poniedziałek, 6 czerwca 2016

Genialna "Genialna przyjaciółka"


Rok 2016 pod względem czytelniczym już jest cudownie udany, zaczęłam od "Tajemnej historii" Donny Tarrt (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/01/bardzo-wciagajaca-tajemna-historia.html), po drodze był "Drach" Szczepana Twardocha (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/03/szczepan-twardoch-drach.html) oraz rewelacyjne "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana(http://julitaczyta.blogspot.com/2016/05/richard-flanagan-klasniecie-jednej-doni.html), a ostatnio, całkiem niedawno, odkrycie Eleny Ferrante. Właśnie skończyłam czytać "Genialną przyjaciółkę",  i jestem wprost oczarowana, gdyż jest to piękna, przepiękna książka.

Ostatni numer magazynu "Książki" na pierwszej stronie pyta "Kim jest najlepsza pisarka współczesnej Europy? Tajemnice Eleny Ferrante". Jonathan Franzen (mój wielki idol) również  zachwyca się jej prozą. Was też powinna zachwycić.

Postać samej pisarki jest bardzo tajemnicza - tak naprawdę nie wiadomo o niej zupełnie nic. Konsekwentnie, od lat ukrywa swą tożsamość oraz odmawia uczestnictwa w jakichkolwiek akcjach promocyjnych (co z początku było pewnie niezbyt w smak wydawnictwu, teraz zaś dodaje postaci pisarki dodatkowego czaru). Ferrante uważa, że książki powinny mówić same za siebie. Jej na pewno mówią. O popularności prozy pisarki we Włoszech może świadczyć fakt, że podobno włoskie biura organizują wycieczki po Neapolu śladami postaci z jej powieści. Ja dla Was zamieszczam tylko krótki przewodnik.

"Genialna przyjaciółka" to opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Eleny Greco (Eleny Ferrante?). Najważniejszą postacią dla dziewczynki w tym okresie jest jej przyjaciółka, charyzmatyczna i niepokorna Rafaella Cerullo, Lila. Wolny duch, a zarazem ptak uwięziony w klatce warstwy społecznej, z jakiej się wywodzi, oraz w patriarchalnej kulturze. Lila determinuje życie Lenucci, stanowi dla niej punkt wyjścia i punkt odniesienia. Sama bardzo zdolna, być może nawet genialna, pozbawiona środków na formalną kontynuację edukacji, motywuje Lenuccię (czasami nawet bezwiednie) do dalszej nauki.

Czy Elena Ferrante jest autorką, czy również narratorką "Genialnej przyjaciółki"? Tego nie wie nikt. Ferrante pięknie oddaje klimat przedmieść Neapolu i doskonale opisuje napięcia okresu dorastania (z tym, że książka jest jak najbardziej dla dorosłych). Szybko zapominamy, przynajmniej większość z nas, jak pełne dramaturgii były nasze dziecięce lata. Przyjaźnie na śmierć i życie, pierwsze fascynacje i miłości, wielkie plany i marzenia, zdrady, potajemne sojusze, zacięte rywalizacje... Oczywiście, z perspektywy czasu nasze dziecięce przeżycia i emocje mogą nam się wydawać błahe lub śmieszne. Ale umówmy się, wtedy takie nie były. Wtedy wszystko było tak ważne, jakby od tego zależały dalsze losy świata, a nasze życie co najmniej. Młody człowiek nie zna dystansu, angażuje się we wszystko całym sercem, i wszystko tak samo przeżywa. Podczas lektury miałam wiele reminescencji dotyczące własnego dzieciństwa i okresu dorastania. Zresztą, ostatnio mam je coraz częściej - jest to chyba kolejna po samoistnym wczesnym wstawaniu oznaka starzenia się (budzę się bez budzika o szóstej rano, sama z siebie...! Jak mam ciekawą książkę - jak na przykład "Genialną przyjaciółkę" - robię sobie dobrą kawę i czytam. Inaczej idę biegać.)

Po przeczytaniu książki zaczęłam intensywnie myśleć o wycieczce do Neapolu (śladami postaci z powieści lub nie, will see), oraz zapisałam się do publicznej biblioteki, by móc od razu zacząć czytać drugi tom trylogii Ferrante, "Historię nowego nazwiska" (nie było go w żadnej księgarni). To w sferze czynów. W warstwie werbalnej, jak napisałam powyżej.
Bardzo, bardzo Wam polecam tę książkę.


"Genialna przyjaciółka", Elena Ferrante, Wydawnictwo Sonia Draga


Ogólna ocena: 6/6









piątek, 20 maja 2016

Richard Flanagan, "Klaśnięcie jednej dłoni"


“Klaśnięcia jednej dłoni” Richarda Flanagana nie ma na liście bestsellerów w Empiku, nie przykuwa uwagi ostentacyjnie wyłożona na półki tuż przy wejściu do księgarni. A szkoda, bo łatwo przegapić tę książkę. Nie możecie absolutnie tego zrobić! Daję tej książce sześć punktów, żałując, że nie mogę dać siedmiu. Zasługuje na wszystkie punkty świata. 

Przygotujcie się na bardzo dużą dawkę mocnych wzruszeń. Ja czytałam książkę ze ściśniętym gardłem, wiele razy miałam łzy w oczach. Historia opisana w książce jest bowiem bezbrzeżnie smutna. Zaczyna się w 1954 roku, w zimową noc na Tasmanii, od sceny, kiedy młoda słoweńska imigrantka Maria Buloh opuszcza swoją trzyletnią córeczkę Sonję. Dlaczego młoda kobieta opuszcza swoje dziecko…? Co ją skłania do tak dramatycznego kroku…? Jakie nieszczęście się jej przydarzyło…? I dlaczego, mimo wszystko dlaczego opuszcza swoje małe dziecko…? Czy kiedykolwiek wróci… ? Czy uda się ją odnaleźć…? Te i dziesiątki innych pytań pojawiają się w głowie przy lekturze początkowych stron powieści.  

Głównymi bohaterami książki to pierwsze i drugie pokolenie słoweńskich imigrantów na Tasmanię. Porzuceni: mała Sonja, i jej ojciec, porzucony przez żonę Bojan Bulah. “Klaśnięcie jednej dłoni” nie jest jednak banalną książką o relacji ojciec-córka, i ich „dawaniu sobie rady w życiu” na przekór wszelkim przeciwnościom. O czym zatem jest ta książka? Punktem wyjściowym jest ukazanie, jak odejście Marii Buloh, żony, matki, jak to jedno wydarzenie (klaśnięcie jednej dłoni….) wpływa na całe życie pozostawionych. Jak je rozbija na drobne kawałeczki, które przez cały późniejszy czas próbują poskładać.  

Po odejściu żony Bojan Buloh szuka ukojenia dla swojej rozpaczy w alkoholu, szuka zapomnienia. Bezskutecznie. Bojan Buloh to bohater tragiczny, wewnętrznie rozdarty. Ofiarą jego bólu staje się Sonja i jej dzieciństwo, najgorszy koszmar, jaki może Wam się przyśnić. Przepełnione bólem, cierpieniem fizycznym i tęsknotą, przedwczesna dorosłość. W wieku szesnastu lat Sonja postanawia zawalczyć o siebie, opuszcza ojca i Tasmanię. Nigdy jednak nie może opuścić ich do końca. Dlatego po latach wraca, by odszukać klucz do siebie, ze strzępów wspomnień zbudować na nowo swoją tożsamość. Czy znajdzie w sobie siłę i chęć, by przebaczyć ojcu…? Czy on tego przebaczenia w ogóle chce, i czy go potrzebuje, czy nie zatracił się już całkowicie w autodestrukcji? Czy ojciec i córka przeskoczą przez dzielące ich morze samotności? Czy wreszcie odnajdą właściwe słowa, gesty dla pokazania swojej samotności, żalu, rozpaczy i miłości? 

To książka również tym, jak krzywdzimy tych, których kochamy. Flanagan opisuje skomplikowaną relację ojca i córki, obojga pokiereszowanych przez los, straumatyzowanych. Relację trudną i niszczycielską. Miłość miesza się w niej z przemocą, bohaterowie kochają się, i krzywdzą jednocześnie. Być może mają dobre intencje, ale nie znajdują odpowiednich słów ani gestów. Pogrążają się w samotności i rozpaczy. Czy mimo wszystko w relacji pomiędzy nimi znajdzie się miejsce na normalność, na zwyczajność, na spokój i poczucie bezpieczeństwa….?  

Flanagan funduje nam dużą dawkę bardzo trudnych emocji. Zabiera w podróż do ludzkiej duszy, tropi przeszłość, poszukując w niej wszystkiego, co zdeterminowało późniejsze losy. Wytacza przeciwko czytelnikowi naprawdę ciężką artylerię, poruszając takie tematy jak: miłość, przemoc, ojcostwo, wojna, uchodźcy, alkoholizm, dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości…I wiele innych. A to wszystko w jednej niezbyt grubej książce.  

„Klaśnięcie jednej dłoni” to druga książka Richarda Flanagana, którą czytam, (pierwsza to były „Ścieżki północy”, nagrodzone Nagrodą Bookera w 2014 roku). Chronologicznie to książka starsza niż „Ścieżki Północy” - właściwie debiut pisarza z 1997 roku. Wspólnym mianownikiem dla obu powieści jest na pewno ich przepiękny poetycki język. To w zasadzie nie są powieści, a poezja. Absolutnie przepięknie napisane…Bardzo Wam polecam tę książkę. Poważna, intrygująca, mocna lektura. Bardzo wzruszająca. Raczej z wyższej półki. Satysfakcja gwarantowana, wymagane jedynie pewne wyrobienie czytelnicze, któremu Wam jako czytelnikom mojego bloga na pewno nie brakuje.
Nie ma zdjęcia do posta, gdyż książkę pożyczyłam mojej Mamie, która ją przeczytała i również się zachwyciła. Natomiast jeszcze mi jej nie oddała.

Ogólna ocena: 6/6


czwartek, 24 marca 2016

Szczepan Twardoch, "Drach"

„Drach” Szczepana Twardocha został mi polecany, za którą to rekomendację bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki niej mogę teraz rekomendować tę książkę Wam, co też niniejszym oraz z najwyższą przyjemnością czynię.
 
Można by oczywiście napisać po prostu, że „Drach” opowiada o losach członków pewnej śląskiej rodziny na przestrzeni XX wieku - tak jak można by napisać, że „Zbrodnia i kara” to historia zabicia lichwiarki przez ubogiego studenta a „Romeo i Julia” to historia nieszczęśliwej miłości. „Drach” jest jednak czymś więcej. To literatura totalna, która ogarnia całość ludzkiego losu, epos o tragedii wpisanej w dzieje i w każdą pojedynczą jednostkę ludzką.
 
Książka jest osadzona w historii (i to przez duże „H”, bo historii XX wieku), która generuje ludzkie losy, sama nie jest jednak powieścią historyczną. Akcja książki rozgrywa się na Górnym Śląsku. Nie jest to jednak powieść o Śląsku, a na pewno nie wyłącznie o Śląsku. Owszem, pisarz ukazał burzliwe losy tych obszarów, ich zmienność, to, jak warunkowały one losy ludzkie. Opisał Śląsk jako ziemię rozdzieraną sprzecznymi wektorami. Tak jak zamieszkujący ją ludzie, tak jak my wszyscy. To opowieść o Śląsku, którego już oficjalnie nie ma, ale być może troszkę jeszcze jest, w ludziach, opowieściach, w kulturze i w języku.
 
Bohaterowie „Dracha” mówią wszystkimi językami świata, a na pewno po polsku, niemiecku, i śląsku (na marginiesie – w książce nie ma żadnych tłumaczeń). Tak już jest, że nie zawsze wszystko rozumiemy. Być może nie wszystko musimy rozumieć (a w warstwie bardziej dosłownej, w której mimo wszystko operuję przez większość swojego wolnego czasu, przyznam, że momentami zrozumienie dialogów w języku śląskim było dla mnie nieco problematyczne. Bo niemieckiego się uczyłam.)
 
Losy bohaterów książki są dramatyczne, i w sensie jednostkowym, i w sensie globalnym, jako pokolenia, a w zasadzie całych pokoleń uwikłanych w historię. Bohaterowie w książce są świetnie zarysowani, to postaci z krwi i kości, których losami jednak kieruje jakaś fatalna siła. Narracja powieści nie jest linearna, losy Josefa Magnora z początku wieku XX przeplatają się z losami jego potomka Nikodema Gemandera, kilkadziesiąt lat później. Książka ma liczne wątki poboczne, pełna jest dygresji, wycieczek w przyszłość, skoków w bok, rozważań nad naturą ludzkiej egzystencji.
 
Wielu uważa, że „Drach” to książka bardzo przygnębiająca. Nie uważam siebie za jednostkę niewrażliwą i nieempatyczną, wręcz przeciwnie. Mnie jednak „Drach” nie przygnębił. Oczywiście, nie można uznać tej książki za komiczną czy wesołą. To nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna. Po jej przeczytaniu miałam jednak tak wiele refleksji, że uczucie przygnębienia z powodu było nie było tragicznych losów bohaterów książki nie było na pewno dominujące. Coś innego najbardziej uderzyło mnie w książce, a mianowicie opisana powtarzalność ludzkich losów. Ich przenikanie się. Naszej łączność, często nieświadoma, z losami i doświadczeniami naszych przodków. Transcendencja ludzkiej egzystencji, a jednocześnie jej absolutna zwyczajność. Następstwo pokoleń, przyczyna i skutek, znaczenie i jednocześnie brak znaczenia wszystkiego, co się przydarza, w kontekście wieczności lub po prostu w szerszym kontekście. Takie były moje główne myśli, i to one mnie najbardziej zdominowały.
 
Wszystko to przez Dracha, którego pisarz wybrał na narratora powieści. Kim jest Drach, do końca nie wiadomo. To istota, ale bezcielesna, odwieczna,  którego ciałem jest ziemia. Drach wszystko wie i wszystko widzi. Daje początek wszystkiemu, jest końcem wszystkiego, gdy jednocześnie nic nie ma początku ani końca, tak jak jego istnienie. Przyznam, że narracja Dracha początkowo zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Albo może inaczej, piorunujące wrażenie pozostało, ta magiczna, mantryczna narracja naprawdę do mnie przemówiła, nie pozbawiła jednakowoż całkowicie krytycyzmu który kazał uznać, spostrzec a teraz napisać, że narracji Dracha było dla mnie w „Drachu” troszkę za dużo. Na tym mój zmysł krytycyzmu w stosunku do książki poprzestał.
 
W związku z tym i bez względu na powyższe uważam, że „Drach” to fantastyczna, wielowątkowa, wielowymiarowa książka. O wciągającym, mrocznym klimacie. Przeczytacie, nie przeczytacie, zdarzenie jak każdy inne, ma jakieś znaczenie, i jednocześnie nie ma żadnego znaczenia. Tak powiedziałby Drach. Ja radzę, sięgnijcie po nią koniecznie. Sama zabieram się za kolejną książkę Szczepana Twardocha, „Morfinę”.
 
 
Szczepan Twardoch, „Drach”,
 
Ogólna ocena: 5/6



czwartek, 3 marca 2016

Nick Hornby, Funny Girl

Po każdą nową książkę Nicka Hornb’yego, jednego z moich ulubionych pisarzy, pędzę i biegnę, pełna nadziei i niemal pewna że jej lektura dostarczy mi fantastycznej rozrywki. Pobiegłam zatem i po „Funny girl”, tym szybciej, że od wydania ostatniej książki pisarza minęło pięć lat. Następnie przeczytałam, bardzo dobrze się przy tym bawiąc, do czego i Was serdecznie zachęcam. Poniżej krótkie uzasadnienie dlaczego.
 
Książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że Nick Hornby to jeden z najpopularniejszych pisarzy brytyjskich, autor bestsellerów, takich jak „Wierność w stereo”, „Był sobie chłopiec”, czy „Juliet, naga”. Ja osobiście zawsze sięgam po książki ulubionych pisarzy z mieszanką uczuć - z jednej strony z ekscytacją, ale też i z niepokojem - czy książka będzie mi się podobać równie jak poprzednie?  Brzemię autora bestsellerowych powieści rozrywkowych - a takie niewątpliwie nosi Nick Hornby - czasami musi być bardzo ciężkie do udźwignięcia.... Dla Nicka Hornby'ego na szczęście na razie takie nie jest, czego dowodzi jego najnowsza książka. "Funny girl" to powieść inteligentna, dowcipna, a do tego wszystkiego jeszcze mądra. Ponadto, zgodnie ze swoim tytułem, książka jest naprawdę zabawna – o ile lubicie ten specyficzny brytyjski rodzaj poczucia humoru (wiem, uwielbiacie go, każdy go uwielbia). 
 
"Funny girl" to opowieść o perypetiach Sophie Straw, a właściwie Barbary Parker. Dziewczyna, śniąc o karierze w branży rozrywkowej, porzuca swoje rodzinne Blackpool, by wyjechać do Londynu i zacząć walczyć o realizację własnych marzeń. Jej talent, uroda oraz splot szczęśliwych okoliczności pozwalają jej na osiągnięcie wymarzonego celu. Zostaje gwiazdą telewizyjnego serialu, a co za tym idzie celebrity Londynu lat 60tych. A były to złote czasy telewizji: każdy miał już wtedy telewizor, a w nim tylko dwa kanały. Występowanie w serialu, a zwłaszcza w serialu komediowym niemal natychmiast czyniło z aktora rozpoznawalną megagwiazdę (nie tak jak dziś, kiedy gwiazdy seriali stają się rozpoznawalne dopiero po tym, jak wystąpią w „Tańcu z gwiazdami 20”, o ile ktoś jeszcze ogląda ten program). Serial, w którym Sophie zaczyna występować, to nie jest taki po prostu zwykły serial komediowy. To zwierciadło w którym odbija się społeczeństwo, a jednocześnie narzędzie do jego kształtowania. Losy serialowych bohaterów są kanwą dla przedstawienia głębokich podziałów wewnątrz brytyjskiego społeczeństwa (na Londyn i prowincję, na wykształconych na elitarnych uczelniach i tzw plebs, torysów i laburzystów…) oraz opisu przemian tego społeczeństwa na wielu płaszczyznach, poczynając od kwestii politycznych, poprzez życie społeczne, aż po sprawy obyczajowe jak stosunek do homoseksualizmu, rasizm czy feminizm. Z tej perspektywy „Funny girl” to coś więcej niż po prostu kolejna lekka, łatwa i przyjemna książka. To również książka o szukaniu życiowej drogi, dokonywaniu wyborów i determinacji. Pochodząca z prowincji Sophie o nie najlepszym akcencie (rzecz nie bez znaczenia w snobistycznych Londynie)  znajduje w sobie dość odwagi i siły by realizować swoje marzenia. Tak jak zauważa Sophie pod koniec książki, najważniejsze w życiu jest to, żeby próbować. Działać. Podejmować próbę. I starać się robić to, co się kocha. Simple as that…? Amen.

Kiedy piszę, że książka jest zabawna, znaczy to dla mnie naprawdę dużo. Mój Mąż spodobał mi się właśnie dlatego, że był bardzo zabawny (choć on sam nie był zbyt zachwycony tym moim wyznaniem :).
 
 
 Nick Hornby, "Funny girl"

Ogólna ocena: 4
 
/6




piątek, 19 lutego 2016

Nowa książka autorki "Zabić drozda"

Historia książki Harper Lee „Idź, postaw wartownika” jest naprawdę niesamowita. Książka została napisana w latach pięćdziesiątych, ale światło dzienne ujrzała dopiero w roku 2014 roku, odnaleziona pośród prywatnych rzeczy pisarki. Jej wydanie na całym świecie wzbudziło wielką sensację. Książka błyskawicznie stała się najczęściej zamawianą książką na Amazonie od czasów Harry’ego Pottera. Wszyscy chcieli przeczytać drugą książkę autorki uwielbianej powieści „Zabić drozda”, opisującej głęboki rasizm na południu Stanów Zjednoczonych w czasach Wielkiej Depresji (na podstawie której powstał niemniej znany film pod tym samym tytułem, ze słynną rolą Gregory Pecka).
 
Powieść „Zabić drozda” została okrzyknięta arcydziełem, w 1961 zdobyła nagrodę Pulitzera, sprzedano miliony jej egzemplarzy, i stała się ulubioną powieścią Amerykanów – według niektórych sondaży, popularniejszą w Stanach Zjednoczonych nawet niż Biblia. To tłumaczy wielkie zainteresowanie wokół wydania drugiej książki Harper Lee.
 
Pytanie tylko, czy to na pewno jest druga książka? Harper Lee napisała „Idź, postaw wartownika” zanim napisała „Zabić drozda”. Wydawca, który otrzymał egzemplarz „Idź, postaw wartownika”, zwrócił ją pisarce do dopracowania; wskazał, by skoncentrowała się na dzieciństwie i latach młodości głównej bohaterki, uznając te fragmenty książki za najciekawsze; Harper Lee dopracowała książkę, i w ten sposób powstała powieść „Zabić drozda”. „Idź, postaw wartownika” można zatem traktować jak pierwszy szkic powieści „Zabić drozda”. Choć wiele fragmentów książek jest do siebie bardzo podobnych, historie w nich opisywane różnią się od siebie, i to dość zasadniczo.
 
 
Czy to dzięki książce, czy dzięki filmowi, wszyscy pewnie kojarzą postać Atticusa Fincha, żarliwego obrońcy ciemnoskórego Toma Robinsona, niesłusznie oskarżonego o zgwałcenie białej kobiety. Postawa Atticusa Fincha spotkała się z ogromną dezaprobatą białej części mieszkańców jego rodzinnego miasta, Maycomb, a on sam i jego najbliżsi byli narażeni z tego powodu na ostracyzm społeczny. Atticus Finch został ikoną prawnika – pierwszego sprawiedliwego, wierzącego w niezbywalne prawo do uczciwego, bezstronnego procesu dla każdego bez wyjątku, bez względu na okoliczności.
 
Akcja „Zabić drozda” ma miejsce w połowie lat trzydziestych XX wieku, akcja ”Idź, postaw wartownika” – dwadzieścia lat później, w latach pięćdziesiątych. Dorosła, 26 letnia córka Atticusa, Jean Louise, znana lepiej jako Scout, wraca do rodzinnego Maycomb, by odkryć, że uwielbiany oraz idealizowany przez nią ojciec jest białym supremacjonistą (został…? zawsze był….?). Dziewczyna nie może uwierzyć w swoje odkrycie, jest nim zdruzgotana. Jej rozczarowanie przeradza się w straszny gniew. Czuje się zdradzona i oszukana; jak może dalej kochać osobę o poglądach tak sprzecznych z jej sumieniem, tak różnych od jej własnych…? Czy ma prawo odrzucić tego, który ją kocha i wychował, z powodu jego politycznych poglądów? Czy można przestać kochać z powodu innych poglądów politycznych? Czy miłość ponad podziałami jest w ogóle możliwa? Jaka będzie odpowiedź Atticusa, i co zrobi Scout – tego dowiecie się oczywiście z książki.
 
Opisana w „Idź, postaw wartownika” zmiana, jaka zaszła w Atticusie Finchu, faktycznie wprawia w osłupienie. Transformacja siedemdziesięciodwuletniego Atticusa w rasistę jest naprawdę szokiem. Wiele z poglądów wypowiadanych przez Atticusa jest takich, że tysiące rodziców, którzy po 1960 roku nazwali swojego syna „Atticus” na cześć bohaterskiego prawnika, mogłoby równie dobrze nazwać dziecko „Adolf”. Cóż, w „Idź, postaw wartownika” Harper Lee zabija bohatera bez skazy. Każe się zastanawiać, czy jego męstwo w latach trzydziestych było PRAWDZIWYM męstwem. Czy był bohaterem, bo paradoksalnie łatwiej było nim wówczas być, kiedy dominacja białych była niepodważalna, niż w latach pięćdziesiątych, kiedy uciskana czarna mniejszość zaczęła domagać się swoich praw i w ten sposób zagrażać uprzywilejowanej pozycji białych. Osądzana z perspektywy czasu a raczej z perspektywy kolejnej powieści bohaterska postawa Atticusa w „Zabić drozda” staje się mniej jednoznaczna. W tym aspekcie „Idź, postaw wartownika”, odbrązawiając postać Atticusa Fincha, jednocześnie przydaje jej głębi.
 
Nie jest jasne, czy 89 letnia dziś i niedomagająca Harper Lee kiedykolwiek chciała traktować „Idź, postaw wartownika” jako oddzielną książkę, czy chciała jej wydania. Faktycznie, książka nie ma tej siły rażenia co „Zabić drozda”. Niektórzy zastanawiają się, czy wydanie książki było w ogóle potrzebne. W tym momencie rozważania te są zupełnie teoretyczne i abstrakcyjne. „Idź, postaw wartownika” być może nie jest arcydziełem, ale to bardzo dobra, wielowymiarowa książka, która z pewnością nie sprawia że „Zabić drozda” przestaje być arcydziełem. Powieść „Zabić drozda” stanowi część światowego dziedzictwa kulturowego i z tego względu uważam, że wydanie „Idź, postaw wartownika” było celowe choćby po to, by opatrzyć ją dodatkowym kontekstem. Uważam że książkę warto przeczytać.
 
 
 „Idź, postaw wartownika”, Harper Lee
 
Ogólna ocena: 4/6
 

wtorek, 2 lutego 2016

Julita czyta vs. królowa polskiego kryminału. Pierwsze starcie.

Katarzyna Bonda to nowe zjawisko na polskiej scenie literackiej. Zygmunt Miłoszewski obwieścił, że została królową polskiego kryminału. Takie namaszczenie ze strony było nie było króla polskiego kryminału naprawdę robi wrażenie. Zabrałam się więc za czytanie z wielkim entuzjazmem.

Na początku byłam zachwycona, pomimo iż Katarzyna Bonda nazwała swoją bohaterkę „Saszą”, a mnie nieco drażni maniera nadawania bohaterom bardzo oryginalnych imion i nazwisk. Sasza nie jest po prostu zwykłą policjantką, ale profilerką. Jej specjalizacją jest tworzenie portretów psychologicznych sprawców przestępstw. Młoda, zdolna, dociekliwa, z burzliwą historią życiową, walcząca z własnymi słabościami Sasza wydawała mi się perfekcyjną kandydatką na zostanie polskim odpowiednikiem Harry’ego Hole. A może nawet kimś więcej...? Brzmi bardzo interesująco, prawda?
Sama książka również zaczęła się bardzo ciekawie. Sasza Załuska wraca do kraju po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield. Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego, prosi ją o pomoc – „Buli” podejrzewa, że jego wspólnik, były piosenkarz, autor super hitu „Dziewczyna z północy” chce go zabić. Zadaniem Saszy jest dostarczenie na to dowodów. Sasza niezbyt chętnie przyjmuje zlecenie. Kiedy w klubie dochodzi do morderstwa,  podejmuje wyzwanie i angażuje się w rozwikłanie zagadki. Po czasie okazuje się, że morderstwo w klubie ma związek z tajemniczą śmiercią nastoletniego rodzeństwa sprzed lat, a kluczem do rozwiązania zagadki może być piosenka „Dziewczyna z północy”. Jednym z ważnych śladów pozostawionych przez mordercę jest zapach.

Do pewnego momentu książka bardzo mi się podobała. Kryzys nastąpił około 450 strony. Na tej wysokości książka wyraźnie straciła tempo. Wolniejsze przewracanie kartek pozwoliło mi dostrzec kilka jej bardzo wyraźnych mankamentów. Po pierwsze, książka jest zdecydowanie zbyt długa; opisywana historia spokojnie mogłaby zająć co najmniej 1/3 mniej. Po drugie, historia zagadki kryminalnej jest nieco przekombinowana, przez co staje się mało wiarygodna. Po trzecie, w książce pojawia się zbyt wiele postaci (zwłaszcza zbyt wielu policjantów); większość z nich tak naprawdę niewiele wnosi a wprowadza niepotrzebny zamęt i rozbija akcję. Po czwarte, Bonda opisuje zbyt wiele wątków pobocznych, z których ostatecznie nic nie wynika – przykład: żona „Bulego” Tamara i historia jej życia. Po piąte, Bonda zbyt mało rozwija wątek dociekań prowadzonych przez Saszę, nie wykorzystuje do końca jej potencjału jako superbohaterki – profilerki. Spodziewałam się dowiedzieć czegoś więcej o specyfice pracy profilera, liczyłam na głębszy insight w tym kierunku. Po szóste, książkę niestety cechuje brak poczucia humoru – Katarzyna Bonda to nie jest Joanna Chmielewska.

W związku z powyższym, po przeczytaniu „Pochłaniacza” mam mieszane uczucia. Czytając tę książkę miałam wrażenie, że mam w rękach nieoszlifowany diament. Z super pomysłem na historię, z bardzo ciekawą główną bohaterką, oraz z wieloma niedociągnięciami natury warsztatowej. Ogólnie uważam jednak, że Katarzyna Bonda ma bardzo duży potencjał jako pisarka – autorka kryminałów. Z pewnością będę sięgać po jej kolejne książki. Zgodnie z informacjami na stronie internetowej pisarki. „Pochłaniacz" jest pierwszą częścią cyklu Cztery żywioły Saszy Załuskiej składającego się z czterech tomów. Każdemu ma patronować inny żywioł: POWIETRZE, ZIEMIA, OGIEŃ i WODA. W każdym bohaterka rozwiązuje inną zagadkę kryminalną, korzystając z innej metody kryminalistyki. W „Pochłaniaczu” kluczem okazuje się zapach (oczywiście w połączeniu z przenikliwością Saszy Załuskiej).

Kryminalna rozrywka na przyzwoitym poziomie.

Ogólna ocena: 3,5/6

"Pochłaniacz", Katarzyna Bonda, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA



Polska odsłona realizmu magicznego czyli Bajodużenie, Patrycja Prochot-Sojka

Na hasło “realizm magiczny” na myśl przychodzą od razu takie nazwiska jak Gabriel Garcia Marquez, Isabel Allende czy Carlos Fuentes. Polską reprezentantką tego stylu jest a raczej właśnie została Patrycja Prochot – Sojka, dzięki swojej debiutanckiej książce „Bajodużenie”. Postawienie jej w drugim zdaniu po zdaniu z tak wielkimi nazwiskami nie jest wcale nadużyciem. Książka zdobyła główną nagrodę w konkursie Promotorzy Debiutów 2015, i jest to nagroda zdecydowanie zasłużona. Jest mi niezmiernie miło być wśród pierwszych recenzentów tej książki.

Składa się na nią zbiór opowiadań mających miejsce w Ziegenhalls, przemianowanym wskutek zawirowań historii na Głuchołazy. W związku ze swoją przeszłością, Ziegenhalls to miejsce wyjątkowe, o specyficznym kontekście. Pełne duchów dawnych mieszkańców, pulsujące od zamierzchłych wydarzeń i niedopowiedzianych historii. Patrycja Prochot-Sojka je dopowiada.

Przedmiotem kolejnych opowiadań są historie mieszkańców Ziegenhalls. A są to historie zupełnie wyjątkowe i niesłychane. Historie rodzinne, historie osobiste, historie o miłości, o poszukiwaniu miłości i o braku miłości, o śmierci i o igraniu ze śmiercią. Patrycja Prochot-Sojka szczegółowo opisuje emocje swoich bohaterów oraz ich refleksje związane zagadnieniami natury egzystencjalnej. Pisarka wznosi się na wyżyny kunsztu literackiego opisując rozterki szeroko rozumianych istot pozaziemskich od których aż roi się w opowiadaniach. A dodatkowo jest w tym wszystkim bardzo dowcipna.

Jendak to właśnie miasto, Ziegenhalls/Głuchołazy, zdaje się być głównym bohaterem opowiadań debiutantki. Czy miasto jest skupiskiem bohaterów o wyjątkowych życiorysach, czy przyciąga takie osobliwe postaci, czy raczej kreuje…? Być może kreuje - rzeczywistość Ziegenhalls jest opisana tak, jakby była magiczna. Elementy racjonalnie niewytłumaczalne oraz rzeczywiste pozostają ze sobą w symbiotycznym związku. Granica pomiędzy światem realnym a światem fantastycznym w zasadzie nie istnieje. W Ziegenhalls równie naturalne jest to, że Leonia konwersuje z Jezusem a Matka Boska zwierza się Ludwiczce z problemów wychowawczych z tymże, jak to że wstaje słońce. To, że rodzina zegarmistrzów Kleistów ma w księgach zapisany swój los jest równie normalne jak codziennie wykonywane czynności typu sprzątanie czy gotowanie. Nikt nie wie jedynie że pomyślność rodu von Tildenów jest gwarantowana przez ubrania szyte dla członków rodu od pokoleń przez rodzinę Maurów Al-Churrich.

Patrycja Prochot-Sojka żongluje symbolem oraz metaforą, ściąga z piedestału Boga, Maryję, Jezusa, przydając im czysto ludzkie cechy oraz emocje. W pewnym sensie jest obrazoburcza, gdy stwierdza, że Bóg może się mylić. Do Ziegenhalls zagląda również śmierć, którą (mimo pewnego chłodu, który zachowuje) targają ludzkie namiętności. Bohaterowie opowiadań nie kwestionują istnienia w ich życiu magii oraz zjawisk nadprzyrodzonych, ale przyjmują swój los, w dużej mierze kształtowany przez wypadki magiczne oraz zdarzenia niewyjaśnione, z akceptacją i zrozumieniem.

Wszystkie historie opisywane w książce są arcyciekawe, gratuluję pisarce wyobraźni. Przypominają troszeczkę bajki dla dorosłych. Jest w nich coś niesamowicie pozytywnego. Ponadto, pisarka ma ironiczne poczucie humoru które przebija z kart książki, co dla mnie zawsze jest bardzo dużym plusem.

Jestem zauroczona oposanymi w książce historiami oraz niecodzienną dziejami miasta. Opowiadania napisane są bardzo pięknym językiem, Katarzyna Prochot – Sojka biegle włada językiem polskim i niestraszne jej są żadne jego meandry. Opisywany przez nią wciąga i fascynuje. Lektura książki pozwala na moment uciec od szarej rzeczywistości za oknem. Bardzo przyjemny to skok w bok, polecam zamiast wszelkich innych.

 

„Bajodużenie”, Patrycja Prochot-Sojka, Wydawnictwo Mamiko