Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na prezent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na prezent. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 grudnia 2016

Książka na zimowe wieczory. "Historia pszczół" Mai Lunde

Bardzo się cieszę, mogąc polecić Wam "Historię pszczół" Mai Lunde, książkę, która jest wprost stworzona do czytania pod cieplutkim kocem w mroźne zimowe długie wieczory. Rozgrzewa serce. To jest właśnie taka książka, jakie lubię najbardziej. Pięknie napisana, ciekawa, niebanalna i mądra. Nie jest to oczywiście książka przyrodnicza, ale piękna, przepiękna powieść, która z pewnością Was zachwyci. Od pierwszej do ostatniej strony, gdyż jest pozbawiona słabszych momentów. 
Chyba każdy ma do opowiedzenia jakąś historię związaną z pszczołami. Historie, które Maja Lunde opisuje w swojej książce, są naprawdę niezwykłe. To historie trzech rodzin, żyjących w zupełnie innych czasach i realiach. Spoiwem historii są pszczoły, a właściwie obsesja na ich punkcie. 
Pierwsza historia rozgrywa się w 1852 roku, w Heartfordshire, w Anglii, William, niespełniony naukowiec, właściciel sklepu z nasionami oraz głowa licznej rodziny (siedem córek i jeden syn!), popada w całkowitą niemoc, pogrążając się w coraz większej depresji.  Walka o utrzymanie rodziny zmusiła go do rezygnacji z marzeń o karierze naukowej. Ze stanu zapaści wyrywa go idea budowy nowego typu ula, który może całkowicie zrewolucjonizować pszczelarstwo na świecie. William rozpoczynając gorączkowe prace. Akcja drugiej historii rozgrywa się współcześnie  w Stanach Zjednoczonych. Jej głównym bohaterem jest hodowca pszczół, George. George marzy, by studiujący na uniwersytecie syn Tom podzielał jego pasję pszczelarską oraz przejął rodzinny interes. Przeżywa głębokie rozczarowanie, dowiedziawszy się, że Tom swoją przyszłość wiąże z pisarstwem. Rozdźwięk co do planów życiowych syna sprawia, że sytuacja w całej rodzinie jest mocno napięta. Napięcie potęguje fakt, że nagle w całych Stanach masowo wymierają pszczoły. Zagłada dotyka również hodowli George’a. Ostatnia historia to mroczna wizja świata pogrążonego w głębokiej katastrofie po wyginięciu pszczół. Z problemem głodu radzą sobie Chiny, gdzie mieszkańcy nieustannie pracują nad ręcznym zapylaniem roślin. Wśród nich jest kobieta – Tao, młoda żona, matka trzyletniego chłopca, Wei-Wena. Tao ubóstwa Wei-Wena. Szaleje z rozpaczy, gdy pewnego dnia syn zapada na tajemniczą chorobę i zostaje zabrany na obserwację w nieznane miejsce, po czym ginie po nim wszelki ślad. Zdesperowana Tao wyrusza w niebezpieczna podróż po postapokaliptycznych Chinach w poszukiwaniu swojego dziecka. 
W każdej historii bardzo wnikliwie i trafnie przedstawione są relacje rodzinne, szczególnie te na linii rodzic-dziecko oraz mąż-żona. W każdym wątku pojawia się problem porozumienia z dziećmi, kwestii wzajemnych oczekiwań, oraz funkcjonowania w związku małżeńskim. Czym jest rodzicielstwo, czym małżeństwo? Czy oznaczają całkowitą rezygnację z własnych planów i ambicji? Dlaczego relacje rodzinne psują się? Jak do tego dochodzi? Co się stanie, gdy rodzina się rozpadnie? Jak wiele jesteśmy znieść i poświęcić dla naszych dzieci? We wszystkich trzech historiach narracja jest pierwszoosobowa, co daje jeszcze lepszy wgląd w psychikę i emocje bohaterów. Każda z opowieści to wspaniałe studium relacji rodzinnych, ale nie tylko. To również powieść o czasem nieobliczalnych i strasznych konsekwencjach zupenie maych decyzji. Ten ostatni wątek jest silnie związany z katastroficzną stroną „Historii Pszczól”. Spomiędzy pięknych i subtelnych opowieści o ludziach, ich marzeniach i ambicjach wyłania się ponura wizja przyszłości, w której wyginęły pszczoły. „Historia pszczół” to apokalipsa Mai Lunde, którą jest świat bez pszczół. Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie skutki dla ludzkości niosłoby wyginięcie wszystkich pszczół na świecie? I czy to w ogóle jest możliwe? Jak się okazuje, to zagrożenie wcale nie jest tak abstrakcyjne, pszczoły już teraz masowo wymierają z przyczyn, które nie są do końca wyjaśnione (CCD – Colony Collapse Disorder). Zagłada pszczół okazuje się być jednym z większych zagrożeń dla współczesnego świata. 
„Historia pszczół” to jeden z największych bestsellerów w Norwegii ostatnich lat. Dawno nie czytałam tak pięknej, ciekawej, misternie skonstruowanej książki. Polecam.

Ogólna ocena: 6/6
 

wtorek, 19 stycznia 2016

Bardzo wciągająca "Tajemna historia"

Wielu zastanawia się, czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia. Jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenia, zakochałam się w książce „Tajemna historia” Donny Tarrt od przeczytania pierwszej strony. A nawet od przeczytania pierwszych kilku zdań. Nie rozumiem, dlaczego autorka nagrodę Pulitzera dostała za „Szczygła”, a nie za „Tajemną historię”, będącą jej debiutem - mnie „Tajemna historia” podobała się znacznie bardziej niż „Szczygieł”.
 
Już od pierwszej strony książki wiadomo, że zostało popełnione morderstwo. Grupa młodych ludzi zamordowała swojego kolegę. Podobnie jak w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, nie mamy zagadki. Przez pierwszą połowę książki śledzimy, w jaki sposób doszło do morderstwa, odkrywamy jego psychologiczne motywy. Samo morderstwo jest w książce swoistym punktem kulminacyjnym, mimo iż od samego początku było wiadomo, że do niego dojdzie. W dalszej części książki w napięciu oczekujemy, czy winni zbrodni poniosą karę. Po cichu liczymy, że nie…Napięcie nie spada ani przez chwilę, przez ani jedną z ponad sześciuset stron. Czy sprawcom uda się im uniknąć wszelkich konsekwencji…? Czy będą potrafili żyć normalnie…?
 
Życzyłabym sobie jak najwięcej takich powieści. Przepięknie napisanych, bardzo klimatycznych, z barwnymi, nieco tajemniczymi bohaterami, z ciekawą, zagadkową fabułą. Akcja książki jest osadzona w malowniczej scenerii starego uniwersytetu w Stanach Zjednoczonych. Główni bohaterowie to grupa inteligentnych i ekscentrycznych studentów filologii klasycznej, zgromadzonych wokół charyzmatycznego profesora Morrisa. Każdy z nich jest wielką indywidualnością, ale razem stanowią zgraną drużynę. Do ich hermetycznego grona próbuje dołączyć Richard Papen, student rozpoczynający dopiero naukę na uniwersytecie a zarazem narrator powieści. Powoli przenika do grupy, poznając jej coraz mroczniejsze sekrety…
 
„Tajemna historia” to przepięknie napisana piękna powieść o moralności, sztuce, karze i odkupieniu. Współczesna tragedia grecka. Mroczna, hipnotyczna, wciągająca książka. Absolutnie zniewalająca. Być może moje skojarzenie ze „Zbrodnią i karą” nie było przypadkowe, „Tajemna historia” trochę przypomina powieść z XIX wieku, z rozbudowaną fabułą, uwikłanymi w przeróżne konflikty wielowymiarowymi bohaterami oraz danymi uważnemu czytelnikowi pod rozwagę wieloma zagadnieniami natury etycznej.
 
Za tę książkę chciałabym bardzo podziękować Świętemu Mikołajowi. Świat gdzie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia oraz Święty Mikołaj jest super.
Ogólna ocena: 6/6
 
Donna Tarrt, Tajemna historia, Wydawnictwo Znak Literanova

poniedziałek, 21 grudnia 2015

"Ścieżki północy", Richard Flanagan, 49/52

Kupuję „Ścieżki północy” Richarda Flanagana zachęcona hasłami z okładki: „zniewalająco piękna książka” (Sunday Times), „wielka powieść” (New York Times), „zostaje w pamięci na zawsze” („The Times”) , no i Bookerem 2014. Po przeczytaniu podzielam tę opinię, ale moja historia z książką jest trudna.
 
Przyznam, że książka nie zachwyciła mnie od razu. Od nieprzeczytania byłam tylko o mały włos Zaczęłam ją czytać w Warszawie, w wielkim biegu (to 52 challenge nieco mnie jednak stresuje), pobieżnie, kartkować w zasadzie, wśród tysiąca innych spraw do załatwienia, i w efekcie zniechęcona odłożyłam ją na półkę po ok 70 stronach.
 
Wróciłam do niej, a w zasadzie zaczęłam czytać od początku, na wakacjach na Teneryfie. Widok na majestatyczne Los Gigantos, szum fal Oceanu Atlantyckiego oraz miarowe oddechy moich porażonych tlenem dzieci okazały się idealnym tłem do lektury tej książki. I wreszcie, w końcu, zachwyciłam się, choć być może mogłabym pomyśleć o wielu bardziej wakacyjnych lekturach. Książka okazała się faktycznie niesamowicie piękna, i zdecydowanie warta przeczytania. Nie da się jej jednak czytać w autobusie, to książka wymagająca ciszy, skupienia i uwagi, trochę jak poezja.
Książka opowiada o losach żołnierzy przebywających w japońskim obozie jenieckim i pracujących przy budowie Kolei Śmierci, 400 kilometrowej linii kolejowej wiodącej z Bangkoku w Tajlandii do Rangunu w Birmie. Budowa tej kolei miała dla Japonii strategiczne znaczenie w czasie II wojny światowej, miała umożliwić szybkie przemieszczanie się oraz aprowizację cesarskiej armii w związku z planowaną ofensywą na Indie. Z tego względu Japończycy dążyli do jej wybudowania za wszelką cenę, bez względu na jakiekolwiek koszty, w tym a może przede wszystkim bez względu na koszty ludzkie. Trudno określić, jak wiele ofiar pochłonęła budowa tej linii, szacunki wahają się między 100 a 200 tysiącami zmarłych. Jednym z więźniów pracujących przy budowie linii kolejowej był ojciec Richarda Flanagana, któremu zresztą dedykowana jest książka. „Ścieżki północy” ocalają te często bezimienne ofiary od zapomnienia, nadają im imiona oraz nazwiska.
Głównym bohaterem „Ścieżek północy” jest Dorrigo Evans, z zawodu jest chirurg. Kiedy wybucha II wojna światowa, Dorrigo trafia do obozu jenieckiego, ale tam jego walka dopiero się zaczyna. W koszmarnych warunkach, w piekle birmańskiej dżungli, jako chirurg toczy zacięty bój o życie setek, dziesiątek swoich towarzyszy, o życie każdego z nich. Jego przeciwnik to sterowany kodeksem bushido japoński obłęd wojenny. Obraz obozu jenieckiego w dżungli jest wstrząsający, podobnie jak nieprawdopodobne okrucieństwo Japończyków wobec jeńców, stosowane w imię kultu Cesarza, ślepe na ból i cierpienie (japońscy żołnierze podczas dekapitacji deklamują haiku; książka zawiera zresztą wiele odniesień do literatury japońskiej - tytuł powieści został zainspirowany przez klasyczne haiku Matsuo Basho).
Ale „Ścieżki północy” to nie tylko powieść wojenna, ale również love story, na dodatek oparta na prawdziwej historii opowiedzianej pisarzowi przez ojca. Naprawdę bardzo romantycznej, choć zarazem tragicznej.
Książka jest bardzo poetycka, momentami przypomina japońskie haiku. Nawet zawarte w niej opisy dramatycznych wydarzeń oraz drastycznych scen mają w sobie swojego rodzaju smutne piękno. Znalazłam też w tej książce świetny fragment dotyczący literatury: „Dobra książka (…) sprawia, że chce się ją przeczytać jeszcze raz. A książka wielka każe człowiekowi jeszcze raz przeczytać swoją duszę”. Czytałam swoją duszę czytając „Ścieżki północy”, i Wam to też serdecznie polecam.
Ogólna ocena: 5,5/6
Richard Flanagan, „Ścieżki północy”, Wydawnictwo Literackie

 

środa, 2 grudnia 2015

Humory Hipolita Kabla

Wybrałam „Humory Hipolita Kabla” Roksany Jędrzejewskiej - Wróbel na wieczorną lekturę dla mojego syna z absolutną premedytacją. Było już późno, wieczór rozkładał przede mną szeroki wachlarz możliwości i sposobów spędzania wolnego czasu. Warunek był jeden: Jeremi musiał spać.

Ze złośliwą radością w sercu i przebiegłym uśmieszkiem obwieściłam mu, że na dobranoc będziemy czytać „Humory Hipolita Kabla”. Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską na widok stron uroczo zadrukowanych małą czcionką, widocznych na pierwszy rzut oka zdań podrzędnie złożonych oraz przebijających się tu i ówdzie (niczym przebiśniegi…nadchodziła wiosna w mym domu…!) słów których zrozumienie mogłoby sprawić trudność przeciętnemu gimnazjaliście (with all due respect). W starciu Jeremi vs Hipolit zdecydowanie stawiałam na Hipolita, typując nokaut w okolicach trzeciej strony.
Niestety przegrałam ten zakład. Z kretesem, bo w końcu przeczytaliśmy o wszystkich humorach Hipolita, przegrałam sromotnie, albowiem lektura książki (a zwłaszcza zawarte tam przekleństwo: „do jasnej parówki!”) podziałała na Jeremiego jak zastrzyk adrenaliny. Nie pytajcie co było dalej.
Hipolit to jamnik neurotyk i hipochondryk (to ostatnie słowo pada nawet w tekście). Zapytałam  Jeremiego czy wie, kto to jest hipochondryk mając już w głowie pełną satysfakcji odpowiedź. Niestety odpowiedział że owszem, wie, i że on jest hipochondrykiem. Jedną z najczęstszych rozrywek Hipolita jest użalanie się nad sobą tudzież uskarżanie się na cały świat. Jego najlepszy przyjaciel to kot Alojzy Kocioł, który w zamian za kaszankę i wątrobiankę jest gotów zdradzić Hipolitowi własne marzenie. Na marginesie, kota Alojzego Kotła niniejszym ogłaszam najlepiej nazwanym kotem wszechczasów. Jeremiemu zresztą  jak mi wyznał, kot Kocioł podobał się najbardziej. Bardzo mnie tym wzruszył, bo mnie też. Jemu dlatego, bo był taki wielki i mądry, i mnie w sumie też.
Przygody Hipolita faktycznie są urocze i bardzo zabawne, no i w każdej występuje kot Kocioł. Większość przygód wynika z humorów Hipolita, a że Hipolit ma naturę dość chwiejną, nie narzeka na brak rozrywek. Z każdej przygody wynika też jakiś pozytywny przekaz, więc i czytający ma przy okazji lektury możliwość dodania czegoś od siebie (ja zawsze korzystam z tej możliwości) – i rozwinięcia myśli, skonfrontowania jej z rzeczywistością, czy też bezwzględnego wykorzystania na własne potrzeby. Jest i motyw bożonarodzeniowy, więc na prezent nadaje się w sam raz.

A zatem w celach usypiania broń Boże nie używajcie, w każdych innych – jak najbardziej polecam. Jedyne zastrzeżenie: cztery lata to według mnie absolutne minimum na przeczytanie tej książki.

„Humory Hipolita Kabla”, Roksana Jędrzejewska – Wróbel, Wydawnictwo Adamada.

 

poniedziałek, 30 listopada 2015

O Mai, Findzie, zombie oraz cieście z kokosem, „Maja i jej świat. Ciekawość” Anny Obiols


Jeżeli chodzi o recenzje książek dla dzieci, moja rola jest podrzędna i poboczna, pierwszym recenzentem jest zawsze mój syn. Jego osądy są bezwzględne, kategoryczne oraz błyskawiczne. Tak też było w przypadku książki „Maja i jej świat. Ciekawość” autorstwa Anny Obiols. Natychmiast po zakończeniu czytania zakrzyknął z entuzjazmem: „Jeszcze raz!”. I wszystko jasne. To znaczy prawie, czytanie było czynnością wysokiego ryzyka, odbywało się rano, i groziło strasznymi konsekwencjami w postaci spóźnienia się do przedszkola, pracy, itp. Ale daliśmy radę.
„Maja i jej świat” to pięknie napisana opowieść o tym, jak do klasy Mai dołączyła nowa dziewczynka, Finda, pochodząca z Afryki. Finda wygląda inaczej, mówi w innym języku, ma inne obyczaje. Maja i Finda zaprzyjaźniają się. Wszystko związane z Findą jest dla Mai bardzo ciekawe. I budzi ogromną ciekawość. Słuchającego dziecka również.
Książka ma więc walory edukacyjne, ale nie nachalne, tylko subtelnie przemycone (Afryka jest zresztą super na rozbudzenie ciekawości), uczy tolerancji i otwartości na drugiego człowieka. Rozbudza ciekawość świata. I nie tylko. Przy drugim czytaniu, które było już interaktywne, z moimi licznymi komentarzami do tekstu (najwyraźniej potęgującymi ciekawość), Jeremi postanowił rozbudzić i moją ciekawość. Zeskoczył z łóżka, wykrzywił twarz i zakrzyknął „A wiesz mama, tak wygląda zombie!”.
Przygoda z Findą nie kończy się wraz z ostatnią linijką. Książka zawiera swoistą „to do list”, oczywiście inspirowaną Afryką i przygodami Mai. To m.in. samodzielne wykonanie a następnie zagranie w afrykańską grę awale, oraz zrobienie afrykańskiej maski. Zawsze miło dostać taką inspirację jeżeli chodzi o spędzanie wolnego czasu z dzieckiem, dla mnie nigdy ich za wiele. Nasza lista zadań do wykonania została spontanicznie rozszerzona o zrobienie ciasta czekoladowego z kokosem (ulubionym deserem Findy). Ciasto było autorskim pomysłem Jeremiego, widać oprócz ciekawości książka rozbudza również kreatywność.  
Jak się okazało, może zbyt pochopnie zgodziłam się na rozszerzenie listy o ciasto czekoladowe z kokosem, a już na pewno na uczynienie z tej pozycji numeru jeden na naszej liście. Wieczorem wyszliśmy z mężem do teatru (udało się….), a potem do restauracji na kolację. Było miło, było wino. O szóstej rano obudził mnie rozgorączkowany Jeremi: „Mamo, mamo, musimy zrobić ciasto czekoladowe z kokosem! To numer jeden na naszej liście…!”. Pomimo kilku chwil wahania stwierdziłam że zignorowanie tak pięknie ułożonego planu byłoby skrajnie niewychowawcze. Z lekka nieprzytomny Mąż poszedł zatem do sklepu po składniki na ciasto, po czym o siódmej trzydzieści zamienił się w  Robinsona Crusoe rozbijającego kokosy (za co niniejszym bardzo przepraszam wszystkich sąsiadów). A my z Jeremim zrobiliśmy ciasto. Wyszło obłędne.
Przed nami numer dwa i numer trzy z listy. I kolejna z książek z serii o Mai – ponieważ zgadzam się z moim synem: książka bardzo mi się podobała.
„Maja i jej świat. Ciekawość” Anna Obiols, Wydawnictwo Adamada

wtorek, 28 lipca 2015

Big Brother po norwesku, czyli "Moja walka" cz. II Karla Ovego Knausgarda

Ostatnio czytam i piszę w dość ciężkich warunkach. Sezon wakacyjny w pełni, z nieba przeważnie leje się żar (z wyjątkiem tego jednego tygodnia lipca kiedy wyjechaliśmy na Mazury, i wtedy z nieba lał deszcz). Mój spokojny rytm czytelniczy zakłócają liczne poboczne wątki wyjazdowe, grillowe, plażowe, rowerowe itepe itede. A, i jeszcze wyprzedaże….. Na dodatek ZAMKNIĘTO PRZEDSZKOLE. Rozumiecie więc, nie jest łatwo.

„Moja walka”, cz. II Karla Ovego Knausgarda ma ok. 750 stron. Poważnie się zastanawiałam, czy umieszczać ją na mojej liście lektur obowiązkowych, czy nie ugrzęznę na tej książce i z realizacji 52challenge nici. Wakacje, słońce, wyjazdy i 750 stron współczesnej dość ambitnej prozy skandynawskiej nijak mi się  składały w jedną spójną i logiczną całość. Czytałam jednak część pierwszą, i pewnie dlatego „Moja walka” cz. II sama się na mojej liście czytelniczej umieściła. Potem wskoczyła mi do walizki i razem pojechałyśmy na Mazury, gdzie udało mi się ją przeczytać, co ze względu na okoliczności przyrody potraktowałam jako wielki osobisty sukces. Przyznaję, podczas czytania odczuwałam dużą radość oraz przyjemność. Mieszanych uczuć miałam niewiele, ale o tym później. Następstwem przeczytania było wiele refleksji przemyśleń, zrobione mi przez Małżonka okolicznościowe zdjęcie no i teraz ten post. 

„Moja walka” to monumentalny sześciotomowy autobiograficzny cykl Norwega Karla Ovego Knausgarda. Oraz ogólnoświatowy bestseller (choć Niemcy mieli pewne problemy z wydaniem w związku z nieco problematycznym dla nich tytułem). Cykl wzbudza w czytelnikach wielkie emocje przede wszystkim z powodu brutalnej szczerości pisarza która, jak głosił sprytny marketing szeptany, spowodowała odwrócenie się od niego rodziny oraz utratę przyjaciół. Podobno większość osób, które opisuje Knausgard, przestaje się do niego odzywać.

Faktycznie, Knausgard nie patyczkuje się, opisuje wszystko i wszystkich. Nie ma dla niego żadnych świętości ani tematów tabu. Jest Marcelem Proustem naszych czasów. Z aptekarską dokładnością opisuje każdy szczegół swojego życia codziennego. Czasami odnosiłam wrażenie, że te tak skrupulatnie opisywane codzienne czynności stanowiły swojego rodzaju kotwice dla pamięci pisarza, poprzez ich odtworzenie wracał do  określonych sytuacji osobistych i stanów emocjonalnych. Trochę zazdroszczę Karlowi Ove takiej pamięci.
Knausgard nie pisze jednak dla Ciebie, Czytelniku. On pisze dla siebie, pisanie jest jego terapią. Poprzez opisanie swoich emocji Knausgard próbuje je lepiej zrozumieć. Opisując świat przedstawiony chce poznać siebie. Dlatego pisze dużo o sprawach z gatunku istotnych, o podstawowych relacjach. W powodzi literatury postmodernistycznej oraz coraz bardziej wydumanych wątków taki powrót do korzeni jest balsamem dla znękanej poszukującej sensu duszy. Miłość, nienawiść, życie, śmierć, cierpienie, szczęście, relacje rodzinne to tematy którymi zajmuje się Knausgard. W cz. II dużo pisze o miłości, pięknie pisze o miłości, ale też bardzo szczerze o starciu miłości z codziennością. O godzeniu ról pisarza i ojca. Zestawienie drobiazgowego opisu prozaicznych czynności dnia codziennego z rozważaniami natury filozoficznej tworzy wybuchową i jedyną w swoim rodzaju mieszankę sacrum i profanum od której trudno się oderwać.  

Tradycyjnie musi być kilka gorzkich słów. Choć książkę zasadniczo dobrze się czyta, gdzieś podskórnie męczy mnie trochę formuła tego autobiograficznego megaciągu jakim jest cały cykl „Moja walka”. Knausgard zdaje się przyjmować, że całość ludzkiego życia jest sama w sobie tak ważna i interesująca, że nadaje się do opisania bez jakiejkolwiek obróbki. Nie do końca się z tym zgadzam. Knausgardowi się ta sztuczka udaje, ale staje się wyjątkiem potwierdzającym regułę. Pisze bardzo ciekawie, ma ciekawe spostrzeżenia, i tylko to broni przyjętą przez niego koncepcję opisywania codzienności w wersji totalnej. Oczywiście taka koncepcja jest kusząca i pewnie jej przyjęcie pogłębiłoby szerzące się już wszak zjawisko grafomanii w myśl zasady „Pisać każdy może” (również ja ;). To łatwe, coś we mnie krzyczy. Nie mogę i nie chcę zafascynować się metodą Norwega. I jest jeszcze jeden duży minus – brak poczucia humoru, prawie zupełny (pomimo iż jak sądze życie z trójką dzieci może takich wątków wiele dostarczać). No i pewien patos wkradający się w niektóre dialogi.

Wielki minus dla wszystkich piszących o książce za frazę że książka „stoi na półce co dziesiątego Norwega”. Nie wiem kto to pierwszy napisał, ale chyba powinien to zastrzec, bo widziałam to sformułowanie  powtórzone tysiąc razy, w każdym opisie książki, w każdej recenzji, w każdym artykule o Knausgardzie. Niebywałe.

Przełożyła Iwona Zimnicka więc czyta się super. Takie rzeczy po prostu trzeba czytać, więc musicie.

Ogólna ocena: 5/6

Karl Ove Knausgard, „Moja walka” t. II, „Wydawnictwo Literackie”.



 

 

poniedziałek, 9 marca 2015

Abecadło designu, Deyan Sudjic "B jak Bauhaus" (11/52)


Za książkę „B jak Bauhaus” autorstwa Deyana Sudjica chciałabym bardzo podziękować Świętemu Mikołajowi, który tak bardzo dobrze wie, co kocham i co mnie interesuje. A mianowicie między innymi design. „B jak Bauhaus” to alfabet designu który jak głosi podtytuł aspiruje do miana alfabetu współczesności.

To mój drugi kontakt z autorem, który jest dyrektorem Design Museum w Londynie. Wiosną zeszłego roku czytałam i zachwycałam się jego „Językiem rzeczy” (bardzo polecam tym w wiecznych rozterkach konsumpcyjnych, o tym, jak uwodzą nas przedmioty).

Podoba mi się okładka, widnieje na niej wyciskacz do cytryn Philippe Starcka który uwielbiam mimo iż swój prywatny egzemplarz brutalnie i po wsze czasy pozbawiłam blasku w zmywarce (NIGDY, NIGDY nie wkładajcie tego cuda do zmywarki).

Książka składa się z krótkich rozdziałów, w sam raz do czytania z popołudniową kawą. Ja tak właśnie czytałam książkę, po raz-dwa-trzy rozdziały dziennie. Choć kilka razy nie mogłam oprzeć się pokusie i czytałam więcej. Książka jest naprawdę świetnie napisana, ze swadą, lekkim, bezpretensjonalnym stylem, okraszona brytyjskim ironicznym poczuciem humoru. I jest bardzo, bardzo interesująca.

Co znajduje się w subiektywnym alfabecie współczesności Sudejica? Przede wszystkim sztuka, architektura i design, wprost i w kontekście. I inne. F jak film i fashion. L jak logo. M jak manifest i muzeum (Guggenheima w Nowym Jorku…). P jak postmodernizm. K jak kuchnia i Q jak qwerty. Ale też S jak slums. Mam kilka ulubionych rozdziałów: C  jak chair, eames lounge  (o historii designu z perspektywy krzesła), J jak jumbo jet, T jak tożsamość narodowa. W opowieściach przewijają się nazwiska słynnych projektantów: Rona Arada, Dietera Ramsa czy Terence’a Conrana. Obok historii o ikonach designu/architektury, są tam i opowieści o designie przez małe d, o tzw „anonimowym designie”. Prócz opowieści o przedmiotach i ich twórcach mowa jest też o ideach które za nimi stały lub nimi kierowały, i o tym, jak te idee zmieniły świat. W tym sensie „B jak Bauhaus” faktycznie można traktować jak alfabet współczesności.

Dla każdego coś miłego. Książka będzie interesująca dla użytkowników o różnym stopniu zaawansowania. Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów designu.


Ogólna ocena 5.5/6 (mały minus za brak ilustracji)

Deyan Sudjic, B jak Bauhaus, wydawnictwo Karakter, Kraków 2014




 

 

czwartek, 15 stycznia 2015

FotoSugarMan, czyli rzecz o Vivian Maier

 

Z  właściwym raczej dziecku entuzjazmem podchodzę do opowieści o skarbach znalezionych na strychu oraz przypadkowo nabytych na pchlich targach przedmiotach okazujących się bezcennymi dziełami sztuki. Po fali entuzjazmu pojawia się zazwyczaj refleksja pod słodko-gorzkim tytułem: „To nie mogło się zdarzyć naprawdę”. Niezwykła historia Vivian Maier zadaje kłam twierdzeniu, że powyższa prawidłowość to nieznająca wyjątków zasada. A było to tak…

W 2007 roku John Maloof, pasjonujący się historią Chicago młody agent nieruchomości nabywa na aukcji staroci karton pełen negatywów ze zdjęciami anonimowego fotografa. Przeglądając negatywy zaczyna odnajdywać w nich niepowtarzalne archiwum z życia Chicago na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Czarno-białe kadry zachwycają go. Poszukiwania autora unikalnych zdjęć prowadzą do Vivianne Maier – z zawodu niani, która przez niemal połowę swojego życia, działając incognito, wykonała ponad 100 tysięcy wyjątkowych zdjęć, czyniąc nieśmiertelnymi codzienne i niecodzienne chwile z życia Chicago, Nowego Jorku i Los Angeles z „tamtych lat”. Analogia do historii Sugarman’a – Rodrigueza aż sama ciśnie się na myśl. Tych, u których historia powoduje przyjemne ciarki, odsyłam na stronę internetową poświęconą Vivian Maier (http://www.vivianmaier.com/) i filmu autorstwa Johna Maloofa „Szukając Vivian Maier”.

Ale przecież miało być o albumie i zdjęciach. Wierząc efektom śledztwa przeprowadzonego przez Johna Maloofa, wspomnianego wyżej agenta nieruchomości vel odkrywcę fotograficznych talentów wszechczasów, Vivian Maier robiła zdjęcia niczym owładnięty manią prześladowczą kronikarz, który pióro zamienia na analogową, oldschoolową lustrzankę. Fotografuje ludzi oraz miejską codzienność z ukrycia, idealnie wyławiając ukrytą w codzienności niecodzienność. Utrwalone jej ręką sceny z życia miejskiego i portrety mogłyby być w większości opatrzone komentarzem „perfect timing”. Zdjęcia nie są pozowane, tym bardziej wyczuwalna jest unikalna, nieudawana i niczym nieskrępowana naturalność zatopionych w nich emocji. Zobaczcie sami jak ostre i jak przenoszące w czasie zdjęcia robiła Vivian Maier i wyobraźcie sobie, że wiele (a być może większość z nich) wykonana została w pośpiechu, jedną ręką i jednym okiem, podczas gdy druga połowa artystki zajmowała się rozwrzeszczanym czterolatkiem, biegnącym na łeb na szyje pod koła przejeżdżającego właśnie caddilaca. A kto próbował wykonać jakąkolwiek sensowną twórczość w obecności dziecka w wieku przedszkolnym, doceni wyczyny Pani Maier w stopniu, jeśli to możliwe, jeszcze wyższym. Smaku dodaje fakt, że Vivian Maier z niewiadomych przyczyn nigdy nie podzieliła się z nikim swoimi zdjęciami, być może traktując je jako zamknięte w kapsule czasu bardzo osobiste emocje i przeżycia.

Album „Vivian Mayer. Street Photgraper” zawiera selekcję najlepszych zdjęć tajemniczej niani. Jest pięknie wydany, kredowy papier, twarda oprawa – przyjemność przewracania stron nie tylko dla koneserów fotografii. Idealny do własnej kolekcji, albo na prezent. Bardzo polecam.

„Vivian Mayer. Street Photgraper”, wydawnictwo PowerHouse Books, str. 144, oprawa twarda.