Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2016

"Behawiorysta" Remigiusza Mroza, must-not-read

Być może świąteczne zakupy jeszcze przed Wami. Być może podobnie jak ja uważacie, że książka jest zawsze doskonałym pomysłem na prezent. Być może rozważacie zakupienie komuś w ramach prezentu gwiazdkowego „Behawiorysty” Remigiusza Mroza (jest dość mocno eksponowany na półkach w księgarniach). Piszę, by Was powstrzymać przed realizacją tego zamiaru. Niech Was ręka boska broni.
 
Kolorystyka okładki ma nam nasuwać skojarzenia z wybitną serią Jo Nesbo o Harrym Hole. Tyle że Remigiusz Mróz to nie jest (to zdecydowanie nie jest) Jo Nesbo, więc sugestia jest raczej wprowadzająca w błąd.
 
Odebrałam tę książkę jako bardzo słabą i naiwną, przesyconą niepotrzebnymi opisami okropnego sadyzmu i okrucieństwa. Pisarz wydaje się sądzić, że brutalność sprawcy oraz makabryczność popełnionego przez niego czynu są miernikami jakości powieści kryminalnej. Cóż, morderca Mroza faktycznie realizuje iście diaboliczne zamierzenie. Niestety, wymyśla dla niego nazwę „Koncert krwi”, co wywołuje u mnie momentalny spadek napięcia oraz poczucie lekkiego zażenowania. Jak dla mnie, „Koncert krwi” jest dobrym pomysłem na tytuł opowiadania szóstoklasisty. Zaczynam mieć wrażenie, że czytam właśnie coś takiego.
 
Głównym bohaterem powieści jest Gerard Edling, były prokurator, specjalizujący się w kinezyce (nauce zajmującej się badaniem mowy ciała). Tak naprawdę to właśnie zarysowana pokrótce w opisie na tylnej okładce sylwetka byłego prokuratora skłoniła mnie do zakupu książki.  Niestety, pisarz nie wykorzystał potencjału tkwiącego w tym bohaterze, i nie rozwinął jego postaci. Ogólnie, kreacja bohaterów z krwi i kości nie jest chyba mocną stroną pisarza. Wszyscy inni bohaterowie w książce są niczym szkice, pozbawione prawdziwej substancji – charakteru i głębi psychologicznej. Tak nagle, jak się pojawiają na kartach książki, znikają. Są kompletnie nijacy, nie dają Wam szans się ani polubić, ani znielubić; ich istnienie jest Wam kompletnie obojętne. Remigiusz Mróz nie stworzył niestety żadnej wiarygodnej postaci w książce. W związku ze specjalizacją prokuratora Edlinga byłam przekonana, że książka na pewno będzie zawierała ciekawe fragmenty dotyczące kinezyki – i faktycznie tak było, choć te fragmenty były niestety bardzo nieliczne, nie wykraczały poza zakres artykułu z czasopisma popularnonaukowego. Na marginesie – ciekawy zawód głownego bohatera plus intryga kryminalna wydają się świetnym konceptem na dobrą powieść – podobnego mechanizmu użyła Katarzyna Bonda w „Pochłaniaczu”, gdzie główna bohaterka była profilerką…. Od pomysłu jednak jak się okazuje do przemysłu daleka droga, zwłaszcza w kontekście realizacji celu „dobra powieść”. Wróćmy zatem do „Behawiorysty”, czas na moje kolejne zarzuty.
 
Całą intryga była dla mnie niewiarygodna. Nie mam na myśli samej zbrodni (choć ta faktycznie oparta była na dość ponurym scenariuszu, który mam nadzieję nigdy przenigdy się nie ziści). Uderzyła mnie raczej bezradność organów ścigania w walce z mordercą, który poczynał sobie bardzo swobodnie, bez najmniejszych przeszkód realizując kolejne etapy swojego planu. Śledztwo sprowadzało się do personalnych przepychanek, analizy danych wybranych według niejasnego klucza, ewentualnie do wycieczek w dość przypadkowo wybrane miejsca w bliżej nieokreślonych celach, które to czynności w żadnym razie nie kolidowały z kolejnymi popełnianymi zbrodniami. Na dodatek, morderca bez najmniejszych przeszkód transmitował relacje ze swoich poczynań w internecie! Niby w książce było to wytłumaczone pomocą ze strony hakerów (którzy uniemożliwiali organom ścigania blokadę transmisji), ale nie wierzę, nigdy nie uwierzę, żeby w rzeczywistości mogło być aż tak źle. Być może element transmisji internetowej stanowił tylko zabieg pisarza mający wskazać na perwersyjną stronę natury ludzkiej, która nie może się powstrzymać przed oglądaniem filmów z egzekucji przeprowadzonych przez IS, być może wskazanie na ten sam tkwiący w ludziach od zawsze instynkt, który kazał im przychodzić na egzekucje w średniowieczu. Dla mnie w każdym razie motyw niczym nie zakłóconej, swobodnej transmisji internetowo-telewizyjnej z dokonywanych zbrodni mocno zniechęcił, zdeprecjonował całość, uczynił intrygę mało prawdopodobną.

Kolejną rzeczą, która mi się bardzo nie podobała, były patetyczne dialogi, o prowadzenie których trudno w rzeczywistości podejrzewać kogokolwiek. Rozmowy pomiędzy prokuratorem Edlingiem a mordercą – Kompozytorem (twórcą „Koncertu krwi”, no comments…), obrazujące ich zaciętą rozgrywkę intelektualną, przebiegały mniej więcej w ten sposób: Edling do Kompozytora: Po tym, jak przechyliłeś głowę na bok wiem, że kłamiesz. Kompozytor: Widzę, że korzystasz z teorii koła hermeneutycznego! Edling: Czy chcesz wywołać we mnie syndrom sztokholmski? Ten patos zwielokrotnił mój dystans do książki.
 
Podsumowując całość, intryga w „Behawioryście” jest dość wydumana, morderca to patetyczny pajac, a policja - banda zakompleksionych nieudaczników. Wątek śledztwa jest napisany w sposób totalnie nieskładny i chaotyczny, znikąd pojawiają się wątki, które ostatecznie prowadzą donikąd. W poczynaniach policji i prokuratury nie ma żadnej logiki. Sami rozumiecie, że wywarcie na czytelnikach złowrogiego wrażenia  jest w takiej sytuacji wręcz niemożliwe. Podobnie wywołanie napięcia.
 
Być może jednak miałam pecha i trafiłam na książkę – wypadek przy pracy. Remigiusz Mróz to pisarz bardzo pracowity, powieści spod jego pióra wychodzą w imponującym tempie. Ma ich w swoim dorobku już 16. Jest urodzony w roku 1987…..Zestawienie tych dwóch liczb (oprócz tego, że jest dla mnie mocno przygnębiające i pękam z zazdrości) sprawia, że skojarzenie z produkcją taśmową nasuwa się samo. Choć książka „Behawiorysta” nie podobała mi się, sam jej autor mnie interesuje. Na pewno sięgnę po kolejną powieść. Po lekturze „Behawiorysty” uważam, że wszystkie zachwyty nad jego twórczością są mocno na wyrost. Także nie kupujcie „Behawiorysty” pod choinkę.

Ogólna ocena: 2/6




sobota, 18 czerwca 2016

Czerwona kartka dla "Dziewczyny z pociągu" Pauli Hawkins

Zazwyczaj piszę na blogu o książkach dobrych lub dość dobrych. Wynika to z dwóch przesłanek. Po pierwsze, moim celem jest polecenie Wam książek, które warto przeczytać. Po drugie, mam dość dobry instynkt czytelniczy i większość książek, po które sięgam, nie rozczarowuje mnie. Dominacja pozytywnych lub w miarę pozytywnych recenzji na blogu nie oznacza natomiast, że jestem osobą bezkrytyczną. Wręcz przeciwnie, jestem osobą bardzo krytyczną, i właśnie teraz zamierzam to udowodnić.

Pamiętacie czas, kiedy w zasadzie we wszystkich kioskach można było kupić "Dziewczynę z pociągu"  Pauli Hawkins? Kupiłam "Dziewczynę z pociągu" i ja,  i totalnie przy okazji, o co było nietrudno. Poza tym w "Książkach" czytałam recenzję "Dziewczyny...", która nie była dla niej bezwzględnie miażdżąca, a nawet momentami pozytywna. Lubię i cenię "Książki".

Oceniając po okładce, "Dziewczyna z pociągu" zapowiadała się na całkiem niezłe czytadło - podobno nawet Stephen King nie mógł się od niej oderwać. Hmmm...nie wiem, co skłoniło autora  "Lśnienia"  do takiej opinii, chyba jakieś nieszczęście, być może kłopoty finansowe, być może przegrał swoją na pewno wielką fortunę zbudowaną na skutecznym budzeniu w swoich czytelnikach strachu oraz przerażenia w jakimś kasynie w Monte Carlo, a być może rozwiódł się ze swoją żoną która ogołociła go co do centa. A być może było to po prostu nieporozumienie. Podpisał recenzję a) bez czytania recenzji i b) bez czytania książki. Może się zdarzyć najlepszym. Nie sądzę w każdym razie, by czytał tę książkę i sam wydał taką opinię. Chociaż w sumie, może czytał...W końcu stwierdził tylko, że od książki nie można się oderwać, a z jakiego powodu, już nie powiedział. On być może nie mógł się oderwać  z powodu swoich tarapatów finansowych. W grę może wchodzić też szantaż i przekupstwo.

Otóż nie inaczej jak osobiście uważam, że "Dziewczyna z pociągu" Pauli Hawkins jest fatalną książką. Bardzo słabo napisaną (od razu na myśl przyszła mi zasłyszana ostatnio statystyka, że przeciętny brytyjski nastolatek używa do porozumiewania się 800 słów - kiedy 1600 uznawane jest za minimalny poziom dla skutecznej komunikacji; myślę że Paula Hawkins do napisania "Dziewczyny z pociągu" użyła właśnie około 1600 słów. Co wystarczyło jej, by przekazać swoje jakieś tam myśli, ale na nic innego już nie.

To znaczy, historia z "Dziewczyny z pociągu" jest trochę straszna, i wymyślenie jej w zarysach może być zasługiwać na uznanie. Gdyby została inaczej napisana, "Dziewczyna..." mogłaby być całkiem niezłym thrillerem. Tak się jednak nie stało, a "Dziewczyna...." dobrym thrillerem nie jest. Jest przydługawa, przynudnawa, akcji się rozchodzi nie wiadomo gdzie. Główna bohaterka jest absolutnie antyestetyczna i antypatyczna w każdym aspekcie swojego istnienia, na dodatek w miarę lektury nabieramy przekonania że jest totalną psychopatką i że to właśnie ona jest spiritus movens całego opisanego w książce zamieszania. W książce są nawet opisane jakieś dramatyczne wydarzenia typu rozwód, zdrada, alkoholizm, w które jest uwikłana, ale wszystko jest opisane z refleksją odpowiadającą swoją głębią poziomowi Morza Martwego. Chaotyczne. Bez ładu i składu. To samo dotyczy portretów głównych bohaterów. I w ogóle wszystkiego.

Przeczytałam tę książkę, gdyż nie lubię nie kończyć książek, bolała mnie ósemka, wszyscy spali, a ja nie miałam akurat pod ręką nic lepszego do robienia ani do czytania (być może Stphen King miał podobne powody :). Ale Wam stanowczo nie polecam. Nie jest to lektura, która cokolwiek wniesie do Waszego życia, co najwyżej może Was zmęczyć oraz sfrustrować. Co tu dłużej pisać. Po prostu tego nie róbcie.



"Dziewczyna z pociągu", Paula Hawkins



 Ogólna ocena: 1/6 (gdyż nie można dawać zer  a jedynka jest za samo napisanie książki).

wtorek, 2 lutego 2016

Julita czyta vs. królowa polskiego kryminału. Pierwsze starcie.

Katarzyna Bonda to nowe zjawisko na polskiej scenie literackiej. Zygmunt Miłoszewski obwieścił, że została królową polskiego kryminału. Takie namaszczenie ze strony było nie było króla polskiego kryminału naprawdę robi wrażenie. Zabrałam się więc za czytanie z wielkim entuzjazmem.

Na początku byłam zachwycona, pomimo iż Katarzyna Bonda nazwała swoją bohaterkę „Saszą”, a mnie nieco drażni maniera nadawania bohaterom bardzo oryginalnych imion i nazwisk. Sasza nie jest po prostu zwykłą policjantką, ale profilerką. Jej specjalizacją jest tworzenie portretów psychologicznych sprawców przestępstw. Młoda, zdolna, dociekliwa, z burzliwą historią życiową, walcząca z własnymi słabościami Sasza wydawała mi się perfekcyjną kandydatką na zostanie polskim odpowiednikiem Harry’ego Hole. A może nawet kimś więcej...? Brzmi bardzo interesująco, prawda?
Sama książka również zaczęła się bardzo ciekawie. Sasza Załuska wraca do kraju po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield. Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego, prosi ją o pomoc – „Buli” podejrzewa, że jego wspólnik, były piosenkarz, autor super hitu „Dziewczyna z północy” chce go zabić. Zadaniem Saszy jest dostarczenie na to dowodów. Sasza niezbyt chętnie przyjmuje zlecenie. Kiedy w klubie dochodzi do morderstwa,  podejmuje wyzwanie i angażuje się w rozwikłanie zagadki. Po czasie okazuje się, że morderstwo w klubie ma związek z tajemniczą śmiercią nastoletniego rodzeństwa sprzed lat, a kluczem do rozwiązania zagadki może być piosenka „Dziewczyna z północy”. Jednym z ważnych śladów pozostawionych przez mordercę jest zapach.

Do pewnego momentu książka bardzo mi się podobała. Kryzys nastąpił około 450 strony. Na tej wysokości książka wyraźnie straciła tempo. Wolniejsze przewracanie kartek pozwoliło mi dostrzec kilka jej bardzo wyraźnych mankamentów. Po pierwsze, książka jest zdecydowanie zbyt długa; opisywana historia spokojnie mogłaby zająć co najmniej 1/3 mniej. Po drugie, historia zagadki kryminalnej jest nieco przekombinowana, przez co staje się mało wiarygodna. Po trzecie, w książce pojawia się zbyt wiele postaci (zwłaszcza zbyt wielu policjantów); większość z nich tak naprawdę niewiele wnosi a wprowadza niepotrzebny zamęt i rozbija akcję. Po czwarte, Bonda opisuje zbyt wiele wątków pobocznych, z których ostatecznie nic nie wynika – przykład: żona „Bulego” Tamara i historia jej życia. Po piąte, Bonda zbyt mało rozwija wątek dociekań prowadzonych przez Saszę, nie wykorzystuje do końca jej potencjału jako superbohaterki – profilerki. Spodziewałam się dowiedzieć czegoś więcej o specyfice pracy profilera, liczyłam na głębszy insight w tym kierunku. Po szóste, książkę niestety cechuje brak poczucia humoru – Katarzyna Bonda to nie jest Joanna Chmielewska.

W związku z powyższym, po przeczytaniu „Pochłaniacza” mam mieszane uczucia. Czytając tę książkę miałam wrażenie, że mam w rękach nieoszlifowany diament. Z super pomysłem na historię, z bardzo ciekawą główną bohaterką, oraz z wieloma niedociągnięciami natury warsztatowej. Ogólnie uważam jednak, że Katarzyna Bonda ma bardzo duży potencjał jako pisarka – autorka kryminałów. Z pewnością będę sięgać po jej kolejne książki. Zgodnie z informacjami na stronie internetowej pisarki. „Pochłaniacz" jest pierwszą częścią cyklu Cztery żywioły Saszy Załuskiej składającego się z czterech tomów. Każdemu ma patronować inny żywioł: POWIETRZE, ZIEMIA, OGIEŃ i WODA. W każdym bohaterka rozwiązuje inną zagadkę kryminalną, korzystając z innej metody kryminalistyki. W „Pochłaniaczu” kluczem okazuje się zapach (oczywiście w połączeniu z przenikliwością Saszy Załuskiej).

Kryminalna rozrywka na przyzwoitym poziomie.

Ogólna ocena: 3,5/6

"Pochłaniacz", Katarzyna Bonda, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA



środa, 24 czerwca 2015

Dziękuję za takie niespodzianki. Jo Nesbo, "Krew na śniegu".

Z jednej strony jestem bardzo zadowolona, mogąc napisać tego posta. Jest 23:02, mój Mąż powiedział, że potrzebuje jeszcze 30 minut na dokończenie swych spraw zawodowych, nim przystąpimy do rytualnego wieczornego seansu filmowego, a to oznacza, że mam co najmniej godzinę na niczym niezakłócone pisanie. Bardzo dużo i powinno wystarczyć. Tym bardziej że post będzie krótki jak sama książka, o której zamierzam napisać.

Z drugiej strony, pisząc, jestem nieco zasmucona. Dlaczego? Ponieważ gorzko się rozczarowałam nową książką Jo Nesbo „Krew na śniegu”. Nowy akapit.
Seria o Harrym Hole jego autorstwa jest obłędna. Uwielbiam Harry’ego. Z przeczytanego jakiś czas temu wywiadu z Jo Nesbo dowiedziałam się jednak, że pisarz ma go już serdecznie dość i najchętniej by go uśmiercił. To pewnie z tej niechęci wzięli się „Łowcy głów”, „Syn”, a teraz „Krew na śniegu”. Do każdej z tych książek podchodziłam z wielką rezerwą, albowiem nie były o Harrym. „Łowcy głów” niezbyt przypadli mi do gustu, z kolei „Syna” uważam za rewelacyjną książkę, jedną z najlepszych powieści sensacyjnych ever written i absolutny must read. Jeżeli natomiast chodzi o „Krew na śniegu”, spokojnie można sobie tę książkę darować. To nie będzie bardzo długi post, bo naprawdę lubię Jo Nesbo i uważam „Krew na śniegu” za wypadek przy pracy/chałturę. Nie chcę więc się nad nim pastwić. Ale trochę muszę.

Narratorem jest płatny zabójca Olav. Żaden psychopatyczny typ, raczej trochę nieudaczny, wręcz dobrotliwy. Nesbo próbuje dokonać jego lekkiej apoteozy ale nie wypada to najbardziej wiarygodnie – Olav bardziej niż „dobry morderca” wydaje się lekko upośledzony umysłowo. Olav dostaje zlecenie na zabicie żony swojego szefa, w której się niespodziewanie zakochuje, z czego wynikają najprzeróżniejsze perturbacje (może nie w stylu tych z książek Katarzyny Grocholi ale raczej z filmów braci Cohen). Historia jest dość ciekawa, akcja wartka, z domieszką czarnego humoru, i pewnie o ile zrobią to Amerykanie wyjdzie z „Krwi na śniegu” całkiem niezły film (podobno prace już trwają….). Myślę, że Jo Nesbo napisał „Krew na śniegu” dla filmu właśnie. Książka jest w zasadzie jak gotowy scenariusz, nie wiele trzeba obcinać. Może tylko nadmiar patosu. Bo krwawa opowieść Olava była dla mnie stanowczo zbyt patetyczna, i to jest mój największy zarzut.
„Krew na śniegu” kupiłam na podróż Pekaesem do Sandomierza (historia równie długa jak podróż, Pekaesem nie jechałam jakieś dwadzieścia lat, i od tego czasu nic a nic się zmieniło jeżeli chodzi o ten środek lokomocji, Dworzec Zachodni itd.), i w połowie tej podróży już ją przeczytałam (ma sto kilkanaście stron). Cóż, może mimo wszystko ta książka nie jest aż taka zła, a moje wielkie rozczarowanie zostało spowodowane przez wielkie oczekiwania i wielkie nadzieje. W każdym razie zdjęcie z książką jest z Sandomierza (Marta, dzięki!). 23: 52. Szybka publikacja i ostatni odcinek drugiej serii „Wikingów”! A tam Ragnar Lothbrok…..

Ogólna ocena: 2/6 (Jo Nesbo, nie wierzę, że to robię!)


środa, 6 maja 2015

"Zrozumieć Amelię", Kimberly McCreight, 18/52

Ostatnio dużoczytanie jakoś mi nie szło i moje statystyki czytelnicze zbliżyły się do przeciętnych na niebezpiecznie małą odległość. Potrzebowałam przeczytać coś bardzo szybko,  co sprowadziłoby moje czytelnictwo a zwłaszcza jego tempo z powrotem na dobrą drogę. Coś takiego jak thriller psychologiczny. „To jest to!” wykrzyknęłam  w myślach, gdy przeczytałam tylną okładkę książki „Zrozumieć Amelię” autorstwa Kimberly McCreight.

Co tam tylna okładka? Kate Baron, prawniczka i samotna matka z NY, odbiera telefon ze szkoły swojej córki. Dowiaduje się że Amelia, jej piętnastoletnia nie sprawiająca dotąd problemów wychowawczych ani w ogóle żadnych innych córka została przyłapana na ściąganiu (za co słusznie grozi jej zawieszenie w prawach ucznia). Kate ma natychmiast odebrać swoją córkę ze szkoły (szkoła to prestiżowe Grace Hall na Brooklynie). Gdy dociera na miejsce, okazuje się, że córka już nie żyje. Według policji i szkoły, popełniła samobójstwo skacząc z dachu szkoły.  Wierzy w to również Kate (pomimo iż rys psychologiczny Amelii nie wskazywał cech samobójczyni), dopóki nie dostaje smsa o treści „Amelia nie skoczyła”.  Rozpoczyna swoje prywatne śledztwo. Nic więcej nie mogę napisać (I don’t spoil).
Ale napisać, że książka jest porażająca, chyba mogę? Nie przez warsztat pisarski czy kunszt literacki, nie przez stopniowe budowanie napięcia (choć to wszystko jak najbardziej cechuje prozę Kimberly McCreight). To tematyka książki jest tak porażająca. Samobójcza śmierć dziecka, jedynego dziecka. Czy można sobie wyobrazić większą tragedię….? Sama jestem matką i mam swoją córeczkę, dlatego historia opisana w książce była dla mnie absolutnie wstrząsająca. Zresztą jest pewnie taka dla każdego rodzica lub po prostu dla każdego empatycznego człowieka. Bycie matką córeczki nadaje temu jednak pewien dodatkowy wymiar.

„Zrozumieć Amelię” faktycznie jest page-turnerem. Prowadząc swoje śledztwo, Kate dowiaduje się o Amelii rzeczy, które chcielibyście wiedzieć o swoich dzieciach, ale boicie się zapytać. Myślicie, ze Wasze dziecko jest szczęśliwe, zadwolone i heteroseksulane? Życzę Wam, żeby tak było. Kimberly McCreight zburzy Waszą równowagę i zabierze Wam święty spokój.
Na koniec tylko kwestia definicyjna. To, że zrozpaczona matka próbuje zrozumieć przyczyny samobójczej śmierci swojej jedynej córki jeszcze nie czyni z książki thrillera psychologicznego. Psychologizowania w książce nie ma dużo. Może to i dobrze, mogłoby nie czytać się tak szybko i mimo wszystko radośnie z samej radości czytania. „Zrozumieć Amelię”, thriller z aspiracjami na psychologiczny, ale z dużą dawką refleksji.

Ogólna ocena: 4/6

Kimberly McCreight „Zozumieć Amelię”, wydawnictwo Czarna Owca
                       

Bombyx mori, "Jedwabnik", Robert Galbraiht, 17/52

Niespodzianki żadnej nie było; o tym, że Robert Galbraith, autor „Jedwabnika”, to pseudonim J. K. Rowling, dowiedziałam się już z samej okładki książki. Pożyczyła mi ją Sąsiadka (cudownie jest mieć czytających sąsiadów!). Książka wzbudziła moje wielkie zainteresowanie. Jane K. Rowling w zasadzie mogłaby poprzestać na napisaniu cyklu powieści o Harrym Potterze (o ile można użyć określenia „poprzestać” w odniesieniu do tej monumentalnej sagi). I tak zapisałaby się trwale w annałach historii literatury (wszelkie liczby związane z Harrym Potterem są tak wielkie, że nic mi już nie mówią). Mogłaby sobie siedzieć w kawiarni i pić kawę i nic już nie pisać na żadnych serwetkach. Jednak ona chce, z czego ja osobiście a ze mną pewnie wielbiciele dobrej literatury się cieszą. Oraz Ci, którzy lubią seriale nakręcone przez HBO.

Gdy wybuchła tzw potteromania, ja wolałam polskich poetów przeklętych. Na czar Harry’ego Pottera pozostałam zatem obojętna. „Trafny wybór” (serial obecnie w HBO) mną wstrząsnął. Mimo ryzyka że co wrażliwsze jednostki mogą nie przeżyć opisanego w książce starcia z okrucieństwem i złem tego  świata (w wymiarze „Placu Zbawiciela” do potęgi n-tej), naprawdę warto sięgnąć po tę książkę (trafny wybór).
Jane K. Rowling musi po prostu lubić pisanie. Lub jej ambicją jest zostać czymś więcej niż autorką serii książek o Harrym Potterze (choć i to nie mało). Po obyczajowym „Trafnym wyborze” postanowiła pisać kryminały. Do tej pory napisała dwa „ Jedwabnika” i „Wołanie kukułki”. Ja przeczytałam „Jedwabnika”. To druga powieść Jane K. Rowling napisana jako Robert Galbraith (naprawdę nie wiem dlaczego mając możliwość wyboru zaczęłam czytanie od drugiej a nie od pierwszej książki; pierwsza, „Wołanie kukułki”, stoi i znacząco przygląda mi się z półki).

Fabuła „Jedwabnika” jest dość oryginalna. W Londynie zostaje w okrutny sposób zamordowany pisarz Owen Quine; jak się okazuje, za scenariusz makabrycznej zbrodni posłużył maszynopis jego najnowszej powieści, „Bombyx mori”. Choć nie wydana, książka zdążyła już wzbudzić  sensacje i kontrowersje; pisarz umieścił w niej aluzje do całego literackiego Londynu. Pamiętacie aferę na linii Ignacy Karpowicz – Kinga Dunin? W Londynie działy się podobne rzeczy, tylko gorsze i więcej. Nikomu nie zostało oszczędzone. W rezultacie wszyscy zostają podejrzani. Bo wszyscy mogliby chcieć zabić za to, co napisał o nich Owen Quine. Do akcji wkracza Cormoran Strike, prywatny detektyw. Nie jest Jamesem Bondem. Żaden też z niego superbohater, choć nadrabia intelektem. Rozpoczyna się śledztwo….
Fakt, że napisała tę książkę Jane K. Rowling, z początku czyni ją bardzo interesującą. Po oswojeniu się z osobą autorki zachwyt nad książką nieco opada. Jest przyzwoicie, ale bardziej przyzwoicie-tak sobie niż przyzwoicie-ok. Z jednej strony – warsztatowo jest bardzo poprawnie, powieść ma wszystko, co powinien mieć dobry kryminał. Z drugiej strony – jak dla mnie nie ma „tego czegoś”. Książka momentami jest wciągająca, ale raczej można się od niej oderwać. Jest również zdecydowanie „przepisana”, można było napisać 100 stron mniej. Oraz może nieco przekombinowana. Można było mniej pokombinować.

Dam Cormoranowi Strike’owi jeszcze jedną szansę i przeczytam „Wołanie kukułki”. Skoro już tak na mnie znacząco patrzy z półki….

Ogólna ocena: 3.5/6

Robert Galbraith, „Jedwabnik”, Wydawnictwo Dolnośląskie

czwartek, 16 kwietnia 2015

Harlan Coben, "Sześć lat później", 14/52


Boże, jak ja nie znosiłam Jacka Fishera, głównego bohatera powieści Harlana Cobena "Sześć lat pózniej". Bezczelny, arogancki typ. Zadufany w sobie pseudointelektualista. Przemądrzały, niby-zabawny besserwisser. Gburowaty osiłek. Musicie znacie ten typ. Od początku podejrzewałam, że coś z nim jest nie tak (tutaj zadania nie ułatwia autor, fabuła powieści rozwija się w sposób nieuchronnie sugerujący czytelnikowi że główny bohater jest wariatem). W każdym razie, męczyłam się z Jackiem przez 428 stron książki. Rzadko komu udaje się wzbudzić moją aż tak wielką antypatię.

Z samą powieścią też się męczyłam. Krótka nie spoilująca zajawka fabuły. Antypatyczny Jack Fisher przypadkiem natrafia na nekrolog mężczyzny, którego sześć lat temu poślubiła Natalie, „miłość jego życia” (jego, Jacka Fishera, uprzednio porzuciwszy). Sformułowanie "miłość jego życia" pada zresztą w książce dość często. Tyle że bez cudzysłowiu. Rozumiecie. W każdym razie – mimo zaklęć Natalie, by trzymał się od niej z daleka (umysł detektywa od razu podpowiedział mi, że Natalie myślała o Jacku Fisherze to samo co ja napisałam w pierwszym akapicie), Jack postanawia wybrać się na pogrzeb jej męża. Na pogrzebie brak jest jednak wdowy (na co skrycie liczył). Jack zaczyna pytać. Ku jego najwyższemu zdziwieniu okazuje się, że nikt nie pamięta najmniejszego szczegółu związanego z Natalie, a tym bardziej z nim samym ani ich związkiem (stąd moje podejrzenie o zaburzenia psychiczne Jacka). Jack zaczyna drążyć temat. Sytuacja zaczyna się komplikować…..

Pomysł na książkę w sumie ciekawy. Jednak powierzchowność bohaterów oraz brak pogłębionej lub chociażby głębszej refleksji w treści mocno mnie przytłaczał podczas lektury. Nie chodzi o to, że jestem nieustraszonym poszukiwaczem głębi, ale o to, że można napisać kryminał na poziomie lub nie (ha!). „Sześć lat później” leży w głębokiej depresji, jeżeli jest mowa o poziomach. Przypomina pisany prozą scenariusz do filmu sensacyjnego klasy B. Coben zdecydowanie nadużywa metodologii "zabili go i uciekł" oraz Deus ex machina. Niektóre rzeczy dzieją się po prostu zbyt szybko, i są kompletnie nieprawdopodobne, nawet w realiach sensacji/kryminału oraz literackiej fikcji. Wyczyny Jacka, było nie było wykładowcy na uniwersytecie, można by śmiało przypisać niejednemu Supermanowi. Nie trzyma się to wszystko kupy. Nie wciąga nawet za bardzo. Do tej pory czytałam Cobena tylko po angielsku oraz w środkach komunikacji miejskiej. Jak się okazało, jest to jedyna forma podania twórczości tego autora jakoś strawna dla mnie

Nie będę się już więcej wyżywać nad książką. Gdyby to jednoznacznie nie wynikało z poprzednich akapitów, to dla uniknięcia wątpliwości – bardzo mi się ta książka nie podobała. Pomimo iż niepodobanie to było mocno dla mnie niezręczne, gdyż książkę te otrzymałam jako prezent bez okazji od mojego cudownego Męża. Razem z tym przepięknym bukietem widocznym na zdjęciu...

Ogólna ocena: 2/6
 

środa, 4 marca 2015

Boris Akunin, Świat jest teatrem, 10/52


O Borisie Akuninie słyszałam dużo dobrego, podobnie jak o jego superbohaterze Eraście Fandorinie, wymienianym jednym tchem z Herculesem Poirot, Sherlockiem Holmesem czy Philipem Marlowem. Gdy na półce z książkami u znajomych mój ciekawski wzrok napotyka na „Świat jest teatrem”, uznaję to za ostateczne przeznaczenie, pożyczam.

Zaciekawia mnie pseudonim pisarza (prawdziwe imię i nazwisko Grigorij Czchartiszwili). Czy nawiązuje do anarchisty Michaiła Bakunina? Google search podpowiada że pseudonim „Akunin” można również z japońskiego (Akunin jest japonistą)  przetłumaczyć jako „łotr”. Hmmm, ciekawa koncepcja, w sam raz dla autora kryminałów. Za taką grą czai się obietnica innych dalszych gier pisarza z czytelnikiem. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię, kiedy pisarz sobie z czytelnikiem p o g r y w a.

Z okładki dowiaduję się że „Świat jest teatrem” to trzynasta powieść sensacyjna o przygodach detektywa Erasta Fandorina. Być może zaczynanie przygody z Fandorinem od trzynastej powieści z serii nie jest najlepszym pomysłem, ale cóż, słowo się rzekło, książka pożyczona….Mogło być jeszcze gorzej (Akunin zaplanował szesnaście tomów z cyklu o Fandorinie). Liczba ta nie jest przypadkowa. Podobno pisarz w swoich studiach nad literaturą przedmiotu zidentyfikował szesnaście typów powieści kryminalnej. Każda powieść o Eraście Fandorinie ma być napisana według innego schematu. "Świat jest teatrem" to tzw. theatrical mystery,  "teatralna zagadka".

Rzecz ma miejsce w 1911 roku w Moskwie. Czytelnikowi zostaje przedstawiony detektyw Erast Piotrowicz Fandorin, który z miejsca jawi się jako nietuzinkowa oraz arcyciekawa postać. Detektyw dość szybko zakochuje się w Elizie Altairskiej-Lointaine, pierwszej aktorce teatru Noe Noewicza Arka. Jego wybranka serca okazuje się być jednak kobietą fatalną, wokół której popełniane zostają coraz to nowe tajemnicze zbrodnie. Wyjaśnić je musi oczywiście Fandorin, którego zakochanie bynajmniej nie pozbawia pełni władz umysłowych oraz odbywa się bez uszczerbku dla jego wrodzonej czujności oraz błyskotliwości.  Razem z detektywem (który niejako btw debiutuje na kartach powieści jako dramaturg) wchodzimy za kulisy moskiewskiego świata teatralnego, z jego wielkimi namiętnościami, barwnymi osobowościami oraz zawiłymi intrygami. No i oczywiście rozwiązujemy misternie skonstruowaną zagadkę kryminalną. Całą historię poznajemy z  perspektywy zarówno Romea jak i Julii, tzn Fandorina oraz Elizy Altairskiej-Lointaine.

Powieść jest wyrafinowana stylistycznie oraz  bardzo klimatyczna, a przy tym wszystkim dość zabawna. Trafnie jak sądzę oddaje ducha tamtych czasów i atmosferę carskiej Rosji. Wszystko jest w niej bardzo wysmakowane  oraz dopracowane w szczegółach.  Za to chapeau bas.  

Całość wciąga, nie zmuszając oczywiście do głębokich rozważań nad sensem wszechrzeczy. Mnie książka nie zachwyciła, wydała mi się dość anachroniczna, nawet pomimo swojej stylizacji na powieść XIX wieczną. Oceniam ją jako poprawną.  Ale dam duetowi Akunin&Fandorin jeszcze jedną szansę….Może to ta trzynasta powieść…?


Ogólna ocena: 3.5/6

Boris Akunin, „Świat jest teatrem”, Świat Książki, Warszawa 2012.
 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Zygmunt Miłoszewski, Gniew


Jak na razie sprawy mają się tak, że każdą nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego kupuję w ciemno, bez zastanowienia i od razu, jak tylko pojawi się w księgarniach (pomimo iż po lekturze „Domofonu” pozostała mi trauma i nic mnie nie zmusi, żeby skorzystać z windy w bloku z wielkiej płyty). Bardzo podobały mi się wszystkie książki tego pisarza. I tym razem się nie zawiodłam. „Gniew” to bardzo sprawnie napisany kryminał, który czyta się jednym tchem.

Przy pisaniu recenzji kryminałów trzeba wykazać się dużą ostrożnością, by nie zdradzić ich treści. Zwłaszcza, że przyzwyczajony do rozwiązywania kryminalnych zagadek czytelnik jest na wszelkie w tym zakresie wskazówki szczególnie wyczulony. Ale kilka rzeczy można spokojnie napisać.

Jest więc w książce superbohater, Teodor Szacki (znów, na szczęście, nie było go w „Bezcennym”, wrócił, dobrze). Przystojny, elegancki i błyskotliwy prokurator, żarliwy idealista wierzący w sprawiedliwość i nadrzędność prawa, jednocześnie socjopata i cynik. Kobiety po prostu muszą go uwielbiać. Z prokuratorem Teodorem Szackim udajemy się na mroczną Warmię, do Olsztyna. Jest zimny, ponury listopad. Mży. Popełniono zbrodnię. Jest jak u Hitchcocka, zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie nieprzerwanie rośnie. Czytam z satysfakcją, że mam rękach porządny kryminał. Potajemnie i z radością trochę się boję. Choć faktycznie niektóre sceny w książce są tak drastyczne, że zahaczają o horror; śmiało można określić powieść Miłoszewskiego jako horror kryminalny.

A jednak „Gniew” to jeszcze coś więcej. Jak w każdej swojej książce, i tutaj Miłoszewski pod kryminalną treścią przemyca trudne społecznie tematy. W „Uwikłaniu” – temat służb bezpieczeństwa. W „Ziarnie prawdy” – antysemityzmu. W „Bezcennym” – grabieży dokonanych w czasie II wojnie światowej oraz wizerunku USA. W „Gniewie” – przemocy domowej. Czyni to bez szkody dla powieści, nie ucieka się do taniego moralizatorstwa, nie poszukuje ani nie prezentuje łatwych rozwiązań. Pokazuje przemoc domową i wszystko to, do czego ona prowadzi, jako największy horror, rozgrywający się zazwyczaj w tajemnicy, prowadzący do największych zbrodni. Prokurator Szacki zostaje uwikłany w wątek przemocy domowej na kilku płaszczyznach.

Jak superbohater Szacki radzi sobie z tym uwikłaniem? Cóż, Zygmunt Miłoszewski zajmuje się przede wszystkim tym, by na kartach książki swojego superbohatera złamać. By zachwiać nim jako człowiekiem na gruncie zarówno osobistym jak i zawodowym. By pozbawić go wszelkich ideałów, a wyznawane przez niego wartości wystawić na publiczne pośmiewisko. By wyzuć go ze wszelkich złudzeń, upokorzyć. W tym sensie „Gniew” jest niczym manichejska przypowieść o dobru i złu. Czy zatriumfuje dobro, a czytelnik zostanie pozostawiony z miłym kojącym poczuciem, że wszystko jest w porządku…?

Gdybym koniecznie chciała napisać coś zarzucić tej książce, to może brak równego poziomu. Zaczyna się fenomenalnie, niestety bliżej końca odnosiłam wrażenie, że autor bardzo chciał już skończyć jej pisanie, albo na szybko i w pośpiechu dokonał zmian i skróceń, które niekoniecznie wyszły całości na dobre i zdrowie. „Gniew” zaczyna się zatem znacznie lepiej niż kończy, na szczęście nie po tym poznajemy prawdziwego pisarza. Dobra passa Zygmunta Miłoszewskiego trwa.
 
Ogólna ocena: 5/6

Henning Mankell, Mózg Kennedy'ego


Moja babcia traktowała czytanie kryminałów jako wstydliwą przyjemność, jak zjedzenie całego pudełka czekoladek, która nie do końca przystoi prawdziwemu intelektualiście tudzież człowiekowi na tak zwanym poziomie. Wychowana w tym duchu, pozwalam sobie na kryminały w pociągu, by skrócić czas podróży, na wakacjach, kiedy palące słońce nie pozwala na nadmierną koncentrację, oraz po przeczytaniu czegoś bardzo, bardzo ambitnego. Skończyłam czytać „Czarodziejską górę”. Zasługiwałam na porządny kryminał. Potrzebowałam czegoś pilnie i nagle, potrzebowałam czegoś do mnie wciągnie i pochłonie, co przeczytam w jeden góra dwa wieczory („Czarodziejską górę” czytałam  trzy tygodnie…). Mój obłąkany wzrok natknął się na zakupiony przez mego Małżonka „Mózg Kennedy’ego”. Fakt zakupu książki przez Małżonka jest o tyle istotny iż sama pewnie nigdy nie zdecydowałabym się na zakup tej książki, nie zachęciłoby mnie do tego ani nazwisko autora (Mankell nie należy do moich ulubionych pisarzy), ani tytuł, ani szata graficzna okładki. Cóż, po przeczytaniu „Mózgu Kennedye’go” dochodzę do wniosku, że niewiele bym straciła.

Rozczaruje się ten, kto sądzi, że intryga powieści dotyczy w jakimkolwiek stopniu mózgu Kennedy’ego. Owszem, mózg tragicznie zmarłego prezydenta USA pojawia się kilkakrotnie w tekście powieści, by czym prędzej zniknąć. Nie z tego powodu jednak zdecydowanie nie jest to książka, od której nie można się oderwać (przy czym jest to podsumowanie dość łaskawe). Z kryminałem łączy powieść w zasadzie tylko trup ścielący się na jej stronach dość gęsto. „Mózg Kennedyego” niestety nie wzbudza specjalnych emocji, mimo iż opisuje dość dramatyczną historię, jaką jest samobójcza śmierć młodego człowieka, Henryka Cantora, oraz próby wyjaśnienia przez zrozpaczoną matkę, Louis, przyczyn tej śmierci. Postaci w książce są nakreślone w sposób bardzo powierzchowny, mało wiarygodny intelektualnie oraz emocjonalnie. Nie czujemy bólu i rozpaczy matki, nie czujemy jej wątpliwości i rozterek, nie podążamy za jej tokiem rozumowania, jej kroki wydają nam się irracjonalne. Kobieta lata po całym świecie w totalnym chaosie, co kilkadziesiąt godzin jest na innym kontynencie gdzie nie ma najmniejszego problemu z odnalezieniem nie tylko się, ale też osób i miejsc, które chce odnaleźć (przy czym z tak zwanego opisu miejsca Mankell dostaje zero, Mozambik równie dobrze mógłby być u niego Macedonią lub Tybetem, Hiszpan Wietnamczykiem, po czemu jak sądzę przeszkody są poważniejsze niżby mieszczanin miał zostać szlachcicem). Cała intryga jest w powieści nakreślona bardzo słabo, jest niespójna, nie klei się. Mózg (nomen omen) nie podsuwa nam potencjalnych rozwiązań zagadki śmierci Henryka.  Generalnie źle, źle i bardzo źle.

Jedynym, co ratuje książkę, jest jej wątek szalejącego w Afryce wirusa HIV, oraz śmiertelnego żniwa zbieranego przez AIDS na tym kontynencie. W pewnym momencie prowadzone przez Louis prywatne śledztwo dociera do prowadzonych w tajemnicy eksperymentów na ludziach mających doprowadzić do odnalezienia szczepionki/lekarstwa na HIV. Mankell stawia też niewygodne pytania, zastanawia się dlaczego nikt nie ratuje Afryki, skazując ją tym samym na powolną śmierć, dlaczego  prace nad lekarstwem przeciw AIDS trwają tak długo. Te pytania budzą oburzenie i sprzeciw. Być może sensem istnienia książki i jej misją jest zwrócenie oczu czytelniczego świata na umierającą na AIDS Afrykę. Tak postawiwszy kwestię, nie można już jednak dać obiektywnej rekomendacji czytać – nie czytać.
Ogólna ocena: 2/6.