poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Sześć w jednym, czyli o tym, co czytałam, gdy nie pisałam

Dzisiejszy post będzie miał charakter nieco odmienny od publikowanych przeze mnie do tej pory. W związku z moją skandalicznie długą absencją bloggerską będzie to bowiem post zbiorczy. Jak się domyślacie, to, że nie pisałam przez jakiś czas, nie oznacza oczywiście, że nie czytałam....Zapraszam zatem na krótki update w zakresie mojej niedawnej aktywności czytelniczej.

Urzeczona "Genialną przyjaciółką" Eleny Ferrante, przeczytałam dwie kolejne części neapolitańskiej tetralogii jej autorstwa: "Historię nowego nazwiska" oraz "Historię ucieczki". Wiedziałam już, czego mniej więcej się spodziewać po lekturze książek włoskiego Galla Anonima, więc być może żadna z tych książek nie wywołała u mnie efektu WOW. Każda zapewniła jednak porządną dawkę wzruszeń i solidną porcję czytelniczej rozrywki. Jeżeli nadal poszukujecie książek do zabrania na urlop, zdecydowanie polecam wszystkie książki Eleny Ferrante, a najbardziej jednak pierwszą, czyli "Genialną przyjaciółkę" :)

Przeczytałam "Górę Tajget" Anny Dziewitt-Meller - zabrania tej książki z kolei stanowczo odradzam na wakacje. No, chyba że uważacie zwiedzanie, plażowanie oraz ogólne beztroskie wypoczywanie i kontemplację za rozrywki uwłaczające Waszemu intelektowi. Ta książka raczej nie wprowadzi Was w wakacyjny nastrój. Na pewno jednak nie pozostawi Was obojętnymi. Powieść naświetla śląską odsłonę akcji "T4" z czasów II wojny światowej - uśmiercania dzieci w szpitalu w Lublińcu. Są tu też dramatyczne opowieści o wypędzeniach Ślązaków, wstrząsające historie o gwałtach i okrucieństwach popełnianych na Śląsku przez Armię Czerwoną. Mocna rzecz. Czasem wręcz pornografia przemocy i okrucieństwa. O Boże, wiem, że trzeba pamiętać i wiedzieć. Dla mnie to jednak było zbyt dużo...Dla chętnych.

Będąc na wakacjach w Chorwacji, przeczytałam książkę o Wietnamie "Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie" autorstwa Andrzeja Mellera. Książka zawiera dla mnie wszystko, co powinna zawierać powieść podróżniczo-reporterska. Jest tam troszkę o kulturze, historii i religii, troszkę o kuchni, nieco o przyrodzie, dużo o ludziach i ich mentalności. Książka rozbudziła we mnie pragnienie bardziej egzotycznych wypraw, nagle zapragnęłam, by moje dzieci były już wreszcie starsze, żebym mogła je obarczyć plecakami i wypędzić w dżunglę.

Przeczytalam "Mam na imię Lucy" Elizabeth Strout, i nie do końca podzielam zachwyty nad tą książką. No dobrze, nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją przez jeden wieczór (co nie było super osiągnięciem, liczy tylko 200 stron).  Książka momentami faktycznie była wstrząsająca,  pełna celnych spostrzeżeń o brutalnej i okrutnej niekiedy naturze ludzkiej,  świadczących o dużej wrażliwości autorki - wszystko to na kanwie opisu dzieciństwa głównej bohaterki, i jej próby ułożenia sobie relacji z matką. Ciągle miałam jednak wrażenie jakiegoś niedosytu, nie opuszczało mnie wrażenie, jakbym przeczytała tylko zarys, szkic powieści. Podczas krótkiego researchu na temat Elizabeth Strout dowiedziałam się, że zadebiutowała w wieku 42 lat, co natchnęło mnie nadzieją, że może i dla mnie nie wszystko stracone, gdyż skrycie marzę o napisaniu powieści, i zainteresowałam się jej bardziej popularną książką "Olive Kitteridge", którą chcę przeczytać w niedalekiej przyszłości.

Wreszcie, last but not least, przeczytałam "Małe życie" Hanyi Yanagihary. I się zachwyciłam...Zgadzam się bezwzględnie ze wszystkimi hasłami-wabikami z okładki, co jeżeli chodzi o mnie jak wiecie jest dużą rzadkością (pamięcie, jak się pastwiłam nad "Dziewczyną z pociągu"...? Btw nadal widzę to "dzieło" w kioskach i księgarniach, mój blog ma chyba za mało czytelników :) Ukrócając mą dygresyjną naturę i wracając do tematu, "Małe życie" to książka wstrząsająca, szokująca, chwytająca za serce, niepokojąca i wciągająca. Rozpoczyna się niczym zwykła opowieć o losach czwórki przyjaciół. Spodziewamy się historii o ich perypetiach życiowych, przyjaźniach, karierach, i miłościach. Gdy na plan pierwszy wysuwa się jeden z przyjaciół, Jude, książka stopniowo przeradza się w mroczną opowieść o traumie, cierpieniu i lęku. Jude doznaje w dzieciństwie ogromnych krzywd, które odciskają się piętnem na całym jego dorosłym życiu. Jest naznaczony, wydaje się być już nienaprawialny, niezdolny do tak zwanego normalnego życia, i to pomimo całej przyjaźni i miłości, jakiej później doświadcza. Wiecie, że dużo czytam, ale do tej pory nigdy, przenigdy opis traum zaznanych w dzieciństwie i poźniejszych tego następstw w życiu dorosłym nie został opisany tak, jak "Małym życiu".  Opowieść łamie serce, wzbudza gniew i oburzenie, burzy spokój ducha, nie pozwala zasnąć. Wybitna powieść, wielka literatura. Obojętnie kiedy, przeczytajcie. "Małe życie" tak naprawdę zasługuje na całą recenzję, i być może kiedyś ją napiszę. Na razie czuje, że jeszcze przetrawiam tę książkę...

Na tym kończę mój raport. Ach, może nadmienię jeszcze, że w czasie wakacyjnych wycieczek samochodowych do tej pory trzy razy wysłuchałam audiobooka "Hobbit, czyli tam i z powrotem" J.R.R. Tolkiena. W związku z zachwytem, jaki wzbudza w Jeremim ta książka, mam pewne obawy, że wysłucham jej jeszcze wiele razy...


Z najlepszymi wakacyjnymi pozdrowieniami,
Julita

wtorek, 28 czerwca 2016

"Święto trąbek" Marty Masady, niestety bez fanfar

Na nieszczęście książką, po którą sięgnęłam zaraz po skończeniu "Genialnej przyjaciółki" Eleny Ferrante (która jak pamiętacie tak bardzo mi się podobała) było "Święto trąbek" Marty Masady. Na nieszczęście dla mnie, być może na szczęście dla Was, być może dzięki mojej recenzji unikniecie przeczytania tej książki (chyba że bardzo będziecie chcieli sobie wyrobić własne zdanie, przed czym nie powstrzymuję. Ja jedynie ostrzegam.)

Pamiętacie, jak podczas nauki wymyślaliście własne reguły ułatwiające proces zapamiętywania? Ja Wam zdradzę jedną regułę którą stosuje a propos literatury pięknej. Otóż pretensjonalne, mocno udziwnione imiona bohaterów książki (lub nagromadzenie imion mocno niespotykanych) są w zasadzie niezawodnym znakiem, że mamy do czynienia z powieścią słabą. Check it out. Bohaterowie "Święta trąbek" to między innymi Zula (btw Pogorzelska - nazwanie tak bohaterki książki jest nie fair i szarga dobre imię prawdziwej Zuli Pogorzelskiej), Rafael i Kika.

Przebrnęłam przez tę książkę, i naprawdę się przy tym męczyłam (tylko myśl o tym że porzuciwszy lekturę czułabym się jeszcze gorzej zmuszała mnie do jej kontynuacji). Niestety, przez całe ponad siedemset stron książka była przeciętna oraz miałka, i nie przestała taka być nawet na jedną stronę. Z perspektywy czasu, sama się dziwię swojej determinacji w zakresie kontynuacji czytania. Chyba u jej źródeł leżała przeczytana gdzieś pozytywna recenzja książki. Bardzo chciałam zrozumieć, dlaczego książka dostała pozytywną recenzję. Nie zrozumiałam.

Wiecie, że jestem miłą osobą i zazwyczaj podobają mi się książki a przynajmniej w każdej udaje mi się, usiłuję znaleźć coś dobrego. Ze "Świętem trąbek" Marty Masady niestety nie udała mi się ta sztuka. Listę zarzutów to tej książki otwiera wskazana już powyżej skandaliczna długość (to zadziwiające, jak dużo można napisać o niczym). Kolejny zarzut stanowi brak zasadniczej treści. 700 stron+ w połączeniu z  brakiem treści stanowi  mieszankę wybuchowa której cieżko nie odłożyć nie przeczytawszy do końca. Dodajcie brak jakiejkolwiek sensownej akcji. I taki sobie styl.

W związku z zarzutem numer dwa ciężko napisać coś sensownego o tej książce. Główna bohaterka to postać bardzo papierowa, mało autentyczna, mogąca co najwyżej wystąpić w komedii romantycznej z warszawskimi wieżowcami w rolach głównych, na dodatek z pretensjami intelektualnymi. Z nieustabilizowanym życiem uczuciowym, które tak naprawdę jest głównym tematem książki. Na wyższą ambitniejszą półkę mają przenieść książkę jak się domyślam mocne i dosadne opisy scen seksu oraz tajemnicza nawet dla niej samej (dla głównej bohaterki) fascynacja tematem Żydów. Chyba taki miał być trik, ale nie wyszedł niestety. Wszystko w książce mieści się w teorii chaosu, jest niespójne, nieciekawe, nużące, wtórne, pretensjonalne i naiwne.

Mam podejrzenie, że to książka z kluczem, pisana bardzo emocjonalnie, być może autobiograficzna w jakimś zakresie,  co w pewnych środowiskach może czynić ją popularną. Ja sama podczas lektury miałam nieodparte skojarzenia z "Nocnikiem" Andrzeja Żuławskiego. Możliwe, że się mylę, ale mam dobrą intuicję.  

W zeszłym tygodniu w internecie, pomimo trwającego Euro 2016, zdołały się przebić informacje o jakimś wielkim skandalu z udziałem autorki książki Marty Masady. Nie wnikając w szczegóły, ów skandal przypomniał mi o zaległej recenzji "Święta trąbek". Stąd ten smutny, mocno krytyczny post.

Chyba już wszystko, co miałam napisać, napisałam.

Marta Masada, "Święto trąbek"

Ogólna ocena: 1/6

sobota, 18 czerwca 2016

Czerwona kartka dla "Dziewczyny z pociągu" Pauli Hawkins

Zazwyczaj piszę na blogu o książkach dobrych lub dość dobrych. Wynika to z dwóch przesłanek. Po pierwsze, moim celem jest polecenie Wam książek, które warto przeczytać. Po drugie, mam dość dobry instynkt czytelniczy i większość książek, po które sięgam, nie rozczarowuje mnie. Dominacja pozytywnych lub w miarę pozytywnych recenzji na blogu nie oznacza natomiast, że jestem osobą bezkrytyczną. Wręcz przeciwnie, jestem osobą bardzo krytyczną, i właśnie teraz zamierzam to udowodnić.

Pamiętacie czas, kiedy w zasadzie we wszystkich kioskach można było kupić "Dziewczynę z pociągu"  Pauli Hawkins? Kupiłam "Dziewczynę z pociągu" i ja,  i totalnie przy okazji, o co było nietrudno. Poza tym w "Książkach" czytałam recenzję "Dziewczyny...", która nie była dla niej bezwzględnie miażdżąca, a nawet momentami pozytywna. Lubię i cenię "Książki".

Oceniając po okładce, "Dziewczyna z pociągu" zapowiadała się na całkiem niezłe czytadło - podobno nawet Stephen King nie mógł się od niej oderwać. Hmmm...nie wiem, co skłoniło autora  "Lśnienia"  do takiej opinii, chyba jakieś nieszczęście, być może kłopoty finansowe, być może przegrał swoją na pewno wielką fortunę zbudowaną na skutecznym budzeniu w swoich czytelnikach strachu oraz przerażenia w jakimś kasynie w Monte Carlo, a być może rozwiódł się ze swoją żoną która ogołociła go co do centa. A być może było to po prostu nieporozumienie. Podpisał recenzję a) bez czytania recenzji i b) bez czytania książki. Może się zdarzyć najlepszym. Nie sądzę w każdym razie, by czytał tę książkę i sam wydał taką opinię. Chociaż w sumie, może czytał...W końcu stwierdził tylko, że od książki nie można się oderwać, a z jakiego powodu, już nie powiedział. On być może nie mógł się oderwać  z powodu swoich tarapatów finansowych. W grę może wchodzić też szantaż i przekupstwo.

Otóż nie inaczej jak osobiście uważam, że "Dziewczyna z pociągu" Pauli Hawkins jest fatalną książką. Bardzo słabo napisaną (od razu na myśl przyszła mi zasłyszana ostatnio statystyka, że przeciętny brytyjski nastolatek używa do porozumiewania się 800 słów - kiedy 1600 uznawane jest za minimalny poziom dla skutecznej komunikacji; myślę że Paula Hawkins do napisania "Dziewczyny z pociągu" użyła właśnie około 1600 słów. Co wystarczyło jej, by przekazać swoje jakieś tam myśli, ale na nic innego już nie.

To znaczy, historia z "Dziewczyny z pociągu" jest trochę straszna, i wymyślenie jej w zarysach może być zasługiwać na uznanie. Gdyby została inaczej napisana, "Dziewczyna..." mogłaby być całkiem niezłym thrillerem. Tak się jednak nie stało, a "Dziewczyna...." dobrym thrillerem nie jest. Jest przydługawa, przynudnawa, akcji się rozchodzi nie wiadomo gdzie. Główna bohaterka jest absolutnie antyestetyczna i antypatyczna w każdym aspekcie swojego istnienia, na dodatek w miarę lektury nabieramy przekonania że jest totalną psychopatką i że to właśnie ona jest spiritus movens całego opisanego w książce zamieszania. W książce są nawet opisane jakieś dramatyczne wydarzenia typu rozwód, zdrada, alkoholizm, w które jest uwikłana, ale wszystko jest opisane z refleksją odpowiadającą swoją głębią poziomowi Morza Martwego. Chaotyczne. Bez ładu i składu. To samo dotyczy portretów głównych bohaterów. I w ogóle wszystkiego.

Przeczytałam tę książkę, gdyż nie lubię nie kończyć książek, bolała mnie ósemka, wszyscy spali, a ja nie miałam akurat pod ręką nic lepszego do robienia ani do czytania (być może Stphen King miał podobne powody :). Ale Wam stanowczo nie polecam. Nie jest to lektura, która cokolwiek wniesie do Waszego życia, co najwyżej może Was zmęczyć oraz sfrustrować. Co tu dłużej pisać. Po prostu tego nie róbcie.



"Dziewczyna z pociągu", Paula Hawkins



 Ogólna ocena: 1/6 (gdyż nie można dawać zer  a jedynka jest za samo napisanie książki).

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Genialna "Genialna przyjaciółka"


Rok 2016 pod względem czytelniczym już jest cudownie udany, zaczęłam od "Tajemnej historii" Donny Tarrt (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/01/bardzo-wciagajaca-tajemna-historia.html), po drodze był "Drach" Szczepana Twardocha (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/03/szczepan-twardoch-drach.html) oraz rewelacyjne "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana(http://julitaczyta.blogspot.com/2016/05/richard-flanagan-klasniecie-jednej-doni.html), a ostatnio, całkiem niedawno, odkrycie Eleny Ferrante. Właśnie skończyłam czytać "Genialną przyjaciółkę",  i jestem wprost oczarowana, gdyż jest to piękna, przepiękna książka.

Ostatni numer magazynu "Książki" na pierwszej stronie pyta "Kim jest najlepsza pisarka współczesnej Europy? Tajemnice Eleny Ferrante". Jonathan Franzen (mój wielki idol) również  zachwyca się jej prozą. Was też powinna zachwycić.

Postać samej pisarki jest bardzo tajemnicza - tak naprawdę nie wiadomo o niej zupełnie nic. Konsekwentnie, od lat ukrywa swą tożsamość oraz odmawia uczestnictwa w jakichkolwiek akcjach promocyjnych (co z początku było pewnie niezbyt w smak wydawnictwu, teraz zaś dodaje postaci pisarki dodatkowego czaru). Ferrante uważa, że książki powinny mówić same za siebie. Jej na pewno mówią. O popularności prozy pisarki we Włoszech może świadczyć fakt, że podobno włoskie biura organizują wycieczki po Neapolu śladami postaci z jej powieści. Ja dla Was zamieszczam tylko krótki przewodnik.

"Genialna przyjaciółka" to opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Eleny Greco (Eleny Ferrante?). Najważniejszą postacią dla dziewczynki w tym okresie jest jej przyjaciółka, charyzmatyczna i niepokorna Rafaella Cerullo, Lila. Wolny duch, a zarazem ptak uwięziony w klatce warstwy społecznej, z jakiej się wywodzi, oraz w patriarchalnej kulturze. Lila determinuje życie Lenucci, stanowi dla niej punkt wyjścia i punkt odniesienia. Sama bardzo zdolna, być może nawet genialna, pozbawiona środków na formalną kontynuację edukacji, motywuje Lenuccię (czasami nawet bezwiednie) do dalszej nauki.

Czy Elena Ferrante jest autorką, czy również narratorką "Genialnej przyjaciółki"? Tego nie wie nikt. Ferrante pięknie oddaje klimat przedmieść Neapolu i doskonale opisuje napięcia okresu dorastania (z tym, że książka jest jak najbardziej dla dorosłych). Szybko zapominamy, przynajmniej większość z nas, jak pełne dramaturgii były nasze dziecięce lata. Przyjaźnie na śmierć i życie, pierwsze fascynacje i miłości, wielkie plany i marzenia, zdrady, potajemne sojusze, zacięte rywalizacje... Oczywiście, z perspektywy czasu nasze dziecięce przeżycia i emocje mogą nam się wydawać błahe lub śmieszne. Ale umówmy się, wtedy takie nie były. Wtedy wszystko było tak ważne, jakby od tego zależały dalsze losy świata, a nasze życie co najmniej. Młody człowiek nie zna dystansu, angażuje się we wszystko całym sercem, i wszystko tak samo przeżywa. Podczas lektury miałam wiele reminescencji dotyczące własnego dzieciństwa i okresu dorastania. Zresztą, ostatnio mam je coraz częściej - jest to chyba kolejna po samoistnym wczesnym wstawaniu oznaka starzenia się (budzę się bez budzika o szóstej rano, sama z siebie...! Jak mam ciekawą książkę - jak na przykład "Genialną przyjaciółkę" - robię sobie dobrą kawę i czytam. Inaczej idę biegać.)

Po przeczytaniu książki zaczęłam intensywnie myśleć o wycieczce do Neapolu (śladami postaci z powieści lub nie, will see), oraz zapisałam się do publicznej biblioteki, by móc od razu zacząć czytać drugi tom trylogii Ferrante, "Historię nowego nazwiska" (nie było go w żadnej księgarni). To w sferze czynów. W warstwie werbalnej, jak napisałam powyżej.
Bardzo, bardzo Wam polecam tę książkę.


"Genialna przyjaciółka", Elena Ferrante, Wydawnictwo Sonia Draga


Ogólna ocena: 6/6









piątek, 20 maja 2016

Richard Flanagan, "Klaśnięcie jednej dłoni"


“Klaśnięcia jednej dłoni” Richarda Flanagana nie ma na liście bestsellerów w Empiku, nie przykuwa uwagi ostentacyjnie wyłożona na półki tuż przy wejściu do księgarni. A szkoda, bo łatwo przegapić tę książkę. Nie możecie absolutnie tego zrobić! Daję tej książce sześć punktów, żałując, że nie mogę dać siedmiu. Zasługuje na wszystkie punkty świata. 

Przygotujcie się na bardzo dużą dawkę mocnych wzruszeń. Ja czytałam książkę ze ściśniętym gardłem, wiele razy miałam łzy w oczach. Historia opisana w książce jest bowiem bezbrzeżnie smutna. Zaczyna się w 1954 roku, w zimową noc na Tasmanii, od sceny, kiedy młoda słoweńska imigrantka Maria Buloh opuszcza swoją trzyletnią córeczkę Sonję. Dlaczego młoda kobieta opuszcza swoje dziecko…? Co ją skłania do tak dramatycznego kroku…? Jakie nieszczęście się jej przydarzyło…? I dlaczego, mimo wszystko dlaczego opuszcza swoje małe dziecko…? Czy kiedykolwiek wróci… ? Czy uda się ją odnaleźć…? Te i dziesiątki innych pytań pojawiają się w głowie przy lekturze początkowych stron powieści.  

Głównymi bohaterami książki to pierwsze i drugie pokolenie słoweńskich imigrantów na Tasmanię. Porzuceni: mała Sonja, i jej ojciec, porzucony przez żonę Bojan Bulah. “Klaśnięcie jednej dłoni” nie jest jednak banalną książką o relacji ojciec-córka, i ich „dawaniu sobie rady w życiu” na przekór wszelkim przeciwnościom. O czym zatem jest ta książka? Punktem wyjściowym jest ukazanie, jak odejście Marii Buloh, żony, matki, jak to jedno wydarzenie (klaśnięcie jednej dłoni….) wpływa na całe życie pozostawionych. Jak je rozbija na drobne kawałeczki, które przez cały późniejszy czas próbują poskładać.  

Po odejściu żony Bojan Buloh szuka ukojenia dla swojej rozpaczy w alkoholu, szuka zapomnienia. Bezskutecznie. Bojan Buloh to bohater tragiczny, wewnętrznie rozdarty. Ofiarą jego bólu staje się Sonja i jej dzieciństwo, najgorszy koszmar, jaki może Wam się przyśnić. Przepełnione bólem, cierpieniem fizycznym i tęsknotą, przedwczesna dorosłość. W wieku szesnastu lat Sonja postanawia zawalczyć o siebie, opuszcza ojca i Tasmanię. Nigdy jednak nie może opuścić ich do końca. Dlatego po latach wraca, by odszukać klucz do siebie, ze strzępów wspomnień zbudować na nowo swoją tożsamość. Czy znajdzie w sobie siłę i chęć, by przebaczyć ojcu…? Czy on tego przebaczenia w ogóle chce, i czy go potrzebuje, czy nie zatracił się już całkowicie w autodestrukcji? Czy ojciec i córka przeskoczą przez dzielące ich morze samotności? Czy wreszcie odnajdą właściwe słowa, gesty dla pokazania swojej samotności, żalu, rozpaczy i miłości? 

To książka również tym, jak krzywdzimy tych, których kochamy. Flanagan opisuje skomplikowaną relację ojca i córki, obojga pokiereszowanych przez los, straumatyzowanych. Relację trudną i niszczycielską. Miłość miesza się w niej z przemocą, bohaterowie kochają się, i krzywdzą jednocześnie. Być może mają dobre intencje, ale nie znajdują odpowiednich słów ani gestów. Pogrążają się w samotności i rozpaczy. Czy mimo wszystko w relacji pomiędzy nimi znajdzie się miejsce na normalność, na zwyczajność, na spokój i poczucie bezpieczeństwa….?  

Flanagan funduje nam dużą dawkę bardzo trudnych emocji. Zabiera w podróż do ludzkiej duszy, tropi przeszłość, poszukując w niej wszystkiego, co zdeterminowało późniejsze losy. Wytacza przeciwko czytelnikowi naprawdę ciężką artylerię, poruszając takie tematy jak: miłość, przemoc, ojcostwo, wojna, uchodźcy, alkoholizm, dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości…I wiele innych. A to wszystko w jednej niezbyt grubej książce.  

„Klaśnięcie jednej dłoni” to druga książka Richarda Flanagana, którą czytam, (pierwsza to były „Ścieżki północy”, nagrodzone Nagrodą Bookera w 2014 roku). Chronologicznie to książka starsza niż „Ścieżki Północy” - właściwie debiut pisarza z 1997 roku. Wspólnym mianownikiem dla obu powieści jest na pewno ich przepiękny poetycki język. To w zasadzie nie są powieści, a poezja. Absolutnie przepięknie napisane…Bardzo Wam polecam tę książkę. Poważna, intrygująca, mocna lektura. Bardzo wzruszająca. Raczej z wyższej półki. Satysfakcja gwarantowana, wymagane jedynie pewne wyrobienie czytelnicze, któremu Wam jako czytelnikom mojego bloga na pewno nie brakuje.
Nie ma zdjęcia do posta, gdyż książkę pożyczyłam mojej Mamie, która ją przeczytała i również się zachwyciła. Natomiast jeszcze mi jej nie oddała.

Ogólna ocena: 6/6


czwartek, 24 marca 2016

Szczepan Twardoch, "Drach"

„Drach” Szczepana Twardocha został mi polecany, za którą to rekomendację bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki niej mogę teraz rekomendować tę książkę Wam, co też niniejszym oraz z najwyższą przyjemnością czynię.
 
Można by oczywiście napisać po prostu, że „Drach” opowiada o losach członków pewnej śląskiej rodziny na przestrzeni XX wieku - tak jak można by napisać, że „Zbrodnia i kara” to historia zabicia lichwiarki przez ubogiego studenta a „Romeo i Julia” to historia nieszczęśliwej miłości. „Drach” jest jednak czymś więcej. To literatura totalna, która ogarnia całość ludzkiego losu, epos o tragedii wpisanej w dzieje i w każdą pojedynczą jednostkę ludzką.
 
Książka jest osadzona w historii (i to przez duże „H”, bo historii XX wieku), która generuje ludzkie losy, sama nie jest jednak powieścią historyczną. Akcja książki rozgrywa się na Górnym Śląsku. Nie jest to jednak powieść o Śląsku, a na pewno nie wyłącznie o Śląsku. Owszem, pisarz ukazał burzliwe losy tych obszarów, ich zmienność, to, jak warunkowały one losy ludzkie. Opisał Śląsk jako ziemię rozdzieraną sprzecznymi wektorami. Tak jak zamieszkujący ją ludzie, tak jak my wszyscy. To opowieść o Śląsku, którego już oficjalnie nie ma, ale być może troszkę jeszcze jest, w ludziach, opowieściach, w kulturze i w języku.
 
Bohaterowie „Dracha” mówią wszystkimi językami świata, a na pewno po polsku, niemiecku, i śląsku (na marginiesie – w książce nie ma żadnych tłumaczeń). Tak już jest, że nie zawsze wszystko rozumiemy. Być może nie wszystko musimy rozumieć (a w warstwie bardziej dosłownej, w której mimo wszystko operuję przez większość swojego wolnego czasu, przyznam, że momentami zrozumienie dialogów w języku śląskim było dla mnie nieco problematyczne. Bo niemieckiego się uczyłam.)
 
Losy bohaterów książki są dramatyczne, i w sensie jednostkowym, i w sensie globalnym, jako pokolenia, a w zasadzie całych pokoleń uwikłanych w historię. Bohaterowie w książce są świetnie zarysowani, to postaci z krwi i kości, których losami jednak kieruje jakaś fatalna siła. Narracja powieści nie jest linearna, losy Josefa Magnora z początku wieku XX przeplatają się z losami jego potomka Nikodema Gemandera, kilkadziesiąt lat później. Książka ma liczne wątki poboczne, pełna jest dygresji, wycieczek w przyszłość, skoków w bok, rozważań nad naturą ludzkiej egzystencji.
 
Wielu uważa, że „Drach” to książka bardzo przygnębiająca. Nie uważam siebie za jednostkę niewrażliwą i nieempatyczną, wręcz przeciwnie. Mnie jednak „Drach” nie przygnębił. Oczywiście, nie można uznać tej książki za komiczną czy wesołą. To nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna. Po jej przeczytaniu miałam jednak tak wiele refleksji, że uczucie przygnębienia z powodu było nie było tragicznych losów bohaterów książki nie było na pewno dominujące. Coś innego najbardziej uderzyło mnie w książce, a mianowicie opisana powtarzalność ludzkich losów. Ich przenikanie się. Naszej łączność, często nieświadoma, z losami i doświadczeniami naszych przodków. Transcendencja ludzkiej egzystencji, a jednocześnie jej absolutna zwyczajność. Następstwo pokoleń, przyczyna i skutek, znaczenie i jednocześnie brak znaczenia wszystkiego, co się przydarza, w kontekście wieczności lub po prostu w szerszym kontekście. Takie były moje główne myśli, i to one mnie najbardziej zdominowały.
 
Wszystko to przez Dracha, którego pisarz wybrał na narratora powieści. Kim jest Drach, do końca nie wiadomo. To istota, ale bezcielesna, odwieczna,  którego ciałem jest ziemia. Drach wszystko wie i wszystko widzi. Daje początek wszystkiemu, jest końcem wszystkiego, gdy jednocześnie nic nie ma początku ani końca, tak jak jego istnienie. Przyznam, że narracja Dracha początkowo zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Albo może inaczej, piorunujące wrażenie pozostało, ta magiczna, mantryczna narracja naprawdę do mnie przemówiła, nie pozbawiła jednakowoż całkowicie krytycyzmu który kazał uznać, spostrzec a teraz napisać, że narracji Dracha było dla mnie w „Drachu” troszkę za dużo. Na tym mój zmysł krytycyzmu w stosunku do książki poprzestał.
 
W związku z tym i bez względu na powyższe uważam, że „Drach” to fantastyczna, wielowątkowa, wielowymiarowa książka. O wciągającym, mrocznym klimacie. Przeczytacie, nie przeczytacie, zdarzenie jak każdy inne, ma jakieś znaczenie, i jednocześnie nie ma żadnego znaczenia. Tak powiedziałby Drach. Ja radzę, sięgnijcie po nią koniecznie. Sama zabieram się za kolejną książkę Szczepana Twardocha, „Morfinę”.
 
 
Szczepan Twardoch, „Drach”,
 
Ogólna ocena: 5/6



czwartek, 3 marca 2016

Nick Hornby, Funny Girl

Po każdą nową książkę Nicka Hornb’yego, jednego z moich ulubionych pisarzy, pędzę i biegnę, pełna nadziei i niemal pewna że jej lektura dostarczy mi fantastycznej rozrywki. Pobiegłam zatem i po „Funny girl”, tym szybciej, że od wydania ostatniej książki pisarza minęło pięć lat. Następnie przeczytałam, bardzo dobrze się przy tym bawiąc, do czego i Was serdecznie zachęcam. Poniżej krótkie uzasadnienie dlaczego.
 
Książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że Nick Hornby to jeden z najpopularniejszych pisarzy brytyjskich, autor bestsellerów, takich jak „Wierność w stereo”, „Był sobie chłopiec”, czy „Juliet, naga”. Ja osobiście zawsze sięgam po książki ulubionych pisarzy z mieszanką uczuć - z jednej strony z ekscytacją, ale też i z niepokojem - czy książka będzie mi się podobać równie jak poprzednie?  Brzemię autora bestsellerowych powieści rozrywkowych - a takie niewątpliwie nosi Nick Hornby - czasami musi być bardzo ciężkie do udźwignięcia.... Dla Nicka Hornby'ego na szczęście na razie takie nie jest, czego dowodzi jego najnowsza książka. "Funny girl" to powieść inteligentna, dowcipna, a do tego wszystkiego jeszcze mądra. Ponadto, zgodnie ze swoim tytułem, książka jest naprawdę zabawna – o ile lubicie ten specyficzny brytyjski rodzaj poczucia humoru (wiem, uwielbiacie go, każdy go uwielbia). 
 
"Funny girl" to opowieść o perypetiach Sophie Straw, a właściwie Barbary Parker. Dziewczyna, śniąc o karierze w branży rozrywkowej, porzuca swoje rodzinne Blackpool, by wyjechać do Londynu i zacząć walczyć o realizację własnych marzeń. Jej talent, uroda oraz splot szczęśliwych okoliczności pozwalają jej na osiągnięcie wymarzonego celu. Zostaje gwiazdą telewizyjnego serialu, a co za tym idzie celebrity Londynu lat 60tych. A były to złote czasy telewizji: każdy miał już wtedy telewizor, a w nim tylko dwa kanały. Występowanie w serialu, a zwłaszcza w serialu komediowym niemal natychmiast czyniło z aktora rozpoznawalną megagwiazdę (nie tak jak dziś, kiedy gwiazdy seriali stają się rozpoznawalne dopiero po tym, jak wystąpią w „Tańcu z gwiazdami 20”, o ile ktoś jeszcze ogląda ten program). Serial, w którym Sophie zaczyna występować, to nie jest taki po prostu zwykły serial komediowy. To zwierciadło w którym odbija się społeczeństwo, a jednocześnie narzędzie do jego kształtowania. Losy serialowych bohaterów są kanwą dla przedstawienia głębokich podziałów wewnątrz brytyjskiego społeczeństwa (na Londyn i prowincję, na wykształconych na elitarnych uczelniach i tzw plebs, torysów i laburzystów…) oraz opisu przemian tego społeczeństwa na wielu płaszczyznach, poczynając od kwestii politycznych, poprzez życie społeczne, aż po sprawy obyczajowe jak stosunek do homoseksualizmu, rasizm czy feminizm. Z tej perspektywy „Funny girl” to coś więcej niż po prostu kolejna lekka, łatwa i przyjemna książka. To również książka o szukaniu życiowej drogi, dokonywaniu wyborów i determinacji. Pochodząca z prowincji Sophie o nie najlepszym akcencie (rzecz nie bez znaczenia w snobistycznych Londynie)  znajduje w sobie dość odwagi i siły by realizować swoje marzenia. Tak jak zauważa Sophie pod koniec książki, najważniejsze w życiu jest to, żeby próbować. Działać. Podejmować próbę. I starać się robić to, co się kocha. Simple as that…? Amen.

Kiedy piszę, że książka jest zabawna, znaczy to dla mnie naprawdę dużo. Mój Mąż spodobał mi się właśnie dlatego, że był bardzo zabawny (choć on sam nie był zbyt zachwycony tym moim wyznaniem :).
 
 
 Nick Hornby, "Funny girl"

Ogólna ocena: 4
 
/6