzy słowami ukryta jest jakaś magia, jakiś czar, nie pozwalający odłożyć Wam tej książki aż do ostatniej strony.

Och, jak ja lubię takie książki – subtelne, a jednocześnie bardzo mocne. Słodko-gorzkie, z niebanalną historią, ciekawymi bohaterami, pełne humoru. Gdybym miała do czegoś porównać „Dziedzictwo”, to pewnie do pierwszych książek Johna Irvinga. Tym samym nie muszę już pisać, jak bardzo mi się ta książka podobała. I nic mnie w niej nie drażniło, nic mi nie przeszkadzało, co biorąc pod uwagę mój trudny charakter należy uznać za rzecz absolutnie wyjątkową.

To nie jest książka z gatunku tych, o których się szybko zapomina. Przeczytałam ją wiosną, i ciągle jestem pod jej dużym wrażeniem. Moja rekomendacja ma również akredytację – „Dziedzictwo” znalazło się na szczycie bestsellerów "New York Timesa" i zostało okrzyknięta książką roku 2016. Polecam na wszelkie okoliczności życiowe, wszystkie pory roku oraz dowolne godziny w ciągu doby.

 Ogólna ocena: 5/6

piątek, 25 sierpnia 2017

"Listy do pałacu" Jorge Díaz


"Listy do pałacu" to „Hiszpański Remarque”, „Nowość" oraz „Nr 1 na listach bestsellerów w Hiszpanii” – dlatego wypożyczam książkę z biblioteki. Książka nie byłaby moim pierwszym wyborem, ale naprawdę się spieszyłam, i nie mogłam w bibliotece wyjść poza strefę półki z nowościami. Choć interesuję się historią, niespecjalnie lubię powieści historyczne, dlatego mam dużą rezerwę względem czekającej mnie lektury. Na szczęście czeka mnie przyjemne rozczarowanie.

Historia zaczyna się w Hiszpanii, w przededniu wybuchu I wojny światowej. Blanca Alcarez jest w trakcie ostatnich przygotowań do swojego zaaranżowanego małżeństwa z Carlosem de la Era (melodyjne imiona i nazwiska głównych bohaterów od razu wprowadzają mnie w przyjemnie relaksacyjny nastrój). W zasadzie wszystko jest już gotowe. Ślub Blanki ma być jednym z głównych wydarzeń sezonu. Staje się jednak nawet czymś więcej, gdyż Blanka przed ołtarzem mówi swojemu narzeczonemu "nie" - z powodów, które następnie szczegółowo wyjaśnia wszystkim zgromadzonym. Muzyka milknie, goście się rozchodzą, prezenty zostają odesłane. Pozostaje atmosfera wielkiego skandalu. Następnego dnia w Sarajewie Gawriło Princip dokonuje zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Wybucha I wojna światowa. Hiszpania roztropnie zachowuje neutralność. W pewnym momencie do Pałacu Królewskiego w Madrycie dociera list napisany przez francuską dziewczynkę Sylvie, poszukującej swojego zaginionego brata. Ten list staje się impulsem do powołania Urzędu ds. Ochrony Jeńców, w którego prace osobiście bardzo mocno angażuje się hiszpański król Alfons XIII.  Szacuje się, że w czasie swojego działania Urząd pomógł około 200 tysiącom jeńców wojennych. Jedną z głównych osób zaangażowanych w prace komitetu jest Blanca Alcarez.

Zacznę od dobrych rzeczy. W książce występują wszystkie składniki dobrej powieści. Wielka historia, wielka polityka, romans, wartka akcja i wyraziści bohaterowie, i to wszystko w miarę dobrze dobranych proporcjach. Powieść wciąga, momentami nie można jej odłożyć na bok.

Niestety, mogłabym również napisać o tej książce sporo złego:  że relacja z działań wojennych jest powierzchowna, bohaterowie są czarno-biali i nieco infantylni, a wątki raczej przewidywalne i schematyczne. Mogłabym, ale nie chcę, bo lektura tej książki w dość niespodziewany sposób przyniosła mi sporo relaksu i przyjemności. Moja taryfa ulgowa dla książki wynika być może z faktu, że przez cały czas trwania lektury miałam nieodparte wrażenie, że czytam bajkę. Bajkę dla dorosłych, ale wciąż bajkę.

Jeszcze jedna dłuższa dygresja. Nie wiem, czy na maturze nadal pisze się prace na określony temat. Gdyby tak było, i gdyby pojawiło się hasło „wybory życiowe”, „Listy do pałacu”  Jorge Díaza mogłyby stanowić doskonałą ilustrację dla tego tematu. Począwszy od Blanki, niemal każdy z bohaterów powieści staje przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji - dotyczącej najprzeróżniejszych sfer życia. Czasem, by przetrwać. Czasem, by żyć zgodnością. Czasem, by prostu dalej żyć normalnie. Wszyscy bohaterowie są w jakimś sensie zaangażowani w toczący się konflikt zbrojny. Wielu decyduje pomiędzy bielą a czernią. Wielu jednak decyduje pomiędzy różnymi odcieniami szarości. Dla mnie „Listy do Pałacu” to przede wszystkim książka o wyborach życiowych - nie dobrych lub złych, tyko naszych lub cudzych.  
Być może troszkę się zagalopowałam, to przez te gorące sierpniowe noce. Dla uniknięcia wątpliwości.  „Listy do Pałacu” to nie jest w żadnym razie traktat filozoficzny ani powieść egzystencjalna. Dopisek na okładce „Hiszpański Remarque” też jest mocno przesadzony – Jorge Diaz jest o kilka półek literackich niżej niż Erich  Remarque, a fakt, że Diaz też pisze o I wojnie światowej, nic tu nie zmienia ani nie pomaga. Chyba każdy może znaleźć w „Listach do Pałacu”  coś dla siebie. Niektórzy trochę historii, niektórzy trochę romansu, inni troszkę powieści przygodowej, jeszcze inni powieści obyczajowej. A wynieść każdy dla siebie może to, co chce. Na pewno trochę przyjemności.


Ogólna Ocena: 3,9/6

piątek, 4 sierpnia 2017

Mazurskie marzenie


Snuję opowieści o tym, co nie było a być mogło. O tym, co się prawie zdarzyło, lub zdarzyłoby się, gdyby. O tym, co być może. Układam równoległe scenariusze dla mojego życia pod warunkiem spełnienia lub niespełnienia się pewnych warunków. Obserwuję tę inną siebie żyjącą wymyślonym życiem i zastanawiam się, na ile to jestem prawdziwa ja. A jeżeli całkiem prawdziwa, na ile prawdziwa jestem ja tu i teraz, jako zespół składników materialnych i niematerialnych, suma wszystkich moich  wyborów, pochodna przypadków.
Okoliczności przyrody sprzyjają snuciu opowieści. Na początku sierpnia wreszcie nastało lato. Mazury. Spokój i cisza. Zapach lasu. Połyskująca w słońcu tafla jeziora. Wczoraj przypłynął jeden łabędź. Wszędzie piasek. Obok mnie książka, ”Kobieta na schodach" Bernharda Schlinka.
Kartki w książce są lekko zawilgocone, pomiędzy nimi chrzęści piasek. Na okładce jest obraz schodzącej po schodach kobiety, przypominający nieco obraz Gerharda Richtera „Ema. Akt na schodach”, lub „Akt schodzący po schodach” Marcela Duchampa. Lubię malarstwo i piękne obrazy, poza tym uwodzi mnie napis na okładce: "Znakomita powieść autora bestsellerowego Lektora", dlatego wypożyczyłam z biblioteki książkę.
Cóż, po zakończeniu lektury muszę stwierdzić, że „Kobieta na schodach” to być może faktycznie jest powieść autora bestsellerowego „Lektora”. Ale na pewno nie powieść znakomita, a raczej mocno przeciętna. Jedynym, co uratowało tę książkę w moich oczach, była pewna poetyka prozy Schlinka, w niezwykle sugestywny sposób zamieniająca słowo w obraz, która wprowadziła mnie w przyjemny stan nostalgii i rozmarzenia, opisany przeze mnie w pierwszym akapicie.
Moja całościowa ocena tej książki jest niestety dość jednoznacznie negatywna. Historia, którą opowiada książka, jest bardziej wydumana niż niebanalna. Lepiej się zapowiada, niż faktycznie rozwija. Otóż „uporządkowane życie niemieckiego prawnika odmienia się w mgnieniu oka, gdy w Muzeum w Sydney natyka się on na obraz od lat uznawany za zaginiony.” Brzmi dość intrygująco, prawda? W zasadzie można pokusić się o podsumowanie, że książka opowiada o dziwnych losach fikcyjnego obrazu "Kobieta na schodach", autorstwa Karla Schwinda. Obraz przedstawia Irenę, żonę Petera Gundlacha, która opuściła męża dla tegoż malarza. W tle przewija się nasz narrator, wiodący uporządkowane życie prawnik. No ale przecież nie będę Wam pisała, o czym jest książka. Gdybym chciała ładnie napisać o książce, napisałabym, że to książka o wyborach życiowych i życiu, którego nigdy nie było, a które odrodziło się w opowieści. Niestety, nie byłabym wtedy krytyczną oraz bezwzględną sobą. A zatem do rzeczy.
Wiem, czym miała być "Kobieta na schodach". Miała być traktatem filozoficznym na temat sensu życia i wyborów życiowych. Dość ambitne zadanie jak na książeczkę o rozmiarach 260-ciu stron, chyba zbyt ambitne.
A przecież książka spokojnie mogła pozostać romansem. Przyznam, że potencjalny miłosny czworokąt w konfiguracji piękna młoda żona-bogaty mąż-biedny malarz-wybitny prawnik rysował się dość intersująco (pomimo pewnej sztampowości w doborze postaci). Niestety historia miłosna rozgrywała się jedynie w tle, żadnych wybuchów namiętności, żadnych fajerwerków. Mogła też pozostać powieścią sensacyjną o losach zaginionego obrazu, też byłoby bardzo dobrze. I tu was rozczaruję, na kartach książki nie odnalazł się żaden "Portret młodzieńca". Żaden obraz też prawdziwie nie zaginął. Mogła też zostać kombinacją dwóch poprzednich wersji, byłoby jeszcze lepiej.
Zamiast tego pisarz zdecydował się za to na banalne moralizatorstwo w stylu Paolo Coelho (z którym oczywiście nie może się równać; lektura powieści "Weronika postanawia umrzeć" wywarła na mnie tak piorunujące wrażenie że musiałam przestać ją czytać po kilkunastu stronach, by na nowo przedefiniować sens swojej egzystencji). Nie wnikając w dalsze szczegóły, to filozofowanie nie wyszło Schlinkowi najlepiej. Nie chodzi o to, że bagatelizuję wartość pytań o to, czym jest miłość, jakimi wartościami kierować się w życiu, czy w jaki sposób żyć. Wręcz przeciwnie, uważam, że powinniśmy je sobie zadawać jak najczęściej (ok, wystarczy często). Uważam po prostu, że na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, a to zdaje się sugerować Bernhard Schlink w "Kobiecie na schodach". Na pewno książka ze względu na swoją poetykę oraz obrazowość ma duży potencjał filmowy, być może film nakręcony na jej podstawie będzie bardzo interesujący. Także poczekajcie może na ten film, a jeżeli chcecie się wprawić w refleksyjny nastrój, wybierzcie się raczej na Mazury, lub gdziekolwiek.

Te post dedykuję wszystkim uczestnikom obozu tenisowego klubu Varsovia, którzy pytali mnie, dlaczego nie piszę od marca, i czy w związku z tym w ogóle istnieję.

Bernhard Schlink, „Kobieta na schodach”, ogólna ocena: 2/6

 

 

 

 

 

 

piątek, 31 marca 2017

Idealna lektura na weekend, "Dzielnica występku" Mario Vargas Llosy

Zawsze mam lekkie wyrzuty sumienia, kiedy zamiast recenzji rekomendującej książkę, zniechęcam do przeczytania czegoś. Tylu ludzi mówi mi, że używa mojego bloga jako przewodnika po księgarni, że w związku z tysiącem pozycji dostępnych na rynku czytelniczym odczuwa wielką dezorientację i kieruje się moimi rekomendacjami przy zakupie książek, że czuję się w obowiązku polecać książki! Dlatego po (fakt, nie bardzo miażdżącej, ale jednak) recenzji "Słowika" Kristin Hannah, z wielka przyjemnością chciałabym bardzo polecić Wam najnowszą książkę Mario Vargas Llosy - "Dzielnicę występku". Zacznę z wysokiego C, uważam, że książka jest małym arcydziełem.

Zaczyna się bardzo interesująco, od opisu nagłego wybuchu namiętności pomiędzy dwiema przyjaciółkami. Wszystko jest opisane bardzo pięknie i bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo bezpretensjonalnie i naturalnie. Nagły wybuch namiętności nie jest jednorazowym wybrykiem, a raczej preludium, gdyż cała książka jest przesycona erotyzmem i zmysłowością. Obok wątków obyczajowych, w powieści bardzo szybko zaczynają się pojawiać wątki społeczne oraz polityczne. Pojawia się wielki skandal, w którym główną rolę odgrywają media, seks, oraz polityka. Cała intryga powieści jest bardzo misterna i bardzo wciągająca, ale pozostawiam Wam jej samodzielne odkrycie i śledzenie. Obawiam się, że nawet mała zajawka mogłaby Wam zdradzić ciut zbyt dużo. Skupię się zatem na dalszych zachwytach nad książką. 

Bardzo rzadko zdarza mi się zgadzać z opisem z tyłu okładki, ale tym razem po prostu nie mam innego wyjścia. Faktycznie jest tak, jak obiecują w opisie - "Mistrz literackiej prowokacji uwodzi czytelnika od pierwszej strony". Nie zgłaszam żadnych reklamacji w zakresie zgodności opisu z tyłu okładki z faktyczną treścią książki. Ci, którym podobała się "Pochwała macochy", "Zapiski don Rigoberta", czy "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", będą zachwyceni, ale i Ci, dla których Mario Vargas Llosa to przede wszystkim "Rozmowa w Katedrze", "Święto kozła" czy "Marzenie Celta", nie będą zawiedzeni. W "Dzielnicy występku" występują cudowne postaci, które noszą piękne imiona oraz przydomki, oraz mają zupełnie wyjątkowe a jednak wciąż wiarygodne historie życiowe (szczególnie na tym tle wyróżnia się postać o przydomku "Kurdupelka"). Wszystkie wątki zgrabnie się łączą; w książce nie ma nic zbędnego, nic niepotrzebnego, nic przesadzonego. Są tematy rozrywkowe, które stopniowo zaczynają się koncentrować wokół tematów ważnych, i istotnych. Jestem wojowniczką o wolność i demokrację, dlatego szczególnie poruszył mnie pojawiający się w powieści wątek wolności prasy. Wiele czytam na ten temat, ale chyba nikt nie napisał lepszego manifestu dotyczącego wolności prasy niż Mario Vargas Llosa w "Dzielnicy występku".

Mario Vargas Llosa ma dla mnie swoje lepsze i gorsze momenty. W "Dzielnicy występku" prezentuje swoją najwyższą formę, a zatem biegnijcie do księgarni! Książka jest idealna na weekend, niedługa, totalnie wciągająca, odrobinę przewrotna, oraz, ze względu na poruszane wątki, bardzo na czasie. Fantastyczna książka!

Ogólna ocena: 6/6

wtorek, 28 marca 2017

"Słowik" jako odradzana lektura na wiosnę

Co definiuje dobrego pisarza? Co sprawia, że od jednych książek nie możemy się oderwać, przewracając kolejne strony w napięciu, powodowani sprzecznym pragnieniem, by dowiedzieć się, jak zakończy się historia, i jednocześnie nie chcąc, by kończyła się kiedykolwiek? Dlaczego niektórych bohaterów zapamiętujemy na całe życie, przejmujemy się ich losem, podczas gdy los innych jest nam całkowicie obojętny? Jak ważna jest historia, którą opowiada książka? Jak ważne jest tło historyczne? Czy są tematy ważne i ważniejsze? 

Te i inne rozterki towarzyszyły mi podczas lektury powieści "Słowik" autorstwa Kirstin Hannah. Czytając tę książkę, nie mogłam się pozbyć natrętnego uczucia, że ktoś mnie z czegoś okrada. Z czego? Z możliwości przeżywania i wzruszania się. Miałam też niestety dotkliwe poczucie utraty czasu. W miarę rozwoju akcji nabierałam coraz większego przekonania, że ta książka nie wniesie kompletnie nic do mojego życia, ze jej lektura jest jedynie formą spędzania czasu i dostarczeniem sobie rozrywki intelektualnej na bardzo średnim poziomie. 

Akcja książki rozgrywa się w czasach drugiej wojny światowej, we Francji. Kontekst historyczny nadaje powieści dynamiki i decyduje o losach głównych bohaterów, którzy zostają wciągnięci w wir dramatycznych wydarzeń. Powieść koncentruje się na losach dwóch sióstr, które w czasie wojny przybierają dwie kompletnie odmienne postawy. Jedna chce po prostu (i aż, biorąc pod uwagę wyzwania i dylematy czasów wojny) przetrwać, a druga podejmuje czynną walkę z okupantem. Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem wyjściowym na świetną powieść. Jak się jednak okazuje, wszystko można zepsuć, przy wielkiej chęci napisania powieści oraz małym warsztacie pisarskim. Rys psychologiczny postaci jest w książce zerowy, jak gdyby pisarka pozostawiła czytelnikowi zbudowanie obrazu sióstr na podstawie ich czynów i zachowań. Rozumiem, że czyny znaczą więcej niż słowa, ale być może ta uniwersalna prawda nie sprawdza się tak doskonale w przypadku utworu literackiego zbudowanego z konstrukcji słownych jakim jest powieść. Nie oczekuję od każdego pisarza, żeby był Dostojewskim, ale jakieś elementarne zasady przyzwoitości lub warsztatu przy kreacji sylwetek bohaterów powinny jednak obowiązywać. Czytając "Słowika", miałam wrażenie, że czytam komiks. Komiks. Do tego stopnia uboga była forma narracyjna. Drugim skojarzeniem było czytanie rozbudowanego scenariusza do filmu. Podejrzewam, że jeżeli na podstawie "Słowika" powstanie film, będzie sto razy lepszy niż książka.

Książka podobno wygrała jakiś konkurs na powieść historyczna. Uważam, że nazywanie "Słowika" powieścią historyczną jest mocnym nadużyciem. Akcja owszem jest  osadzona w realiach II WŚ, ale postawy bohaterów, ich język oraz perspektywa są już całkowicie współczesne. Tak, jakby wrzucić mieszkańców Manhattanu do okupowanego Paryża. Jeżeli chodzi o warstwę merytoryczną i opis wydarzeń historycznych, są one niestety non existens. Przekaz historyczny koncentruje się głównie na brakach w zakresie dostaw żywności, co biorąc pod uwagę zaopatrzenie supermarketów dziś faktycznie może wydawać się dramatyczne. Oprócz braków w żywności, pisarka koncentruje się również na działaniu francuskiego oporu. To być może niezamierzenie komiczny element tej książki - członkowie tego ruchu posługują się dialogami żywcem wyjętymi z "Allo, allo". Być może ten serial był dla Kristin Hannah inspiracją przy pisaniu powieści. Ech, jednak pisanie negatywnych recenzji książek których akcja toczy się w czasach II WŚ sprawia, że czuje się jak człowiek bez serca... Tyle dramatycznych wydarzeń opisanych w książce, a ja pozostaję nie tylko obojętna, ale gorzej, krytyczna i złośliwa.

Cóż, myślę że powodem mojej rezerwy wobec książki jest właśnie wspomniana maksymalnie infantylna i powierzchowna narracja. Z żadnym z bohaterów nie można się utożsamić (co dla mnie osobiście jest zawsze pewną, choć nie nieprzekraczalną barierą w odbiorze książki). Wielkie dramaty i tragedie są spłycane i trywializowane. Ludzie umierają, giną na polu walki, w obozach koncentracyjnych, i to wszystko dzieje się nagle, ni stąd, ni zowąd, bez wstępu i bez zakończenia, jest jedynie kwitowane kilkoma patetycznymi zdaniami, i życie a w tym przypadku akcja powieści toczy się dalej.

Z powodów opisanych powyżej zmuszona jestem znów pozostawać z moją opinią w kontrze do mainstreamu. Książka zdobyła bardzo dużo nagród oraz znajdowała się tygodniami na liście bestsellerów. Znów również przepełnia mnie zazdrość, gdyż Kristin Hannah kiedyś była prawniczką, a teraz została pisarką, i mieszka z mężem i synem na Hawajach.  Pisze co prawda złe książki, ale na zdjęciu wygląda na szczęśliwą i zrelaksowaną. A tymczasem ja jutro znów muszę iść rano do pracy, gdzie na pewno nie będę pisała powieści, i cieszyć się, gdy mi się uda przeczytać cokolwiek, choćby złą powieść. 


Ogólna ocena: 3/6

środa, 28 grudnia 2016

Książka na zimowe wieczory. "Historia pszczół" Mai Lunde

Bardzo się cieszę, mogąc polecić Wam "Historię pszczół" Mai Lunde, książkę, która jest wprost stworzona do czytania pod cieplutkim kocem w mroźne zimowe długie wieczory. Rozgrzewa serce. To jest właśnie taka książka, jakie lubię najbardziej. Pięknie napisana, ciekawa, niebanalna i mądra. Nie jest to oczywiście książka przyrodnicza, ale piękna, przepiękna powieść, która z pewnością Was zachwyci. Od pierwszej do ostatniej strony, gdyż jest pozbawiona słabszych momentów. 
Chyba każdy ma do opowiedzenia jakąś historię związaną z pszczołami. Historie, które Maja Lunde opisuje w swojej książce, są naprawdę niezwykłe. To historie trzech rodzin, żyjących w zupełnie innych czasach i realiach. Spoiwem historii są pszczoły, a właściwie obsesja na ich punkcie. 
Pierwsza historia rozgrywa się w 1852 roku, w Heartfordshire, w Anglii, William, niespełniony naukowiec, właściciel sklepu z nasionami oraz głowa licznej rodziny (siedem córek i jeden syn!), popada w całkowitą niemoc, pogrążając się w coraz większej depresji.  Walka o utrzymanie rodziny zmusiła go do rezygnacji z marzeń o karierze naukowej. Ze stanu zapaści wyrywa go idea budowy nowego typu ula, który może całkowicie zrewolucjonizować pszczelarstwo na świecie. William rozpoczynając gorączkowe prace. Akcja drugiej historii rozgrywa się współcześnie  w Stanach Zjednoczonych. Jej głównym bohaterem jest hodowca pszczół, George. George marzy, by studiujący na uniwersytecie syn Tom podzielał jego pasję pszczelarską oraz przejął rodzinny interes. Przeżywa głębokie rozczarowanie, dowiedziawszy się, że Tom swoją przyszłość wiąże z pisarstwem. Rozdźwięk co do planów życiowych syna sprawia, że sytuacja w całej rodzinie jest mocno napięta. Napięcie potęguje fakt, że nagle w całych Stanach masowo wymierają pszczoły. Zagłada dotyka również hodowli George’a. Ostatnia historia to mroczna wizja świata pogrążonego w głębokiej katastrofie po wyginięciu pszczół. Z problemem głodu radzą sobie Chiny, gdzie mieszkańcy nieustannie pracują nad ręcznym zapylaniem roślin. Wśród nich jest kobieta – Tao, młoda żona, matka trzyletniego chłopca, Wei-Wena. Tao ubóstwa Wei-Wena. Szaleje z rozpaczy, gdy pewnego dnia syn zapada na tajemniczą chorobę i zostaje zabrany na obserwację w nieznane miejsce, po czym ginie po nim wszelki ślad. Zdesperowana Tao wyrusza w niebezpieczna podróż po postapokaliptycznych Chinach w poszukiwaniu swojego dziecka. 
W każdej historii bardzo wnikliwie i trafnie przedstawione są relacje rodzinne, szczególnie te na linii rodzic-dziecko oraz mąż-żona. W każdym wątku pojawia się problem porozumienia z dziećmi, kwestii wzajemnych oczekiwań, oraz funkcjonowania w związku małżeńskim. Czym jest rodzicielstwo, czym małżeństwo? Czy oznaczają całkowitą rezygnację z własnych planów i ambicji? Dlaczego relacje rodzinne psują się? Jak do tego dochodzi? Co się stanie, gdy rodzina się rozpadnie? Jak wiele jesteśmy znieść i poświęcić dla naszych dzieci? We wszystkich trzech historiach narracja jest pierwszoosobowa, co daje jeszcze lepszy wgląd w psychikę i emocje bohaterów. Każda z opowieści to wspaniałe studium relacji rodzinnych, ale nie tylko. To również powieść o czasem nieobliczalnych i strasznych konsekwencjach zupenie maych decyzji. Ten ostatni wątek jest silnie związany z katastroficzną stroną „Historii Pszczól”. Spomiędzy pięknych i subtelnych opowieści o ludziach, ich marzeniach i ambicjach wyłania się ponura wizja przyszłości, w której wyginęły pszczoły. „Historia pszczół” to apokalipsa Mai Lunde, którą jest świat bez pszczół. Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie skutki dla ludzkości niosłoby wyginięcie wszystkich pszczół na świecie? I czy to w ogóle jest możliwe? Jak się okazuje, to zagrożenie wcale nie jest tak abstrakcyjne, pszczoły już teraz masowo wymierają z przyczyn, które nie są do końca wyjaśnione (CCD – Colony Collapse Disorder). Zagłada pszczół okazuje się być jednym z większych zagrożeń dla współczesnego świata. 
„Historia pszczół” to jeden z największych bestsellerów w Norwegii ostatnich lat. Dawno nie czytałam tak pięknej, ciekawej, misternie skonstruowanej książki. Polecam.

Ogólna ocena: 6/6
 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Sześć w jednym, czyli o tym, co czytałam, gdy nie pisałam

Dzisiejszy post będzie miał charakter nieco odmienny od publikowanych przeze mnie do tej pory. W związku z moją skandalicznie długą absencją bloggerską będzie to bowiem post zbiorczy. Jak się domyślacie, to, że nie pisałam przez jakiś czas, nie oznacza oczywiście, że nie czytałam....Zapraszam zatem na krótki update w zakresie mojej niedawnej aktywności czytelniczej.

Urzeczona "Genialną przyjaciółką" Eleny Ferrante, przeczytałam dwie kolejne części neapolitańskiej tetralogii jej autorstwa: "Historię nowego nazwiska" oraz "Historię ucieczki". Wiedziałam już, czego mniej więcej się spodziewać po lekturze książek włoskiego Galla Anonima, więc być może żadna z tych książek nie wywołała u mnie efektu WOW. Każda zapewniła jednak porządną dawkę wzruszeń i solidną porcję czytelniczej rozrywki. Jeżeli nadal poszukujecie książek do zabrania na urlop, zdecydowanie polecam wszystkie książki Eleny Ferrante, a najbardziej jednak pierwszą, czyli "Genialną przyjaciółkę" :)

Przeczytałam "Górę Tajget" Anny Dziewitt-Meller - zabrania tej książki z kolei stanowczo odradzam na wakacje. No, chyba że uważacie zwiedzanie, plażowanie oraz ogólne beztroskie wypoczywanie i kontemplację za rozrywki uwłaczające Waszemu intelektowi. Ta książka raczej nie wprowadzi Was w wakacyjny nastrój. Na pewno jednak nie pozostawi Was obojętnymi. Powieść naświetla śląską odsłonę akcji "T4" z czasów II wojny światowej - uśmiercania dzieci w szpitalu w Lublińcu. Są tu też dramatyczne opowieści o wypędzeniach Ślązaków, wstrząsające historie o gwałtach i okrucieństwach popełnianych na Śląsku przez Armię Czerwoną. Mocna rzecz. Czasem wręcz pornografia przemocy i okrucieństwa. O Boże, wiem, że trzeba pamiętać i wiedzieć. Dla mnie to jednak było zbyt dużo...Dla chętnych.

Będąc na wakacjach w Chorwacji, przeczytałam książkę o Wietnamie "Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie" autorstwa Andrzeja Mellera. Książka zawiera dla mnie wszystko, co powinna zawierać powieść podróżniczo-reporterska. Jest tam troszkę o kulturze, historii i religii, troszkę o kuchni, nieco o przyrodzie, dużo o ludziach i ich mentalności. Książka rozbudziła we mnie pragnienie bardziej egzotycznych wypraw, nagle zapragnęłam, by moje dzieci były już wreszcie starsze, żebym mogła je obarczyć plecakami i wypędzić w dżunglę.

Przeczytalam "Mam na imię Lucy" Elizabeth Strout, i nie do końca podzielam zachwyty nad tą książką. No dobrze, nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją przez jeden wieczór (co nie było super osiągnięciem, liczy tylko 200 stron).  Książka momentami faktycznie była wstrząsająca,  pełna celnych spostrzeżeń o brutalnej i okrutnej niekiedy naturze ludzkiej,  świadczących o dużej wrażliwości autorki - wszystko to na kanwie opisu dzieciństwa głównej bohaterki, i jej próby ułożenia sobie relacji z matką. Ciągle miałam jednak wrażenie jakiegoś niedosytu, nie opuszczało mnie wrażenie, jakbym przeczytała tylko zarys, szkic powieści. Podczas krótkiego researchu na temat Elizabeth Strout dowiedziałam się, że zadebiutowała w wieku 42 lat, co natchnęło mnie nadzieją, że może i dla mnie nie wszystko stracone, gdyż skrycie marzę o napisaniu powieści, i zainteresowałam się jej bardziej popularną książką "Olive Kitteridge", którą chcę przeczytać w niedalekiej przyszłości.

Wreszcie, last but not least, przeczytałam "Małe życie" Hanyi Yanagihary. I się zachwyciłam...Zgadzam się bezwzględnie ze wszystkimi hasłami-wabikami z okładki, co jeżeli chodzi o mnie jak wiecie jest dużą rzadkością (pamięcie, jak się pastwiłam nad "Dziewczyną z pociągu"...? Btw nadal widzę to "dzieło" w kioskach i księgarniach, mój blog ma chyba za mało czytelników :) Ukrócając mą dygresyjną naturę i wracając do tematu, "Małe życie" to książka wstrząsająca, szokująca, chwytająca za serce, niepokojąca i wciągająca. Rozpoczyna się niczym zwykła opowieć o losach czwórki przyjaciół. Spodziewamy się historii o ich perypetiach życiowych, przyjaźniach, karierach, i miłościach. Gdy na plan pierwszy wysuwa się jeden z przyjaciół, Jude, książka stopniowo przeradza się w mroczną opowieść o traumie, cierpieniu i lęku. Jude doznaje w dzieciństwie ogromnych krzywd, które odciskają się piętnem na całym jego dorosłym życiu. Jest naznaczony, wydaje się być już nienaprawialny, niezdolny do tak zwanego normalnego życia, i to pomimo całej przyjaźni i miłości, jakiej później doświadcza. Wiecie, że dużo czytam, ale do tej pory nigdy, przenigdy opis traum zaznanych w dzieciństwie i poźniejszych tego następstw w życiu dorosłym nie został opisany tak, jak "Małym życiu".  Opowieść łamie serce, wzbudza gniew i oburzenie, burzy spokój ducha, nie pozwala zasnąć. Wybitna powieść, wielka literatura. Obojętnie kiedy, przeczytajcie. "Małe życie" tak naprawdę zasługuje na całą recenzję, i być może kiedyś ją napiszę. Na razie czuje, że jeszcze przetrawiam tę książkę...

Na tym kończę mój raport. Ach, może nadmienię jeszcze, że w czasie wakacyjnych wycieczek samochodowych do tej pory trzy razy wysłuchałam audiobooka "Hobbit, czyli tam i z powrotem" J.R.R. Tolkiena. W związku z zachwytem, jaki wzbudza w Jeremim ta książka, mam pewne obawy, że wysłucham jej jeszcze wiele razy...


Z najlepszymi wakacyjnymi pozdrowieniami,
Julita

sobota, 18 czerwca 2016

Czerwona kartka dla "Dziewczyny z pociągu" Pauli Hawkins

Zazwyczaj piszę na blogu o książkach dobrych lub dość dobrych. Wynika to z dwóch przesłanek. Po pierwsze, moim celem jest polecenie Wam książek, które warto przeczytać. Po drugie, mam dość dobry instynkt czytelniczy i większość książek, po które sięgam, nie rozczarowuje mnie. Dominacja pozytywnych lub w miarę pozytywnych recenzji na blogu nie oznacza natomiast, że jestem osobą bezkrytyczną. Wręcz przeciwnie, jestem osobą bardzo krytyczną, i właśnie teraz zamierzam to udowodnić.

Pamiętacie czas, kiedy w zasadzie we wszystkich kioskach można było kupić "Dziewczynę z pociągu"  Pauli Hawkins? Kupiłam "Dziewczynę z pociągu" i ja,  i totalnie przy okazji, o co było nietrudno. Poza tym w "Książkach" czytałam recenzję "Dziewczyny...", która nie była dla niej bezwzględnie miażdżąca, a nawet momentami pozytywna. Lubię i cenię "Książki".

Oceniając po okładce, "Dziewczyna z pociągu" zapowiadała się na całkiem niezłe czytadło - podobno nawet Stephen King nie mógł się od niej oderwać. Hmmm...nie wiem, co skłoniło autora  "Lśnienia"  do takiej opinii, chyba jakieś nieszczęście, być może kłopoty finansowe, być może przegrał swoją na pewno wielką fortunę zbudowaną na skutecznym budzeniu w swoich czytelnikach strachu oraz przerażenia w jakimś kasynie w Monte Carlo, a być może rozwiódł się ze swoją żoną która ogołociła go co do centa. A być może było to po prostu nieporozumienie. Podpisał recenzję a) bez czytania recenzji i b) bez czytania książki. Może się zdarzyć najlepszym. Nie sądzę w każdym razie, by czytał tę książkę i sam wydał taką opinię. Chociaż w sumie, może czytał...W końcu stwierdził tylko, że od książki nie można się oderwać, a z jakiego powodu, już nie powiedział. On być może nie mógł się oderwać  z powodu swoich tarapatów finansowych. W grę może wchodzić też szantaż i przekupstwo.

Otóż nie inaczej jak osobiście uważam, że "Dziewczyna z pociągu" Pauli Hawkins jest fatalną książką. Bardzo słabo napisaną (od razu na myśl przyszła mi zasłyszana ostatnio statystyka, że przeciętny brytyjski nastolatek używa do porozumiewania się 800 słów - kiedy 1600 uznawane jest za minimalny poziom dla skutecznej komunikacji; myślę że Paula Hawkins do napisania "Dziewczyny z pociągu" użyła właśnie około 1600 słów. Co wystarczyło jej, by przekazać swoje jakieś tam myśli, ale na nic innego już nie.

To znaczy, historia z "Dziewczyny z pociągu" jest trochę straszna, i wymyślenie jej w zarysach może być zasługiwać na uznanie. Gdyby została inaczej napisana, "Dziewczyna..." mogłaby być całkiem niezłym thrillerem. Tak się jednak nie stało, a "Dziewczyna...." dobrym thrillerem nie jest. Jest przydługawa, przynudnawa, akcji się rozchodzi nie wiadomo gdzie. Główna bohaterka jest absolutnie antyestetyczna i antypatyczna w każdym aspekcie swojego istnienia, na dodatek w miarę lektury nabieramy przekonania że jest totalną psychopatką i że to właśnie ona jest spiritus movens całego opisanego w książce zamieszania. W książce są nawet opisane jakieś dramatyczne wydarzenia typu rozwód, zdrada, alkoholizm, w które jest uwikłana, ale wszystko jest opisane z refleksją odpowiadającą swoją głębią poziomowi Morza Martwego. Chaotyczne. Bez ładu i składu. To samo dotyczy portretów głównych bohaterów. I w ogóle wszystkiego.

Przeczytałam tę książkę, gdyż nie lubię nie kończyć książek, bolała mnie ósemka, wszyscy spali, a ja nie miałam akurat pod ręką nic lepszego do robienia ani do czytania (być może Stphen King miał podobne powody :). Ale Wam stanowczo nie polecam. Nie jest to lektura, która cokolwiek wniesie do Waszego życia, co najwyżej może Was zmęczyć oraz sfrustrować. Co tu dłużej pisać. Po prostu tego nie róbcie.



"Dziewczyna z pociągu", Paula Hawkins



 Ogólna ocena: 1/6 (gdyż nie można dawać zer  a jedynka jest za samo napisanie książki).

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Genialna "Genialna przyjaciółka"


Rok 2016 pod względem czytelniczym już jest cudownie udany, zaczęłam od "Tajemnej historii" Donny Tarrt (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/01/bardzo-wciagajaca-tajemna-historia.html), po drodze był "Drach" Szczepana Twardocha (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/03/szczepan-twardoch-drach.html) oraz rewelacyjne "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana(http://julitaczyta.blogspot.com/2016/05/richard-flanagan-klasniecie-jednej-doni.html), a ostatnio, całkiem niedawno, odkrycie Eleny Ferrante. Właśnie skończyłam czytać "Genialną przyjaciółkę",  i jestem wprost oczarowana, gdyż jest to piękna, przepiękna książka.

Ostatni numer magazynu "Książki" na pierwszej stronie pyta "Kim jest najlepsza pisarka współczesnej Europy? Tajemnice Eleny Ferrante". Jonathan Franzen (mój wielki idol) również  zachwyca się jej prozą. Was też powinna zachwycić.

Postać samej pisarki jest bardzo tajemnicza - tak naprawdę nie wiadomo o niej zupełnie nic. Konsekwentnie, od lat ukrywa swą tożsamość oraz odmawia uczestnictwa w jakichkolwiek akcjach promocyjnych (co z początku było pewnie niezbyt w smak wydawnictwu, teraz zaś dodaje postaci pisarki dodatkowego czaru). Ferrante uważa, że książki powinny mówić same za siebie. Jej na pewno mówią. O popularności prozy pisarki we Włoszech może świadczyć fakt, że podobno włoskie biura organizują wycieczki po Neapolu śladami postaci z jej powieści. Ja dla Was zamieszczam tylko krótki przewodnik.

"Genialna przyjaciółka" to opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Eleny Greco (Eleny Ferrante?). Najważniejszą postacią dla dziewczynki w tym okresie jest jej przyjaciółka, charyzmatyczna i niepokorna Rafaella Cerullo, Lila. Wolny duch, a zarazem ptak uwięziony w klatce warstwy społecznej, z jakiej się wywodzi, oraz w patriarchalnej kulturze. Lila determinuje życie Lenucci, stanowi dla niej punkt wyjścia i punkt odniesienia. Sama bardzo zdolna, być może nawet genialna, pozbawiona środków na formalną kontynuację edukacji, motywuje Lenuccię (czasami nawet bezwiednie) do dalszej nauki.

Czy Elena Ferrante jest autorką, czy również narratorką "Genialnej przyjaciółki"? Tego nie wie nikt. Ferrante pięknie oddaje klimat przedmieść Neapolu i doskonale opisuje napięcia okresu dorastania (z tym, że książka jest jak najbardziej dla dorosłych). Szybko zapominamy, przynajmniej większość z nas, jak pełne dramaturgii były nasze dziecięce lata. Przyjaźnie na śmierć i życie, pierwsze fascynacje i miłości, wielkie plany i marzenia, zdrady, potajemne sojusze, zacięte rywalizacje... Oczywiście, z perspektywy czasu nasze dziecięce przeżycia i emocje mogą nam się wydawać błahe lub śmieszne. Ale umówmy się, wtedy takie nie były. Wtedy wszystko było tak ważne, jakby od tego zależały dalsze losy świata, a nasze życie co najmniej. Młody człowiek nie zna dystansu, angażuje się we wszystko całym sercem, i wszystko tak samo przeżywa. Podczas lektury miałam wiele reminescencji dotyczące własnego dzieciństwa i okresu dorastania. Zresztą, ostatnio mam je coraz częściej - jest to chyba kolejna po samoistnym wczesnym wstawaniu oznaka starzenia się (budzę się bez budzika o szóstej rano, sama z siebie...! Jak mam ciekawą książkę - jak na przykład "Genialną przyjaciółkę" - robię sobie dobrą kawę i czytam. Inaczej idę biegać.)

Po przeczytaniu książki zaczęłam intensywnie myśleć o wycieczce do Neapolu (śladami postaci z powieści lub nie, will see), oraz zapisałam się do publicznej biblioteki, by móc od razu zacząć czytać drugi tom trylogii Ferrante, "Historię nowego nazwiska" (nie było go w żadnej księgarni). To w sferze czynów. W warstwie werbalnej, jak napisałam powyżej.
Bardzo, bardzo Wam polecam tę książkę.


"Genialna przyjaciółka", Elena Ferrante, Wydawnictwo Sonia Draga


Ogólna ocena: 6/6









piątek, 20 maja 2016

Richard Flanagan, "Klaśnięcie jednej dłoni"


“Klaśnięcia jednej dłoni” Richarda Flanagana nie ma na liście bestsellerów w Empiku, nie przykuwa uwagi ostentacyjnie wyłożona na półki tuż przy wejściu do księgarni. A szkoda, bo łatwo przegapić tę książkę. Nie możecie absolutnie tego zrobić! Daję tej książce sześć punktów, żałując, że nie mogę dać siedmiu. Zasługuje na wszystkie punkty świata. 

Przygotujcie się na bardzo dużą dawkę mocnych wzruszeń. Ja czytałam książkę ze ściśniętym gardłem, wiele razy miałam łzy w oczach. Historia opisana w książce jest bowiem bezbrzeżnie smutna. Zaczyna się w 1954 roku, w zimową noc na Tasmanii, od sceny, kiedy młoda słoweńska imigrantka Maria Buloh opuszcza swoją trzyletnią córeczkę Sonję. Dlaczego młoda kobieta opuszcza swoje dziecko…? Co ją skłania do tak dramatycznego kroku…? Jakie nieszczęście się jej przydarzyło…? I dlaczego, mimo wszystko dlaczego opuszcza swoje małe dziecko…? Czy kiedykolwiek wróci… ? Czy uda się ją odnaleźć…? Te i dziesiątki innych pytań pojawiają się w głowie przy lekturze początkowych stron powieści.  

Głównymi bohaterami książki to pierwsze i drugie pokolenie słoweńskich imigrantów na Tasmanię. Porzuceni: mała Sonja, i jej ojciec, porzucony przez żonę Bojan Bulah. “Klaśnięcie jednej dłoni” nie jest jednak banalną książką o relacji ojciec-córka, i ich „dawaniu sobie rady w życiu” na przekór wszelkim przeciwnościom. O czym zatem jest ta książka? Punktem wyjściowym jest ukazanie, jak odejście Marii Buloh, żony, matki, jak to jedno wydarzenie (klaśnięcie jednej dłoni….) wpływa na całe życie pozostawionych. Jak je rozbija na drobne kawałeczki, które przez cały późniejszy czas próbują poskładać.  

Po odejściu żony Bojan Buloh szuka ukojenia dla swojej rozpaczy w alkoholu, szuka zapomnienia. Bezskutecznie. Bojan Buloh to bohater tragiczny, wewnętrznie rozdarty. Ofiarą jego bólu staje się Sonja i jej dzieciństwo, najgorszy koszmar, jaki może Wam się przyśnić. Przepełnione bólem, cierpieniem fizycznym i tęsknotą, przedwczesna dorosłość. W wieku szesnastu lat Sonja postanawia zawalczyć o siebie, opuszcza ojca i Tasmanię. Nigdy jednak nie może opuścić ich do końca. Dlatego po latach wraca, by odszukać klucz do siebie, ze strzępów wspomnień zbudować na nowo swoją tożsamość. Czy znajdzie w sobie siłę i chęć, by przebaczyć ojcu…? Czy on tego przebaczenia w ogóle chce, i czy go potrzebuje, czy nie zatracił się już całkowicie w autodestrukcji? Czy ojciec i córka przeskoczą przez dzielące ich morze samotności? Czy wreszcie odnajdą właściwe słowa, gesty dla pokazania swojej samotności, żalu, rozpaczy i miłości? 

To książka również tym, jak krzywdzimy tych, których kochamy. Flanagan opisuje skomplikowaną relację ojca i córki, obojga pokiereszowanych przez los, straumatyzowanych. Relację trudną i niszczycielską. Miłość miesza się w niej z przemocą, bohaterowie kochają się, i krzywdzą jednocześnie. Być może mają dobre intencje, ale nie znajdują odpowiednich słów ani gestów. Pogrążają się w samotności i rozpaczy. Czy mimo wszystko w relacji pomiędzy nimi znajdzie się miejsce na normalność, na zwyczajność, na spokój i poczucie bezpieczeństwa….?  

Flanagan funduje nam dużą dawkę bardzo trudnych emocji. Zabiera w podróż do ludzkiej duszy, tropi przeszłość, poszukując w niej wszystkiego, co zdeterminowało późniejsze losy. Wytacza przeciwko czytelnikowi naprawdę ciężką artylerię, poruszając takie tematy jak: miłość, przemoc, ojcostwo, wojna, uchodźcy, alkoholizm, dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości…I wiele innych. A to wszystko w jednej niezbyt grubej książce.  

„Klaśnięcie jednej dłoni” to druga książka Richarda Flanagana, którą czytam, (pierwsza to były „Ścieżki północy”, nagrodzone Nagrodą Bookera w 2014 roku). Chronologicznie to książka starsza niż „Ścieżki Północy” - właściwie debiut pisarza z 1997 roku. Wspólnym mianownikiem dla obu powieści jest na pewno ich przepiękny poetycki język. To w zasadzie nie są powieści, a poezja. Absolutnie przepięknie napisane…Bardzo Wam polecam tę książkę. Poważna, intrygująca, mocna lektura. Bardzo wzruszająca. Raczej z wyższej półki. Satysfakcja gwarantowana, wymagane jedynie pewne wyrobienie czytelnicze, któremu Wam jako czytelnikom mojego bloga na pewno nie brakuje.
Nie ma zdjęcia do posta, gdyż książkę pożyczyłam mojej Mamie, która ją przeczytała i również się zachwyciła. Natomiast jeszcze mi jej nie oddała.

Ogólna ocena: 6/6


czwartek, 3 marca 2016

Nick Hornby, Funny Girl

Po każdą nową książkę Nicka Hornb’yego, jednego z moich ulubionych pisarzy, pędzę i biegnę, pełna nadziei i niemal pewna że jej lektura dostarczy mi fantastycznej rozrywki. Pobiegłam zatem i po „Funny girl”, tym szybciej, że od wydania ostatniej książki pisarza minęło pięć lat. Następnie przeczytałam, bardzo dobrze się przy tym bawiąc, do czego i Was serdecznie zachęcam. Poniżej krótkie uzasadnienie dlaczego.
 
Książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że Nick Hornby to jeden z najpopularniejszych pisarzy brytyjskich, autor bestsellerów, takich jak „Wierność w stereo”, „Był sobie chłopiec”, czy „Juliet, naga”. Ja osobiście zawsze sięgam po książki ulubionych pisarzy z mieszanką uczuć - z jednej strony z ekscytacją, ale też i z niepokojem - czy książka będzie mi się podobać równie jak poprzednie?  Brzemię autora bestsellerowych powieści rozrywkowych - a takie niewątpliwie nosi Nick Hornby - czasami musi być bardzo ciężkie do udźwignięcia.... Dla Nicka Hornby'ego na szczęście na razie takie nie jest, czego dowodzi jego najnowsza książka. "Funny girl" to powieść inteligentna, dowcipna, a do tego wszystkiego jeszcze mądra. Ponadto, zgodnie ze swoim tytułem, książka jest naprawdę zabawna – o ile lubicie ten specyficzny brytyjski rodzaj poczucia humoru (wiem, uwielbiacie go, każdy go uwielbia). 
 
"Funny girl" to opowieść o perypetiach Sophie Straw, a właściwie Barbary Parker. Dziewczyna, śniąc o karierze w branży rozrywkowej, porzuca swoje rodzinne Blackpool, by wyjechać do Londynu i zacząć walczyć o realizację własnych marzeń. Jej talent, uroda oraz splot szczęśliwych okoliczności pozwalają jej na osiągnięcie wymarzonego celu. Zostaje gwiazdą telewizyjnego serialu, a co za tym idzie celebrity Londynu lat 60tych. A były to złote czasy telewizji: każdy miał już wtedy telewizor, a w nim tylko dwa kanały. Występowanie w serialu, a zwłaszcza w serialu komediowym niemal natychmiast czyniło z aktora rozpoznawalną megagwiazdę (nie tak jak dziś, kiedy gwiazdy seriali stają się rozpoznawalne dopiero po tym, jak wystąpią w „Tańcu z gwiazdami 20”, o ile ktoś jeszcze ogląda ten program). Serial, w którym Sophie zaczyna występować, to nie jest taki po prostu zwykły serial komediowy. To zwierciadło w którym odbija się społeczeństwo, a jednocześnie narzędzie do jego kształtowania. Losy serialowych bohaterów są kanwą dla przedstawienia głębokich podziałów wewnątrz brytyjskiego społeczeństwa (na Londyn i prowincję, na wykształconych na elitarnych uczelniach i tzw plebs, torysów i laburzystów…) oraz opisu przemian tego społeczeństwa na wielu płaszczyznach, poczynając od kwestii politycznych, poprzez życie społeczne, aż po sprawy obyczajowe jak stosunek do homoseksualizmu, rasizm czy feminizm. Z tej perspektywy „Funny girl” to coś więcej niż po prostu kolejna lekka, łatwa i przyjemna książka. To również książka o szukaniu życiowej drogi, dokonywaniu wyborów i determinacji. Pochodząca z prowincji Sophie o nie najlepszym akcencie (rzecz nie bez znaczenia w snobistycznych Londynie)  znajduje w sobie dość odwagi i siły by realizować swoje marzenia. Tak jak zauważa Sophie pod koniec książki, najważniejsze w życiu jest to, żeby próbować. Działać. Podejmować próbę. I starać się robić to, co się kocha. Simple as that…? Amen.

Kiedy piszę, że książka jest zabawna, znaczy to dla mnie naprawdę dużo. Mój Mąż spodobał mi się właśnie dlatego, że był bardzo zabawny (choć on sam nie był zbyt zachwycony tym moim wyznaniem :).
 
 
 Nick Hornby, "Funny girl"

Ogólna ocena: 4
 
/6




piątek, 19 lutego 2016

Nowa książka autorki "Zabić drozda"

Historia książki Harper Lee „Idź, postaw wartownika” jest naprawdę niesamowita. Książka została napisana w latach pięćdziesiątych, ale światło dzienne ujrzała dopiero w roku 2014 roku, odnaleziona pośród prywatnych rzeczy pisarki. Jej wydanie na całym świecie wzbudziło wielką sensację. Książka błyskawicznie stała się najczęściej zamawianą książką na Amazonie od czasów Harry’ego Pottera. Wszyscy chcieli przeczytać drugą książkę autorki uwielbianej powieści „Zabić drozda”, opisującej głęboki rasizm na południu Stanów Zjednoczonych w czasach Wielkiej Depresji (na podstawie której powstał niemniej znany film pod tym samym tytułem, ze słynną rolą Gregory Pecka).
 
Powieść „Zabić drozda” została okrzyknięta arcydziełem, w 1961 zdobyła nagrodę Pulitzera, sprzedano miliony jej egzemplarzy, i stała się ulubioną powieścią Amerykanów – według niektórych sondaży, popularniejszą w Stanach Zjednoczonych nawet niż Biblia. To tłumaczy wielkie zainteresowanie wokół wydania drugiej książki Harper Lee.
 
Pytanie tylko, czy to na pewno jest druga książka? Harper Lee napisała „Idź, postaw wartownika” zanim napisała „Zabić drozda”. Wydawca, który otrzymał egzemplarz „Idź, postaw wartownika”, zwrócił ją pisarce do dopracowania; wskazał, by skoncentrowała się na dzieciństwie i latach młodości głównej bohaterki, uznając te fragmenty książki za najciekawsze; Harper Lee dopracowała książkę, i w ten sposób powstała powieść „Zabić drozda”. „Idź, postaw wartownika” można zatem traktować jak pierwszy szkic powieści „Zabić drozda”. Choć wiele fragmentów książek jest do siebie bardzo podobnych, historie w nich opisywane różnią się od siebie, i to dość zasadniczo.
 
 
Czy to dzięki książce, czy dzięki filmowi, wszyscy pewnie kojarzą postać Atticusa Fincha, żarliwego obrońcy ciemnoskórego Toma Robinsona, niesłusznie oskarżonego o zgwałcenie białej kobiety. Postawa Atticusa Fincha spotkała się z ogromną dezaprobatą białej części mieszkańców jego rodzinnego miasta, Maycomb, a on sam i jego najbliżsi byli narażeni z tego powodu na ostracyzm społeczny. Atticus Finch został ikoną prawnika – pierwszego sprawiedliwego, wierzącego w niezbywalne prawo do uczciwego, bezstronnego procesu dla każdego bez wyjątku, bez względu na okoliczności.
 
Akcja „Zabić drozda” ma miejsce w połowie lat trzydziestych XX wieku, akcja ”Idź, postaw wartownika” – dwadzieścia lat później, w latach pięćdziesiątych. Dorosła, 26 letnia córka Atticusa, Jean Louise, znana lepiej jako Scout, wraca do rodzinnego Maycomb, by odkryć, że uwielbiany oraz idealizowany przez nią ojciec jest białym supremacjonistą (został…? zawsze był….?). Dziewczyna nie może uwierzyć w swoje odkrycie, jest nim zdruzgotana. Jej rozczarowanie przeradza się w straszny gniew. Czuje się zdradzona i oszukana; jak może dalej kochać osobę o poglądach tak sprzecznych z jej sumieniem, tak różnych od jej własnych…? Czy ma prawo odrzucić tego, który ją kocha i wychował, z powodu jego politycznych poglądów? Czy można przestać kochać z powodu innych poglądów politycznych? Czy miłość ponad podziałami jest w ogóle możliwa? Jaka będzie odpowiedź Atticusa, i co zrobi Scout – tego dowiecie się oczywiście z książki.
 
Opisana w „Idź, postaw wartownika” zmiana, jaka zaszła w Atticusie Finchu, faktycznie wprawia w osłupienie. Transformacja siedemdziesięciodwuletniego Atticusa w rasistę jest naprawdę szokiem. Wiele z poglądów wypowiadanych przez Atticusa jest takich, że tysiące rodziców, którzy po 1960 roku nazwali swojego syna „Atticus” na cześć bohaterskiego prawnika, mogłoby równie dobrze nazwać dziecko „Adolf”. Cóż, w „Idź, postaw wartownika” Harper Lee zabija bohatera bez skazy. Każe się zastanawiać, czy jego męstwo w latach trzydziestych było PRAWDZIWYM męstwem. Czy był bohaterem, bo paradoksalnie łatwiej było nim wówczas być, kiedy dominacja białych była niepodważalna, niż w latach pięćdziesiątych, kiedy uciskana czarna mniejszość zaczęła domagać się swoich praw i w ten sposób zagrażać uprzywilejowanej pozycji białych. Osądzana z perspektywy czasu a raczej z perspektywy kolejnej powieści bohaterska postawa Atticusa w „Zabić drozda” staje się mniej jednoznaczna. W tym aspekcie „Idź, postaw wartownika”, odbrązawiając postać Atticusa Fincha, jednocześnie przydaje jej głębi.
 
Nie jest jasne, czy 89 letnia dziś i niedomagająca Harper Lee kiedykolwiek chciała traktować „Idź, postaw wartownika” jako oddzielną książkę, czy chciała jej wydania. Faktycznie, książka nie ma tej siły rażenia co „Zabić drozda”. Niektórzy zastanawiają się, czy wydanie książki było w ogóle potrzebne. W tym momencie rozważania te są zupełnie teoretyczne i abstrakcyjne. „Idź, postaw wartownika” być może nie jest arcydziełem, ale to bardzo dobra, wielowymiarowa książka, która z pewnością nie sprawia że „Zabić drozda” przestaje być arcydziełem. Powieść „Zabić drozda” stanowi część światowego dziedzictwa kulturowego i z tego względu uważam, że wydanie „Idź, postaw wartownika” było celowe choćby po to, by opatrzyć ją dodatkowym kontekstem. Uważam że książkę warto przeczytać.
 
 
 „Idź, postaw wartownika”, Harper Lee
 
Ogólna ocena: 4/6
 

wtorek, 19 stycznia 2016

Bardzo wciągająca "Tajemna historia"

Wielu zastanawia się, czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia. Jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenia, zakochałam się w książce „Tajemna historia” Donny Tarrt od przeczytania pierwszej strony. A nawet od przeczytania pierwszych kilku zdań. Nie rozumiem, dlaczego autorka nagrodę Pulitzera dostała za „Szczygła”, a nie za „Tajemną historię”, będącą jej debiutem - mnie „Tajemna historia” podobała się znacznie bardziej niż „Szczygieł”.
 
Już od pierwszej strony książki wiadomo, że zostało popełnione morderstwo. Grupa młodych ludzi zamordowała swojego kolegę. Podobnie jak w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, nie mamy zagadki. Przez pierwszą połowę książki śledzimy, w jaki sposób doszło do morderstwa, odkrywamy jego psychologiczne motywy. Samo morderstwo jest w książce swoistym punktem kulminacyjnym, mimo iż od samego początku było wiadomo, że do niego dojdzie. W dalszej części książki w napięciu oczekujemy, czy winni zbrodni poniosą karę. Po cichu liczymy, że nie…Napięcie nie spada ani przez chwilę, przez ani jedną z ponad sześciuset stron. Czy sprawcom uda się im uniknąć wszelkich konsekwencji…? Czy będą potrafili żyć normalnie…?
 
Życzyłabym sobie jak najwięcej takich powieści. Przepięknie napisanych, bardzo klimatycznych, z barwnymi, nieco tajemniczymi bohaterami, z ciekawą, zagadkową fabułą. Akcja książki jest osadzona w malowniczej scenerii starego uniwersytetu w Stanach Zjednoczonych. Główni bohaterowie to grupa inteligentnych i ekscentrycznych studentów filologii klasycznej, zgromadzonych wokół charyzmatycznego profesora Morrisa. Każdy z nich jest wielką indywidualnością, ale razem stanowią zgraną drużynę. Do ich hermetycznego grona próbuje dołączyć Richard Papen, student rozpoczynający dopiero naukę na uniwersytecie a zarazem narrator powieści. Powoli przenika do grupy, poznając jej coraz mroczniejsze sekrety…
 
„Tajemna historia” to przepięknie napisana piękna powieść o moralności, sztuce, karze i odkupieniu. Współczesna tragedia grecka. Mroczna, hipnotyczna, wciągająca książka. Absolutnie zniewalająca. Być może moje skojarzenie ze „Zbrodnią i karą” nie było przypadkowe, „Tajemna historia” trochę przypomina powieść z XIX wieku, z rozbudowaną fabułą, uwikłanymi w przeróżne konflikty wielowymiarowymi bohaterami oraz danymi uważnemu czytelnikowi pod rozwagę wieloma zagadnieniami natury etycznej.
 
Za tę książkę chciałabym bardzo podziękować Świętemu Mikołajowi. Świat gdzie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia oraz Święty Mikołaj jest super.
Ogólna ocena: 6/6
 
Donna Tarrt, Tajemna historia, Wydawnictwo Znak Literanova

wtorek, 12 stycznia 2016

"Bez skazy", Jonathan Franzen


Przeczytawszy “Korekty” oraz “Wolność” nie da się nie oczekiwać kolejnych książek Jonathana Franzena bez niecierpliwości. Obie książki były dla mnie niczym objawienie, błyskotliwe, ironiczne, z dobólowo wręcz trafnymi obserwacjami społecznymi oraz momentami brutalną psychoanalizą głównych bohaterów. Zapewniły Franzenowi miejsce w panteonie najważniejszych pisarzy USA oraz wśród moich ulubionych pisarzy.
 
Jego najnowsza powieść "Bez skazy" to ciąg dalszy zapoczątkowanej w poprzednich powieściach kroniki Stanów Zjednoczonych (choć akcja powieści toczy się również w byłej NRD oraz w Boliwii). Kroniki bardzo krytycznej, nie kroniki-propagandowej laurki. Tym razem Franzen opisuje Stany Zjednoczone ery Baracka Obamy, zmęczone zawiedzionymi nadziejami pokładanymi w prezydencie, długotrwałym kryzysem finansowym, wstrząsane przeciekami Wikileaks oraz kolejnymi sensacjami ujawnianymi przez Edwarda Snowdena czy Juliana Assange'a (analogie w książce nie są nawet zbyt mocno ukryte).


W „Bez skazy” Jonathan Franzen opisuje trzy zgrabnie powiązane ze sobą wątki: młodej, zagubionej Purity/Pip, Andreasa Wolfa – pochodzącego z NRD charyzmatycznego outsidera w typie Assange’a, oraz toksycznego związku dziennikarza Toma Aberranta i ekstrawaganckiej Anabel.
 
Dwudziestotrzyletnia Purity (dla przyjaciół, znajomych oraz całego świata Pip) po ukończeniu studiów ma do spłacenia 130 tysięcy dolarów kredytu studenckiego, a w związku ze słabo opłacaną pracą jej sytuacja finansowa jest tragiczna. Tak samo jak perspektywy życiowe.  Pip bardzo pragnie poznać swojego ojca, co uniemożliwia jej niezrównoważona, egocentryczna matka, fanatyczna wyznawczyni ideologii New Age. Pip liczy na to, że gdyby odnalazła swojego ojca, ten pomógłby jej w spłacie zaciągniętego kredytu. Wkrótce dziewczyna zaczyna pracę dla enigmatycznego portalu na kształt Wikileaks, ujawniającego oszustwa i wykroczenia popełniane przez światowe rządy i korporacje. Liczy, iż korzystając z dostępnych tam narzędzi uda jej się odnaleźć ojca. Wdaje się w romans z jego właścicielem, Andreasem Wolfem, i zostaje uwikłana w niebezpieczną grę której reguły zna tylko Andreas Wolf. 
 
Andreas Wolf to ex-cudowne dziecko wysoko postawionego dygnitarza z NRD (przyznam, że Franzen zaskoczył mnie swoim opisem rzeczywistości państwa totalitarnego jakim było NRD. Wydawało mi się, że tak wiarygodne i przekonywujące opisy są zastrzeżone wyłącznie dla tych, którzy doświadczyli bezpośrednio rzeczywistości państwa totalitarnego); wyklęte z rodziny po publikacji antysystemowego wiersza (!). Po wielu zawirowaniach Andreas Wolf staje się twarzą antykomunistycznej rewolucji, co umożliwia mu karierę na arenie międzynarodowej. W pewnym punkcie życia napotyka na swojej drodze Toma Aberranta.
 
Tom Aberrant ma za sobą nieudane małżeństwo z Anabel, toksyczną córką amerykańskiego milionera; przyjęcie spadku po jej ojcu umożliwia Tomowi realizację swojego marzenia w postaci otwarcia portalu informacyjnego.
 

Każdy z tych wątków jest tak rozbudowany iż w zasadzie mógłby stanowić osobną powieść. Losy głównych bohaterów są ze sobą po mistrzowsku oraz bardzo misternie powiązane; odkrywanie tych powiązań sprawia, że od książkę czyta się jak thriller, i  nie można się oderwać. Czytelnik do samego końca jest trzymany w napięciu i niepewności....
 
Jonathan Franzen jest świetnym psychologiem i również w swojej nowej powieści nie zawodzi pod tym względem, przeprowadzając dokładną wiwisekcję swoich bohaterów oraz ich rozterek życiowych. Tłem dla poplątanych relacji międzyludzkich są zagadnienia związane z internetem, władzą, jaką on daje, oraz zagrożeniem jakie tworzy, m.in. manipulacji informacjami. "Bez skazy" to psychologiczny thriller a zarazem moralitet.
 
Krytycy nie odnieśli się najlepiej do tej książki. Osobiście nie uważam jej za wybitną, ale za bardzo dobrą – na pewno. Być może miażdżąca ocena powieści wynika z bardzo wysokich oczekiwań względem Jonathana Franzena. Nie ukrywam, sama miałam takie oczekiwania, dlatego mnie również odrobinę rozczarowała. Natomiast z pewnością zapewniła dużo dobrej rozrywki. Oraz skłoniła do kilku przemyśleń; na które miałam sporo czasu, gdyż książkę czytałam na wakacjach, co widać na załączonym obrazku.
 

Ogólna ocena: 4,5/6
 

Jonathan Franzen, Bez skazy, Wydawnictwo Sonia Draga, Warszawa 2015



 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

"Ścieżki północy", Richard Flanagan, 49/52

Kupuję „Ścieżki północy” Richarda Flanagana zachęcona hasłami z okładki: „zniewalająco piękna książka” (Sunday Times), „wielka powieść” (New York Times), „zostaje w pamięci na zawsze” („The Times”) , no i Bookerem 2014. Po przeczytaniu podzielam tę opinię, ale moja historia z książką jest trudna.
 
Przyznam, że książka nie zachwyciła mnie od razu. Od nieprzeczytania byłam tylko o mały włos Zaczęłam ją czytać w Warszawie, w wielkim biegu (to 52 challenge nieco mnie jednak stresuje), pobieżnie, kartkować w zasadzie, wśród tysiąca innych spraw do załatwienia, i w efekcie zniechęcona odłożyłam ją na półkę po ok 70 stronach.
 
Wróciłam do niej, a w zasadzie zaczęłam czytać od początku, na wakacjach na Teneryfie. Widok na majestatyczne Los Gigantos, szum fal Oceanu Atlantyckiego oraz miarowe oddechy moich porażonych tlenem dzieci okazały się idealnym tłem do lektury tej książki. I wreszcie, w końcu, zachwyciłam się, choć być może mogłabym pomyśleć o wielu bardziej wakacyjnych lekturach. Książka okazała się faktycznie niesamowicie piękna, i zdecydowanie warta przeczytania. Nie da się jej jednak czytać w autobusie, to książka wymagająca ciszy, skupienia i uwagi, trochę jak poezja.
Książka opowiada o losach żołnierzy przebywających w japońskim obozie jenieckim i pracujących przy budowie Kolei Śmierci, 400 kilometrowej linii kolejowej wiodącej z Bangkoku w Tajlandii do Rangunu w Birmie. Budowa tej kolei miała dla Japonii strategiczne znaczenie w czasie II wojny światowej, miała umożliwić szybkie przemieszczanie się oraz aprowizację cesarskiej armii w związku z planowaną ofensywą na Indie. Z tego względu Japończycy dążyli do jej wybudowania za wszelką cenę, bez względu na jakiekolwiek koszty, w tym a może przede wszystkim bez względu na koszty ludzkie. Trudno określić, jak wiele ofiar pochłonęła budowa tej linii, szacunki wahają się między 100 a 200 tysiącami zmarłych. Jednym z więźniów pracujących przy budowie linii kolejowej był ojciec Richarda Flanagana, któremu zresztą dedykowana jest książka. „Ścieżki północy” ocalają te często bezimienne ofiary od zapomnienia, nadają im imiona oraz nazwiska.
Głównym bohaterem „Ścieżek północy” jest Dorrigo Evans, z zawodu jest chirurg. Kiedy wybucha II wojna światowa, Dorrigo trafia do obozu jenieckiego, ale tam jego walka dopiero się zaczyna. W koszmarnych warunkach, w piekle birmańskiej dżungli, jako chirurg toczy zacięty bój o życie setek, dziesiątek swoich towarzyszy, o życie każdego z nich. Jego przeciwnik to sterowany kodeksem bushido japoński obłęd wojenny. Obraz obozu jenieckiego w dżungli jest wstrząsający, podobnie jak nieprawdopodobne okrucieństwo Japończyków wobec jeńców, stosowane w imię kultu Cesarza, ślepe na ból i cierpienie (japońscy żołnierze podczas dekapitacji deklamują haiku; książka zawiera zresztą wiele odniesień do literatury japońskiej - tytuł powieści został zainspirowany przez klasyczne haiku Matsuo Basho).
Ale „Ścieżki północy” to nie tylko powieść wojenna, ale również love story, na dodatek oparta na prawdziwej historii opowiedzianej pisarzowi przez ojca. Naprawdę bardzo romantycznej, choć zarazem tragicznej.
Książka jest bardzo poetycka, momentami przypomina japońskie haiku. Nawet zawarte w niej opisy dramatycznych wydarzeń oraz drastycznych scen mają w sobie swojego rodzaju smutne piękno. Znalazłam też w tej książce świetny fragment dotyczący literatury: „Dobra książka (…) sprawia, że chce się ją przeczytać jeszcze raz. A książka wielka każe człowiekowi jeszcze raz przeczytać swoją duszę”. Czytałam swoją duszę czytając „Ścieżki północy”, i Wam to też serdecznie polecam.
Ogólna ocena: 5,5/6
Richard Flanagan, „Ścieżki północy”, Wydawnictwo Literackie