sobota, 24 lutego 2024

Rzeczy, które możesz zrobić w Rio de Janeiro. Biblioteka Portugalska

Dzisiejszym postem chciałam otworzyć nowy wątek na blogu - wątek o bibliotekach. Kocham biblioteki! Gdziekolwiek jestem, biblioteka przyciąga mnie jak magnes, wabi i fascynuje. Uważam że biblioteka to niedoceniany punkt na mapie turystycznej każdego miasta. Bardzo dużo mówi o danym miejscu, o jego historii, tradycjach, architekturze. Również o jakości klasy politycznej! W mojej ocenie jedną z pierwszych decyzji jaka powinien podjąć światły polityk chcący rozwoju swojego miasta powinna być budowa nowej biblioteki. A jeżeli porządna biblioteka już istnieje, powiększenie jej zbiorów lub poprawa infrastruktury. Miałam szczęście odwiedzić wiele pięknych bibliotek. Każda z nich opowiada inną historię. Chciałabym przybliżyć Wam te bi biblioteki, które najbardziej zapadły mi w pamięci.

Rozpocznę mój cykl biblioteczny od biblioteki, którą odwiedziłam latem w zeszłym roku, Biblioteki Portugalskiej w Rio de Janeiro. 

Tu małe sprostowanie, akurat w Rio Biblioteka jest wskazywana jako jedna z najważniejszych atrakcji turystycznych. Jest położona w historycznym centrum miasta, i stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy na temat historii, kultury i dziedzictwa narodowego Brazylii. Jest mekką dla miłośników literatury, badaczy historii i każdego, kto pragnie zrozumieć historię Brazylii.

Historia Biblioteki Portugalskiej sięga czasów, gdy Brazylia była kolonią Portugalii. Założona w 1837 roku przez księcia regenta Dom João VI, biblioteka miała na celu propagowanie języka, kultury i literatury portugalskiej wśród elit brazylijskich. Od tego czasu stała się nieodłącznym elementem intelektualnego krajobrazu miasta. Zbiory biblioteki obejmują nie tylko dzieła portugalskich klasyków, ale także rzadkie manuskrypty, mapy, dokumenty historyczne i wiele innych materiałów, które rzucają światło na przeszłość i rozwój Brazylii. Co interesujące, biblioteka posiada największy na całym świecie zbiór literatury portugalskiej poza granicami Portugalii.

Biblioteka Portugalska jest wyjątkowa również ze względu na swoją architekturę. Wnętrza wzniesionego w stylu neoklasycystycznym budynku stanowią manifestacja przepychu i bogactwa. Przepiękne marmury, misterne mahoniowe sztukaterie, liczne złocone detale, wyszukane dodatki przywodzą na myśl czasy kolonialnej świetności Portugalii. Z zachwytu brakuje tchu w piersiach.







Także jak będziecie się wybierać na karnawał w Rio, polecam i wizytę w Bibliotece! Uważajcie tylko na godziny otwarcia, Biblioteka zamyka się około 18, jak większość instytucji kulturalnych w Rio. Gdybyście się zaczytali...Tuż obok wejścia znajduje się przyjemna mała księgarnia, gdzie kupiłam jako pamiątkę przepiękny album o Bibliotece. Polecam również odwiedzenie Biblioteki za dnia. W centrum Rio jest bardzo niebezpiecznie, jest ono też dość zaniedbane. Majestatyczne i dostojne wnętrze Biblioteki mocno kontrastuje z otoczeniem, co osadza nasze rozważania odnośnie kolonialnej przeszłości Brazylii w zupełnie innej perspektywie.

piątek, 23 lutego 2024

Wszyscy chcemy tam dotrzeć. Recenzja książki "Do raju" Hanny Yanagihary

 Po dwóch poprzednich powieściach Yanagihary, „Do raju” budzi we mnie przyjemną ekscytację. Nawet grubość książki nie przeraża mnie specjalnie, co ma również pewien związek z moją aktualną kontuzją i unieruchomieniem. Wyobraźcie sobie, w związku z zerwanym więzadłem nic innego nie mogę robić, tylko czytać! W zasadzie mogłaby to być moja własna definicja raju. Jak raj widzi Yanagihara w swojej najnowszej książce?

„Do raju” to monumentalna political fiction, której akcja rozgrywa się na przestrzeni kilku stuleci. Bohaterów książki różni w zasadzie wszystko, łączy natomiast usilne dążenie do odnalezienia szczęścia i miłości.

Książka budzi skrajne emocje, od totalnego zachwytu do ostrej krytyki. Po jej przeczytaniu ta rozbieżność ocen staje się dla mnie zrozumiała, Jeżeli chodzi o warsztat, stanowi małe arcydzieło. Jest  przepięknie napisana, i równie pięknie przetłumaczona (brawa Jolanta Kozak!). Poznajemy trzy ciekawe historie, z których każda osadzona jest w innych realiach. Jestem pod ogromnym wrażeniem umiejętności autorki do kreowania świata przedstawionego. Obok siebie dostajemy trzy wizje świata, trzy równoległe obrazy Ameryki w trzech różnych płaszczyznach czasowych. Całość jest przy tym spójna kompozycyjnie i konceptualnie.

Nie chciałabym Wam tutaj streszczać fabuły, zwłaszcza że jest ona dość zawiła i skomplikowana. Ale kilka rzeczy muszę napisać. Wspomniałam, że książka składa się z trzech części. Każda część mogłaby w zasadzie być odrębną książką.


Pierwsza część „Do raju” to historical fiction. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, w roku 1893, ale zamiast Stanów Zjednoczonych mamy Wolne Stany. Panuje w nich ustrój liberalny, wprowadzone zostały m..in. małżeństwa jednopłciowe, pragnąc zapewnić mieszkańcom pełną wolność i swobodę. Głównym bohaterem jest David, pochodzący z zamożnej, wpływowej rodziny. David zamieszkuje dom na Placu Waszyngtona, co natychmiastowo sugeruje, że mamy tu do czynienia również z pewną zabawą, że Yanagihara puszcze subtelne oczko do Henry Jamesa i powieści o tym samym tytule (uświęconej zresztą świetnym filmem Agnieszki Holland, kto nie widział niech szybko nadrabia zaległości!). Jeżeli chodzi o fabułę, robi się odrobinę soapoperowo. David musi dokonać wyboru pomiędzy aranżowanym małżeństwem z rozsądku a szaleńczą młodzieńczą miłością do kochanka artysty. Który wybór zaprowadzi go do raju?  Odebrałam jako bardzo interesujące to zestawienie bardzo śmiałej i odważnej wizji historical fiction z dość banalną historią znanej ludzkości od stuleci - a przynajmniej tej części ludzkości, której próbowano zaaranżować małżeństwo. A może to zabawa formą i wyzwanie rzucone Henry Jamesowi: próba sprawdzenia, czy odważna obyczajowo treść nie rozsadzi tradycyjnej, typowej dla niego formuły powieści.

Druga część książki dzieje się w 1993 roku, a zatem współcześnie. Opisuje związek dojrzałego, zamożnego prawnika z młodym asystentem pochodzącym z Hawajów. W tle przebrzmiewa groźba epidemii AIDS, i kwestia prawa do samostanowienia się autochtonicznej ludności Hawajów.

Trzecia część książki toczy się w roku 2093. Yanagihara przedstawia mocno dystopijną wersję przyszłości, gdzie ludzkość jest trawiona kolejnymi epidemiami, żyjąc w warunkach państwa totalitarnego. Lektura nie dla preppersów, za to doskonała pożywka dla wszystkich strachów czających się w naszych karmionych katastroficznymi wizjami umysłów, które nie wyzwoliły się jeszcze z traumy pandemii. Podczas lektury kolejnych stron ogarnia nas czyste przerażenie. Przychodzą do głowy myśli, które chcemy zepchnąć głęboko na dno świadomości. W mojej ocenie część trzecia to zdecydowanie najlepsza część książki.

Dziwi mnie i zaskakuje, dlaczego bohaterami książek Yanagihary są niemal wyłącznie mężczyźni. Podczas lektury zastanawiałam się, czemu służy ten zabieg, i przyznam szczerze, że nie mam najmniejszego pojęcia. Kobiety pełnią rolę drugoplanową, żeby nie napisać drugorzędną. Kobiecie udaje się zostać protagonistką finalnej części, natomiast z uwagi na swoje cechy szczególne opisane w książce trudno określić ją jako bohaterkę pełnowymiarową. Jak przeczytacie, to zrozumiecie.

W każdej z części następuje kompletna zmianę realiów. Co interesujące, w każdej części powtarzają się te same imiona bohaterów, wspólne jest też miejsce zamieszkania przy Placu Waszyngtona.  Nasz łaknący logicznych wytłumaczeń mózg poszukuje sensu, związku pomiędzy postaciami z poszczególnych części. Mnie najbardziej przekonuje ten o powtarzalności ludzkich losów, historii i emocji, bez względu na czas i miejsce, bez względu na ustrój polityczny czy uwarunkowania społeczne, kolor skóry, wiek czy poglądy. O poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi i o pragnieniu miłości, bo bohaterowie każdej części książki są w istocie samotni, spragnieni miłości i bliskości. Przyznacie że dość skomplikowany zabieg literacki dla osiągnięcia tego celu. Przepraszam, jeśli sprofanowałam przebrzmiewającą w ostatnich zdaniach wzniosłość tym ohydnym cynicznym komentarzem. Wydaje się on jednak trafny w odniesieniu do całej książki. „Do raju” to powieść misterna w swojej konstrukcji, barokowa w swoim rozmachu, doskonała pod względem literackiego warsztatu. Natomiast jej przesłanie wybrzmiewające z każdej części jest odrobinę naiwne. Brutalnie rzecz ujmując, książka stanowi doskonały przykład przerostu formy nad treścią.

Lektura książki jest z pewnością ciekawym przeżyciem literackim, więc dla fanów literatury przeczytanie jej będzie wciąż interesującym doświadczeniem. Pod względem treści jest odrobinę rozczarowująca nawet pomimo tego, że czasem warto przypomnieć sobie rzeczy podstawowe.

 

 

Ogólna ocena: 6.5/10 (ale wiecie, że u mnie nie jest łatwo)

 

 

poniedziałek, 5 lutego 2024

"Odd hours" Ani Bas. Napisana przez Polkę po angielsku książka inauguruje klub książki w Milanówku, a mnie motywuje do reaktywacji bloga

Tytuł poprzedniego posta "Come back lub jego zapowiedź" okazał się znamienny. Można by rzec nawet, że okazał się przekleństwem - ponieważ był to już drugi zapowiadany "come back", po którym nastąpiła złowroga cisza z mojej strony. Tym razem musi się udać. Tym razem nie będzie wielkich zapowiedzi, wielkich słów, po prostu wrócę do regularnego pisania bloga. 

Powodów mam ku temu kilka. Po pierwsze, wyniki wyborów sprawiły, że znów zaczęłam oddychać. Być może jest to nowa definicja neurozy, aczkolwiek dyktatorskie rządu PIS-u w jakimś sensie odbierały mi przyjemność i lekkość pisania. Miałam wrażenie że swobodny momentami nawet lekko frywolny ton mojego bloga nie przystaje do bieżących wydarzeń politycznych. W kraju się łamie konstytucję, a ja tu o książkach po prostu. Czułam się z tym jakoś niezręcznie. Wiem, że wśród moich czytelników są ludzie o różnych poglądach politycznych, ale ja się nigdy z moimi poglądami nie ukrywałam, poza tym czytając moje posty, nie sądziliście chyba, że mogłabym kiedykolwiek popierać PIS. No właśnie. 

Drugi powód jest taki, że obiecałam. Jak pisałam w moim poprzednim poście będącym tylko zapowiedzią, jakiś czas temu przeprowadziłam się do Milanówka, na którego punkcie oszalałam i stałam się fanatyczną lokalną patriotką. Z nieskrywanym zachwytem powitałam informację od koleżanki, że otwiera w Milanówku Klub Książki. Od razu zgłosiłam swój akces, deklarując pełne wsparcie dla tej inicjatywy. Klub Książki nazywa się "Book Lovers", bo czytamy po angielsku, Kasia prowadzi szkołę językową, a klub książki jest po godzinach, raz w miesiącu. Zostałam obdarowana książką ponad miesiąc przed pierwszymi obradami, w moim sercu zapanowała więc spokojna pewność, że jest to termin absolutnie wystarczający żeby zanurzyć się w tej literaturze i czerpać z niej wszelkie możliwe rozkosze. Okładka wyglądała obiecująco i estetycznie, tytuł intrygował: "Odd hours", autorstwa Ani Bas. Historia autorki też jest bardzo interesująca. Książkę tą napisała po angielsku Polka mieszkająca od wielu lat w UK, po angielsku. Książka została nie tylko wydana, ale i pozytywnie przyjęta na Wyspach, co już samo w sobie jest dużym sukcesem wobec ogromnej konkurencji na tamtejszym rynku. 

"Odd hours" wymyka się prostym klasyfikacjom. Jest po trochu powieścią obyczajową, satyrą, i komedią. Dla mnie osobiście najciekawsza była jej odsłona satyryczna. Główną bohaterką jest Gosia Gołąb, kasjerka w supermarkecie.  W wolnych chwilach publikuje poezje w internecie oraz fantazjuje o związku z mężczyzną, którego widuje przelotnie w pracy. Gosia jest kompletnie zagubiona w rzeczywistości i tylko jej się wydaje, że ją rozumie. Ani jednak nie rozumie, ani nie ogarnia. Potomkini polskich emigrantów, ale odbierająca polskość raczej jako niezrozumiałe brzemię i ciężar, nie w kontekście martyrologiczno-patriotycznym, ale bardziej społeczno-kulturowym. Ciekawy jest przebijający z kart książki stosunek autorki do Polski i Polaków, w mojej ocenie typowy dla osoby która wiele lat temu opuściła kraj i nie rozumie do końca zachodzących w nim zmian i procesów. Znaleźliby się z pewnością tacy, którzy określiliby Anię Bas jako p o l a k o ż e r c z y n i ę. Ale wróćmy do Gosi.  Fragmenty, w których Gosia próbuje wytłumaczyć sobie otaczający świat i w jakiś sposób w nim zaistnieć, są dla mnie najmocniejszą stroną książki. To ociekający ironią,  mocny przekaz, zaskakujący celnością obserwacji i świeżym spojrzeniem na pewne zjawiska społeczne. 

Gdy zaczynam czytać, Gosia wydaje mi się nieprzyjemnie dziwaczna. Nie lubię Gosi.  Być może nawet trochę się jej boję, momentami sprawia wrażenie osoby niezrównoważonej psychicznie. W trakcie czytania mam o to pewne pretensje do autorki. Czuje że jest mi odebrane to przepiękne i inspirujące doznanie utożsamiania się z główną bohaterką. Być może Gosia zmęczyłaby mnie sobą do tego stopnia, że odłożyłabym tę książkę na bok. No ale po pierwsze obiecałam a po drugie byłam w trakcie kilkunastogodzinnego lotu i nie miałam żadnej alternatywy... Na szczęście książka rozwinęła się w bardzo interesujący sposób. Było nawet kilka takich momentów, które mnie bardzo mocno wciągnęły. Mój stosunek do Gosi na przestrzeni kilkudziesięciu stron uległ znacznej przemianie, ale nie będę za dużo zdradzać, żeby pozostawić Wam przyjemność własnych spostrzeżeń i obserwacji.


Początkowo irytował mnie też język książki. Oczywiście żadna ze mnie specjalistka jeśli chodzi o language, jednak czuję że coś jest nie tak z tym angielskim. Jest inny od tego, który znam, wydaje się trochę sztuczny, jakby wygenerowany. Tłumaczę to początkowo faktem, iż nie jest to pierwszy język autorki. Zmieniłam perspektywę na język po przeczytaniu wywiadu z autorką.  "Posługuję się tym językiem inaczej niż rodowici Brytyjczycy, ale właśnie dzięki kursowi przestałam myśleć o tym jako o słabości czy wadzie, a zaczęłam postrzegać to jako atut. Nigdy nie będę pisać tak jak rodowity Brytyjczyk, ale też żaden Brytyjczyk nie jest w stanie pisać tak jak ja." ("Odd Hours" Ani Bas podbija Wielką Brytanię. Polska debiutantka doceniona (wyborcza.pl))  Ta argumentacja mnie przekonała i zaczęłam w jakimś sensie kontemplować ten język, analizować go i wnikać w jego struktury, co ostatecznie również dostarczyło mi sporej radości.  

Podsumowując, "Odd hours" to nie jest najlepsza książka, jaką czytałam. I nie jest to książka, która mnie jakoś szczególnie zachwyciła. Natomiast zainteresowała mnie, i sprawiła mi sporą intelektualną przyjemność. Powyżej przytoczyłam najważniejsze, z mojej perspektywy, argumenty dlaczego warto sięgnąć po tę książkę. Być może przekonają i Was. 

O ile mój powierzchowny research mnie nie myli, nie ma jeszcze polskiego tłumaczenia. Ciekawe.

Razem z Kasią miałyśmy bardzo interesującą dyskusję na temat książki na naszym posiedzeniu Book Lovers. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii! No i zapraszam w imieniu Kasi do klubu! Oczywiście w Milanówku :)



piątek, 22 października 2021

Come back lub jego zapowiedź

Wracam po nieprzyzwoicie długiej przerwie. Tak długiej, że w zasadzie brak jest wiarygodnego wyjaśnienia dla mojego przedłużającego się milczenia. Z góry zastrzegam, że nie wiem, czy wracam na stałe, czy tylko daję znać, że żyję. Tak czy siak, wypada się chyba wytłumaczyć Wam z mojej długiej nieobecności, a zwłaszcza tym, którzy regularnie do mnie zaglądali w poszukiwaniu inspiracji czytelniczych. Otóż, NAPRAWDĘ nie miałam czasu. Wiem, każdy z nas żyje w chronicznym niedoczasie, taki mamy klimat. Jednocześnie, poprzednia edycja mojego bloga miała taki zakamuflowany przekaz, że ZAWSZE można znaleźć czas na czytanie - pisałam go jako pracująca matka dwójki dzieci, mająca wskutek swej doskonałej organizacji oprócz czytania czas na całą masę innych aktywności, w tym na zdjęcia z książką w tle. Sama dla siebie wydaję się teraz irytująca. W każdym razie, cóż, dopadło i mnie. Fakt, że przybyło mi jedno dziecko, nie pozostaje tutaj bez znaczenia. Przestałam mieć czas na czytanie a tym bardziej na pisanie o czytaniu. Pomiędzy tymi dwoma czynnościami zaczęła zachodzić alternatywa rozłączna. Albo-albo. 

Przyznaję zupełnie szczerze, przez cały okres mojej abstynencji blogerskiej, z rzadka udawało mi się cokolwiek przeczytać, i jest to porażka mojej wcześniejszej idei, że zawsze. Otóż jednak nie zawsze. W całym tym okresie więcej za to słuchałam. Dlaczego? Zmieniłam pracę, porzucając jednocześnie formułę walk to work której byłam propagatorką jeszcze zanim stała się modna na anachroniczny commuting. Wystarczające, by zaburzyć życie lub przynajmniej wywrócić je do góry nogami. Z czytania, przerzucić się na słuchanie. Kilka sensownych rzeczy udało mi się przesłuchać, być może przy okazji uda mi się coś Wam zarekomendować (nie, na razie zmiany nazwy bloga na Julita czyta i słucha nie rozważam). W każdym razie, udało mi się przemycić kolejną wymówkę dla ciszy w eterze, zmiana pracy. 

Przemknęła również przez moją głowę myśl dodania do mojego bloga podtytułu: Julita czyta w Milanówku. Niech Milanówek oprócz krówek, jedwabiu oraz truskawek zasłynie i z czytania! Oto bowiem nastąpiła u mnie kolejna epokowa zmiana, przeprowadziłam się z mojego ukochanego miasta Warszawy do nieco od niej oddalonego Milanówka. Mamy zatem kolejny powód niezręcznej ciszy po mojej stronie. Czy jestem zadowolona z przeprowadzki? Cóż, stosunki na linii ja - Milanówek na razie się ustalają. Najpierw się zakochałam, a potem rozczarowałam. Ale nie zamykam tematu, na pewno będę więcej pisać o naszych wzajemnych relacjach. 

W każdym razie, być może skoro już jako rodzina zamieniliśmy rozpędzoną Warszawę na uśpiony Milanówek i dokonaliśmy tego wielkiego kroku w kierunku slow life, nadchodzi nowe. W niewielkiej lokalnej księgarni udało mi się ostatnio zakupić kilka książek: "Zazdrość" Jo Nesbo, "Nieznaną terrorystkę" Richarda Flanagana, "Ślady" Jakuba Małeckiego, dla Lili książkę "Jadzia Pętelka idzie na spacer" Barbary Supeł, dla Poli "Pozytywkę Poli" Anieli Cholewińskiej-Szkoli, a dla Jeremiego "Mazurskich w podróży" Agnieszki Stelmaszyk. Equal distribution of goods, dla każdego coś miłego. Dla siebie książki autorów, których znam, co napawa mnie pewnym smutkiem gdyż oznacza, że zupełnie straciłam rozpoznanie na rynku nowości czytelniczych. W każdym razie, te książki będę czytać, i o nich pisać - z Milanówka. 


wtorek, 28 maja 2019

Zapowiedź czegoś naprawdę niezwykłego


Poczułam lekkie ukłucie w sercu, gdy mój znajomy Maciej Klimarczyk powiedział mi, że napisał książkę. Kurczę, innym jakoś się udaje, pomyślałam z odrobinką zazdrości. Chwilkę później zalała mnie fala entuzjazmu. Nie ma innego wyjścia, książka Maćka musi być arcydziełem!

Pozwólcie, że napiszę Wam kilka słów o Maćku. Otóż Maciek to Leonardo DaVinci, tyle że jest zabawny (with all due respect, Leonardo). Jest znakomitym lekarzem psychiatrą (co na początku naszej znajomości napełniało mnie pewną grozą), mówi biegle w kilku językach (w tym po włosku), śpiewa i gra na fortepianie – nawet nagrał kilka płyt. Jednostka zdecydowanie wybitna, a przy tym bardzo sympatyczna. Maciek, wybacz, jeżeli coś pominęłam, na naszym następnym spotkaniu muszę przestać tak dużo mówić.

Moje przeczucia nie zawiodły, książka okazała się rewelacyjna. Pierwsza scena mnie zmroziła. Na moment zamarłam w niemym przerażeniu, po czym w gorączkowym napięciu zaczęłam przewracać kartkę za kartką. Miałam w ręce ołówek, miałam dać konstruktywne uwagi, taki był plan. Niestety, książka okazała się na to zbyt dobra, a przede wszystkim zbyt wciągająca. Nie przeczytałam jej, ja ją pochłonęłam!

Tytuł książki to Opinia. Temat autorowi bardzo dobrze znany w związku z wykonywaną działalnością zawodową lekarza psychiatry. Tym razem opinia miała być niecodzienna, gdyż wydana w sprawie podejrzanej o morderstwo śpiewaczki operowej Elizy Kanteckiej. Trup w operze ścieli się gęsto, ale z drugiej strony czy eteryczna kobieta trudniącą się tak wyrafinowaną profesją, uduchowiona artystka, mogłaby dokonać makabrycznej zbrodni...? Wymyślić plan doskonały, a następnie metodycznie oraz z zimną krwią go zrealizować? Na te pytania musi znaleźć odpowiedź policja oraz prokuratura, przy udziale lekarzy psychiatrów.

W warstwie artystycznej książka jest prawdziwym majstersztykiem, począwszy od konstrukcji nawiązującej do opery, a skończywszy na warstwie językowej – jest napisana przepiękną polszczyzną – dokładnie taką, jaką autor znany mi osobiście posługuje się na codzień. No, może ciut ładniejszą. A najpiękniej Maciek pisze o Bydgoszczy, swoim ukochanym mieście. Na dodatek bardzo sugestywnie  - podczas mojej niedawnej pierwszej wizyty w tym mieście towarzyszyło mi uczucie permanentnego deja vu.

Według magazynu Książki, w Polsce w zeszłym roku na rynku pojawiło się 262 kryminałów. Nie sądzę, by którykolwiek z nich został napisany przez psychiatrę. A jeżeli już, to na pewno nie przez tak dobrego. Tak jak Dostojewski, autor zagląda w najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy, tyle że robi to od strony fachowej. Czytając Opinię, wejdziecie do gabinetu psychiatry, staniecie za zasłoną, i wstrzymując oddech usłyszycie rozmowę lekarza z pacjentem. Tylko bądźcie cicho, bo być może na kanapie siedzi bohater jakiegoś kryminału.

Choć właściwie leciutko się waham klasyfikując książkę Maćka jako kryminał. Przewija się przez nią kilka wątków, nieraz bardzo trudnych, niewygodnych i bolesnych. Chyba bardziej pasuje określenie thriller psychologiczny, jeżeli koniecznie potrzebujemy jakichś etykiet. Opinia wymyka się oczywistym kategoryzacjom, balansując z gracją na krawędzi gatunków, z uwzględnieniem półki „literatura piękna”.

Nie wiem, czy po lekturze Opinii polubicie bardziej operę, lub psychiatrię. Z pewnością dowiecie się więcej i o jednym,  i o drugim. Tylko ostrzegam, książki nie da się tak łatwo odłożyć, więc od razu zaplanujcie sobie jeden wolny wieczór.

Książka jest aktualnie w procesie wydawniczym. Dam Wam znać, jak tylko pojawi się w księgarniach, żebyście zdążyli ją nabyć zanim zostanie wyprzedany cały nakład.

Opinia, Maciej Klimarczyk. Brawo!





wtorek, 30 października 2018

O efekcie motyla. Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Ann Patchett,”Dziedzictwo”

Już po kilku stronach “Dziedzictwa” wiedziałam, że Ann Patchett dołączy do grona moich ulubionych pisarzy. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż to szacowne grono zaczęło się już robić lekko skostniałe, i coraz bardziej zarozumiałe.

Chyba każdy czasem się zastanawia, jaki wpływ na jego życie mają drobne, niepozorne wydarzenia. Historia opowiedziana w „Dziedzictwie” jest świetną ilustracją dla takich rozważań. Jak dużo stałoby się oraz nie stałoby się w życiu dziesięciu osób, dwóch rodzin, gdyby Bert Cousins, policjant oraz sfrustrowany ojciec czworga dzieci, nie poszedł na przyjęcie z okazji chrzcin córki swojego kolegi z pracy, Fixa…Ta jedna decyzja, nie do końca świadoma, w zasadzie przypadkowa, okazała się dla rodzin Berta oraz Fixa wybuchem supernowej.

Przechodząc do konkretów oraz w skrócie, „Dziedzictwo” jest historią amerykańskiej patchworkowej rodziny rozgrywającą się na przestrzeni 50 lat, co z jednej strony brzmi interesująco, ale tak naprawdę nie najlepiej i dość pospolicie. Ciekawiej – jest to opowieść o skrywanych w szafie demonach, o strasznej tajemnicy i kłamstwie, o zdradzie i porzuceniu, śmierci i cierpieniu. Historia niedopowiedzeń, ukrytych głęboko żali i pretensji. Narracja jest wieloosobowa, ta sama historia jest opisywana kilka razy (no worries, żadnej nudy, a jedynie możliwość spojrzenia na wydarzenia z szerszej perspektywy). Z pozoru bardzo zwyczajna, książka zaskakuje w szczególe, pomiędzy słowami ukryta jest jakaś magia, jakiś czar, nie pozwalający odłożyć Wam tej książki aż do ostatniej strony.

Och, jak ja lubię takie książki – subtelne, a jednocześnie bardzo mocne. Słodko-gorzkie, z niebanalną historią, ciekawymi bohaterami, pełne humoru. Gdybym miała do czegoś porównać „Dziedzictwo”, to pewnie do pierwszych książek Johna Irvinga. Tym samym nie muszę już pisać, jak bardzo mi się ta książka podobała. I nic mnie w niej nie drażniło, nic mi nie przeszkadzało, co biorąc pod uwagę mój trudny charakter należy uznać za rzecz absolutnie wyjątkową.

To nie jest książka z gatunku tych, o których się szybko zapomina. Przeczytałam ją wiosną, i ciągle jestem pod jej dużym wrażeniem. Moja rekomendacja ma również akredytację – „Dziedzictwo” znalazło się na szczycie bestsellerów "New York Timesa" i zostało okrzyknięta książką roku 2016. Polecam na wszelkie okoliczności życiowe, wszystkie pory roku oraz dowolne godziny w ciągu doby.

 Ogólna ocena: 5/6

środa, 22 listopada 2017

Akcja książka na Mikołajki: "Czasami kłamię" Alice Feeney

W drodze do pracy, mój wzrok przykuł billboard z reklamą książki Alice Feeney „Czasami kłamię”. Przeczytałam i zamarłam ze zgrozy. Oto co zobaczyłam o godzinie 9 rano na rogu ulic Twardej i Emilii Plater.

„Nazywam się Amber Reynolds. Powinniście wiedzieć o mnie trzy rzeczy:

1.       Jestem w śpiączce.
2.       Mój Mąż już mnie nie kocha.
3.       Czasami kłamię.”

W głowie momentalnie pojawiło mi się tysiąc pomysłów, o czym może być książka, jeden bardziej przerażający od drugiego. W drodze powrotnej z pracy w pełnym ekscytacji drżeniu kupiłam książkę w księgarni, i w domu czym prędzej zabrałam się do czytania, ignorując większość obowiązków domowych oraz rodzicielskich. Byłam przekonana, że po serii dość nieszczęśliwych wypadków czytelniczych będę mogła wreszcie z czystym sumieniem polecić Wam coś porządnego do czytania. A wiadomo, że czasami nic nie działa tak dobrze na znękaną psychikę jak dobry thriller. Trzymający w niepewności od początku do końca, który czyta się w niemym przerażeniu, i po przeczytaniu którego z trudem przychodzi zgaszenie światła w pokoju.

Cóż, nie zaczęło się od trzęsienia ziemi, raczej od lekkiego napięcia. To lekkie napięcie trwało nieprzerwanie aż do ostatniej strony, z niewielkimi odchyłami w jedną lub w drugą stronę. Fabuła jest faktycznie dość intrygująca. Amber jest w śpiączce, w którą zapadła po wypadku samochodowym. Już sama narracja prowadzona przez bohaterkę znajdującą się w śpiączce budzi w czytelniku niepokój. Pomimo stanu śpiączki Amber zachowuje bowiem pełną świadomość, przypomina sobie minione dni i tygodnie oraz próbuje odtworzyć okoliczności wypadku. Zamiast jednak wyjaśniać się, obraz wydarzeń staje się coraz mniej klarowny. Zwłaszcza że Amber CZASAMI KŁAMIE. Czy Amber jest tylko niewinną ofiarą wypadku? Jak wygląda jej relacja z mężem? Jaką rolę odgrywa w całej historii siostra Amber, Claire? Czy jej mąż i siostra mają romans? Jak doszło do wypadku, w wyniku którego Amber znalazła się w śpiączce? Historia Amber przedstawiona jest w trzech różnych okresach czasowych – w teraźniejszości, gdy Amber znajduje się w śpiączce, w okresie bezpośrednio przed wypadkiem oraz w okresie jej dzieciństwa. Wydarzenia rozgrywające się we wszystkich tych okresach przeplatają się ze sobą i łączą w całość (ale niezbyt spójną), pozwalając nam poznać i zrozumieć Amber, jej siostrę Clair, a także męża Paula. A przynajmniej mieć na to nadzieję, gdyż czytanie „Czasami kłamię”  jest jak podróż przez gabinet krzywych zwierciadeł – nic nie jest takie, jak się wydaje. Nie wiadomo, co jest prawdą a co kłamstwem. Alice Feeney prowadzi z czytelnikiem grę, przełamuje schematy i utarte wyobrażenia, każąc czytelnikowi odejść od stereotypowego myślenia. Przekracza granice, prowokuje. To akurat bardzo mi się w tej książce podobało.

Znacie mnie jednak na tyle dobrze by wiedzieć, że nie popadam łatwo w bezkrytyczny zachwyt. W przypadku „Czasami kłamię” byłam od tego daleka. W mojej ocenie książka jest stanowczo zbyt przekombinowana. Aż roi się w niej od różnego rodzaju wątków, sekretów i tajemnic sięgających daleko w przeszłość bohaterów. Wątki te są przedstawione powierzchownie, i być może powodują pewien wzrost napięcia związany z niepewnością co do faktycznego przebiegu wydarzeń tudzież motywacji głównych bohaterów, ale jednocześnie powodują ogromny zamęt w książce. Zemsta, przebaczenie, przyjaźń, toksyczne relacje, zazdrość, niepewność, zdrada, nerwica natręctw, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, dzieci, brak dzieci, nękanie, prześladowanie - jak wiele można zmieścić w jednej książce? Intryga zasadnicza trochę się przez to rozmywa. Kreacje bohaterów są w przewidywalny sposób niejednoznaczne (i, wyobraźcie sobie, w zasadzie żadnego z nich nie da się lubić). Odnoszę wrażenie, że Alice Feeney chciała napisać coś więcej niż kryminał, i nieco przedobrzyła. Czasami tak się dzieje, gdy chce się za bardzo.

Podsumowując, największe walory książki to jej zwiastun, dość zaskakująca fabuła i trzymająca w pewnym napięciu akcja. Warsztatowo książka jest dość mizerna. Książka ma doskonałą reklamę, z gatunku tych, jakie miała „Dziewczyna z pociągu” (tyle że nie można jej jeszcze wszędzie kupić). Być może jest lepsza niż „Dziewczyna…” – dla której jak pamiętacie nie miałam litości (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/czerwona-kartka-dla-dziewczyny-z.html) – ale niewiele lepsza. Napisana pod scenariusz na film, w średnim stylu, średnio przerażająca, średnio wciągająca. Nie pomogło jej nawet to, że kończyłam ją czytać w widocznych na zdjęciu pięknych okolicznościach przyrody, będąc w odwiedzinach u przyjaciół w Zawoi.

Wraz z postem tym rozpoczynam akcję „Książka na Mikołajki”, gdzie będę polecać Wam jaką książkę i komu kupić  z tej okazji. A więc „Czasami kłamię” Alice Feeney można kupić dojeżdżającym długo do szkoły/pracy, lub wyjeżdżającym do Tajlandii. Na pewno zaś nie kupujcie jej byłym chłopakom lub leżącym w szpitalu.

Ogólna ocena: 3/6

środa, 15 listopada 2017

Jakub Żulczyk, "Wzgórze psów"


Dziś kolejna odsłona współczesnej polskiej prozy. Niedawno skończyłam czytać „Wzgórze psów” Jakuba Żulczyka, uznawanego za jedną z jaśniejszych gwiazd na rodzimym firmanencie literackim. Mam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu tej książki. W myślach krąży mi natrętne pytanie, jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca…? A przynajmniej nie mnie. Nic, ale to naprawdę nic mnie w tej książce nie zachwyciło, za to bardzo wiele mi się w niej nie podobało. Za osobisty sukces poczytuję sobie to, że nie odłożyłam książki na bok, ale przeczytałam ją do końca (co biorąc pod uwagę jej grubość – ponad 800 stron – jest nie lada wyczynem; fakt, że „Wzgórze psów” było jedyną książką, jaką wzięłam ze sobą na wyjazd do Szkocji – oprócz przewodników po Szkocji rzecz jasna – nic tu nie zmienia).
 
Całość jest mocno depresyjna, a nastrój przygnębienia utrzymuje się jeszcze długi czas po zakończeniu lektury. To książka o polskiej beznadziei, o prowincjonalnej Polsce B lub C, która rzadko występuję jako bohater czegokolwiek. Zapomniana, zmarginalizowana, zdegenerowana. Spatologizowana, toksyczna, zła i brudna. Sfrustrowana, szara i zmęczona. Uosabiana przez małe miasteczko Zybork oraz jego mieszkańców. Żulczyk wie, o czym pisze. Nie owija w bawełnę, jego proza jest mocna, brutalna, dosadna. Jeżeli gdzieś istnieje jakiś Zybork, to Jakub Żulczyk być może powieli los swojego książkowego alter ego Mikołaja, i zostanie wyklęty przez miejscową społeczność. Sam o swojej książce oraz reakcjach na nią pisze tak: "Pierwsi czytelnicy "Wzgórza" są wyjątkowo obruszeni tym, że w powieści są wulgaryzmy, bohaterowie są niemili i spożywają alkohol, a ze świata przedstawionego wieje rzekomą patologią. No kochani. Czyje nazwisko jest na okładce, bo chyba nie Elizy Orzeszkowej. Ostrzegam z sympatii, żeby nikt nie czuł się nacięty. Moje książki może są i dobre, może są i złe, ja tam nie wiem, ale wiem jedno, nie są to pozycje z wysyłkowego Klubu Myszki Miki. Jestem autorem który ma nieśmiałe aspiracje zrobienia jakiegoś tam zdjęcia rzeczywistości, a rzeczywistość mam za miejsce brutalne i przesiąknięte smrodkiem egzystencjalnego bezsensu. "Ślepnąc od świateł" to nie była książka o romansie dwójki arystokratów nad malowniczą rzeką Brwiną. Świat we "Wzgórzu psów" to nie jest świat filmu "Planeta singli 3". (…)!". Dokładnie tak.
 
Dla mnie najmocniejszym elementem we „Wzgórzu psów” jest ponury portret zdegenerowanej polskiej prowincji. Hermetycznej, klaustrofobicznej, zakłamanej i złej, przesiąkniętej korupcją, układami, zamieszkiwanej przez nie rozumiejących nowych czasów zmęczonych i sfrustrowanych ludzi. Na pewno najmocniejszym elementem książki nie jest intryga kryminalna (dość banalna, niespójna, nieciekawa), ani sylwetki głównych bohaterów (płaskie i bez wyrazu). Nie wiem, skąd pomysł, by określić tę książkę mianem thrillera kryminalnego. Jeżeli „Wzgórze…” miałoby być thrillerem kryminalnym, to takim bez napięcia. Jedynie początek książki jest dość intrygujący, trochę w stylu Hitchcocka. Później akcja kompletnie się rozpada. Książka przypomina mi szkic, brudnopis. Ma wiele luk logicznych, wymagałaby skrócenia, i podkręcenia w pewnych (wielu) miejscach.  
 
Podsumowując, „Wzgórze psów” to książka dość słaba, niezbyt interesująca, straszliwie długa, momentami ocierająca się wręcz o grafomanię. Jak ostrzega sam autor, to nie jest literatura ku pokrzepieniu serc (co oczywiście nie stanowi żadnego zarzutu). Jeżeli zatem szukacie prozy lekkiej, łatwej lub choćby przyjemnej, nie sięgajcie po tę książkę. Szkoda, że to mój pierwszy kontakt z pisarzem, podobno inne jego książki są znacznie lepsze. O czym z pewnością będę się chciała sama przekonać.

Ogólna ocena: 2,5/6

piątek, 25 sierpnia 2017

"Listy do pałacu" Jorge Díaz


"Listy do pałacu" to „Hiszpański Remarque”, „Nowość" oraz „Nr 1 na listach bestsellerów w Hiszpanii” – dlatego wypożyczam książkę z biblioteki. Książka nie byłaby moim pierwszym wyborem, ale naprawdę się spieszyłam, i nie mogłam w bibliotece wyjść poza strefę półki z nowościami. Choć interesuję się historią, niespecjalnie lubię powieści historyczne, dlatego mam dużą rezerwę względem czekającej mnie lektury. Na szczęście czeka mnie przyjemne rozczarowanie.

Historia zaczyna się w Hiszpanii, w przededniu wybuchu I wojny światowej. Blanca Alcarez jest w trakcie ostatnich przygotowań do swojego zaaranżowanego małżeństwa z Carlosem de la Era (melodyjne imiona i nazwiska głównych bohaterów od razu wprowadzają mnie w przyjemnie relaksacyjny nastrój). W zasadzie wszystko jest już gotowe. Ślub Blanki ma być jednym z głównych wydarzeń sezonu. Staje się jednak nawet czymś więcej, gdyż Blanka przed ołtarzem mówi swojemu narzeczonemu "nie" - z powodów, które następnie szczegółowo wyjaśnia wszystkim zgromadzonym. Muzyka milknie, goście się rozchodzą, prezenty zostają odesłane. Pozostaje atmosfera wielkiego skandalu. Następnego dnia w Sarajewie Gawriło Princip dokonuje zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Wybucha I wojna światowa. Hiszpania roztropnie zachowuje neutralność. W pewnym momencie do Pałacu Królewskiego w Madrycie dociera list napisany przez francuską dziewczynkę Sylvie, poszukującej swojego zaginionego brata. Ten list staje się impulsem do powołania Urzędu ds. Ochrony Jeńców, w którego prace osobiście bardzo mocno angażuje się hiszpański król Alfons XIII.  Szacuje się, że w czasie swojego działania Urząd pomógł około 200 tysiącom jeńców wojennych. Jedną z głównych osób zaangażowanych w prace komitetu jest Blanca Alcarez.

Zacznę od dobrych rzeczy. W książce występują wszystkie składniki dobrej powieści. Wielka historia, wielka polityka, romans, wartka akcja i wyraziści bohaterowie, i to wszystko w miarę dobrze dobranych proporcjach. Powieść wciąga, momentami nie można jej odłożyć na bok.

Niestety, mogłabym również napisać o tej książce sporo złego:  że relacja z działań wojennych jest powierzchowna, bohaterowie są czarno-biali i nieco infantylni, a wątki raczej przewidywalne i schematyczne. Mogłabym, ale nie chcę, bo lektura tej książki w dość niespodziewany sposób przyniosła mi sporo relaksu i przyjemności. Moja taryfa ulgowa dla książki wynika być może z faktu, że przez cały czas trwania lektury miałam nieodparte wrażenie, że czytam bajkę. Bajkę dla dorosłych, ale wciąż bajkę.

Jeszcze jedna dłuższa dygresja. Nie wiem, czy na maturze nadal pisze się prace na określony temat. Gdyby tak było, i gdyby pojawiło się hasło „wybory życiowe”, „Listy do pałacu”  Jorge Díaza mogłyby stanowić doskonałą ilustrację dla tego tematu. Począwszy od Blanki, niemal każdy z bohaterów powieści staje przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji - dotyczącej najprzeróżniejszych sfer życia. Czasem, by przetrwać. Czasem, by żyć zgodnością. Czasem, by prostu dalej żyć normalnie. Wszyscy bohaterowie są w jakimś sensie zaangażowani w toczący się konflikt zbrojny. Wielu decyduje pomiędzy bielą a czernią. Wielu jednak decyduje pomiędzy różnymi odcieniami szarości. Dla mnie „Listy do Pałacu” to przede wszystkim książka o wyborach życiowych - nie dobrych lub złych, tyko naszych lub cudzych.  
Być może troszkę się zagalopowałam, to przez te gorące sierpniowe noce. Dla uniknięcia wątpliwości.  „Listy do Pałacu” to nie jest w żadnym razie traktat filozoficzny ani powieść egzystencjalna. Dopisek na okładce „Hiszpański Remarque” też jest mocno przesadzony – Jorge Diaz jest o kilka półek literackich niżej niż Erich  Remarque, a fakt, że Diaz też pisze o I wojnie światowej, nic tu nie zmienia ani nie pomaga. Chyba każdy może znaleźć w „Listach do Pałacu”  coś dla siebie. Niektórzy trochę historii, niektórzy trochę romansu, inni troszkę powieści przygodowej, jeszcze inni powieści obyczajowej. A wynieść każdy dla siebie może to, co chce. Na pewno trochę przyjemności.


Ogólna Ocena: 3,9/6

piątek, 4 sierpnia 2017

Mazurskie marzenie


Snuję opowieści o tym, co nie było a być mogło. O tym, co się prawie zdarzyło, lub zdarzyłoby się, gdyby. O tym, co być może. Układam równoległe scenariusze dla mojego życia pod warunkiem spełnienia lub niespełnienia się pewnych warunków. Obserwuję tę inną siebie żyjącą wymyślonym życiem i zastanawiam się, na ile to jestem prawdziwa ja. A jeżeli całkiem prawdziwa, na ile prawdziwa jestem ja tu i teraz, jako zespół składników materialnych i niematerialnych, suma wszystkich moich  wyborów, pochodna przypadków.
Okoliczności przyrody sprzyjają snuciu opowieści. Na początku sierpnia wreszcie nastało lato. Mazury. Spokój i cisza. Zapach lasu. Połyskująca w słońcu tafla jeziora. Wczoraj przypłynął jeden łabędź. Wszędzie piasek. Obok mnie książka, ”Kobieta na schodach" Bernharda Schlinka.
Kartki w książce są lekko zawilgocone, pomiędzy nimi chrzęści piasek. Na okładce jest obraz schodzącej po schodach kobiety, przypominający nieco obraz Gerharda Richtera „Ema. Akt na schodach”, lub „Akt schodzący po schodach” Marcela Duchampa. Lubię malarstwo i piękne obrazy, poza tym uwodzi mnie napis na okładce: "Znakomita powieść autora bestsellerowego Lektora", dlatego wypożyczyłam z biblioteki książkę.
Cóż, po zakończeniu lektury muszę stwierdzić, że „Kobieta na schodach” to być może faktycznie jest powieść autora bestsellerowego „Lektora”. Ale na pewno nie powieść znakomita, a raczej mocno przeciętna. Jedynym, co uratowało tę książkę w moich oczach, była pewna poetyka prozy Schlinka, w niezwykle sugestywny sposób zamieniająca słowo w obraz, która wprowadziła mnie w przyjemny stan nostalgii i rozmarzenia, opisany przeze mnie w pierwszym akapicie.
Moja całościowa ocena tej książki jest niestety dość jednoznacznie negatywna. Historia, którą opowiada książka, jest bardziej wydumana niż niebanalna. Lepiej się zapowiada, niż faktycznie rozwija. Otóż „uporządkowane życie niemieckiego prawnika odmienia się w mgnieniu oka, gdy w Muzeum w Sydney natyka się on na obraz od lat uznawany za zaginiony.” Brzmi dość intrygująco, prawda? W zasadzie można pokusić się o podsumowanie, że książka opowiada o dziwnych losach fikcyjnego obrazu "Kobieta na schodach", autorstwa Karla Schwinda. Obraz przedstawia Irenę, żonę Petera Gundlacha, która opuściła męża dla tegoż malarza. W tle przewija się nasz narrator, wiodący uporządkowane życie prawnik. No ale przecież nie będę Wam pisała, o czym jest książka. Gdybym chciała ładnie napisać o książce, napisałabym, że to książka o wyborach życiowych i życiu, którego nigdy nie było, a które odrodziło się w opowieści. Niestety, nie byłabym wtedy krytyczną oraz bezwzględną sobą. A zatem do rzeczy.
Wiem, czym miała być "Kobieta na schodach". Miała być traktatem filozoficznym na temat sensu życia i wyborów życiowych. Dość ambitne zadanie jak na książeczkę o rozmiarach 260-ciu stron, chyba zbyt ambitne.
A przecież książka spokojnie mogła pozostać romansem. Przyznam, że potencjalny miłosny czworokąt w konfiguracji piękna młoda żona-bogaty mąż-biedny malarz-wybitny prawnik rysował się dość intersująco (pomimo pewnej sztampowości w doborze postaci). Niestety historia miłosna rozgrywała się jedynie w tle, żadnych wybuchów namiętności, żadnych fajerwerków. Mogła też pozostać powieścią sensacyjną o losach zaginionego obrazu, też byłoby bardzo dobrze. I tu was rozczaruję, na kartach książki nie odnalazł się żaden "Portret młodzieńca". Żaden obraz też prawdziwie nie zaginął. Mogła też zostać kombinacją dwóch poprzednich wersji, byłoby jeszcze lepiej.
Zamiast tego pisarz zdecydował się za to na banalne moralizatorstwo w stylu Paolo Coelho (z którym oczywiście nie może się równać; lektura powieści "Weronika postanawia umrzeć" wywarła na mnie tak piorunujące wrażenie że musiałam przestać ją czytać po kilkunastu stronach, by na nowo przedefiniować sens swojej egzystencji). Nie wnikając w dalsze szczegóły, to filozofowanie nie wyszło Schlinkowi najlepiej. Nie chodzi o to, że bagatelizuję wartość pytań o to, czym jest miłość, jakimi wartościami kierować się w życiu, czy w jaki sposób żyć. Wręcz przeciwnie, uważam, że powinniśmy je sobie zadawać jak najczęściej (ok, wystarczy często). Uważam po prostu, że na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, a to zdaje się sugerować Bernhard Schlink w "Kobiecie na schodach". Na pewno książka ze względu na swoją poetykę oraz obrazowość ma duży potencjał filmowy, być może film nakręcony na jej podstawie będzie bardzo interesujący. Także poczekajcie może na ten film, a jeżeli chcecie się wprawić w refleksyjny nastrój, wybierzcie się raczej na Mazury, lub gdziekolwiek.

Te post dedykuję wszystkim uczestnikom obozu tenisowego klubu Varsovia, którzy pytali mnie, dlaczego nie piszę od marca, i czy w związku z tym w ogóle istnieję.

Bernhard Schlink, „Kobieta na schodach”, ogólna ocena: 2/6

 

 

 

 

 

 

piątek, 31 marca 2017

Idealna lektura na weekend, "Dzielnica występku" Mario Vargas Llosy

Zawsze mam lekkie wyrzuty sumienia, kiedy zamiast recenzji rekomendującej książkę, zniechęcam do przeczytania czegoś. Tylu ludzi mówi mi, że używa mojego bloga jako przewodnika po księgarni, że w związku z tysiącem pozycji dostępnych na rynku czytelniczym odczuwa wielką dezorientację i kieruje się moimi rekomendacjami przy zakupie książek, że czuję się w obowiązku polecać książki! Dlatego po (fakt, nie bardzo miażdżącej, ale jednak) recenzji "Słowika" Kristin Hannah, z wielka przyjemnością chciałabym bardzo polecić Wam najnowszą książkę Mario Vargas Llosy - "Dzielnicę występku". Zacznę z wysokiego C, uważam, że książka jest małym arcydziełem.

Zaczyna się bardzo interesująco, od opisu nagłego wybuchu namiętności pomiędzy dwiema przyjaciółkami. Wszystko jest opisane bardzo pięknie i bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo bezpretensjonalnie i naturalnie. Nagły wybuch namiętności nie jest jednorazowym wybrykiem, a raczej preludium, gdyż cała książka jest przesycona erotyzmem i zmysłowością. Obok wątków obyczajowych, w powieści bardzo szybko zaczynają się pojawiać wątki społeczne oraz polityczne. Pojawia się wielki skandal, w którym główną rolę odgrywają media, seks, oraz polityka. Cała intryga powieści jest bardzo misterna i bardzo wciągająca, ale pozostawiam Wam jej samodzielne odkrycie i śledzenie. Obawiam się, że nawet mała zajawka mogłaby Wam zdradzić ciut zbyt dużo. Skupię się zatem na dalszych zachwytach nad książką. 

Bardzo rzadko zdarza mi się zgadzać z opisem z tyłu okładki, ale tym razem po prostu nie mam innego wyjścia. Faktycznie jest tak, jak obiecują w opisie - "Mistrz literackiej prowokacji uwodzi czytelnika od pierwszej strony". Nie zgłaszam żadnych reklamacji w zakresie zgodności opisu z tyłu okładki z faktyczną treścią książki. Ci, którym podobała się "Pochwała macochy", "Zapiski don Rigoberta", czy "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", będą zachwyceni, ale i Ci, dla których Mario Vargas Llosa to przede wszystkim "Rozmowa w Katedrze", "Święto kozła" czy "Marzenie Celta", nie będą zawiedzeni. W "Dzielnicy występku" występują cudowne postaci, które noszą piękne imiona oraz przydomki, oraz mają zupełnie wyjątkowe a jednak wciąż wiarygodne historie życiowe (szczególnie na tym tle wyróżnia się postać o przydomku "Kurdupelka"). Wszystkie wątki zgrabnie się łączą; w książce nie ma nic zbędnego, nic niepotrzebnego, nic przesadzonego. Są tematy rozrywkowe, które stopniowo zaczynają się koncentrować wokół tematów ważnych, i istotnych. Jestem wojowniczką o wolność i demokrację, dlatego szczególnie poruszył mnie pojawiający się w powieści wątek wolności prasy. Wiele czytam na ten temat, ale chyba nikt nie napisał lepszego manifestu dotyczącego wolności prasy niż Mario Vargas Llosa w "Dzielnicy występku".

Mario Vargas Llosa ma dla mnie swoje lepsze i gorsze momenty. W "Dzielnicy występku" prezentuje swoją najwyższą formę, a zatem biegnijcie do księgarni! Książka jest idealna na weekend, niedługa, totalnie wciągająca, odrobinę przewrotna, oraz, ze względu na poruszane wątki, bardzo na czasie. Fantastyczna książka!

Ogólna ocena: 6/6

wtorek, 28 marca 2017

"Słowik" jako odradzana lektura na wiosnę

Co definiuje dobrego pisarza? Co sprawia, że od jednych książek nie możemy się oderwać, przewracając kolejne strony w napięciu, powodowani sprzecznym pragnieniem, by dowiedzieć się, jak zakończy się historia, i jednocześnie nie chcąc, by kończyła się kiedykolwiek? Dlaczego niektórych bohaterów zapamiętujemy na całe życie, przejmujemy się ich losem, podczas gdy los innych jest nam całkowicie obojętny? Jak ważna jest historia, którą opowiada książka? Jak ważne jest tło historyczne? Czy są tematy ważne i ważniejsze? 

Te i inne rozterki towarzyszyły mi podczas lektury powieści "Słowik" autorstwa Kirstin Hannah. Czytając tę książkę, nie mogłam się pozbyć natrętnego uczucia, że ktoś mnie z czegoś okrada. Z czego? Z możliwości przeżywania i wzruszania się. Miałam też niestety dotkliwe poczucie utraty czasu. W miarę rozwoju akcji nabierałam coraz większego przekonania, że ta książka nie wniesie kompletnie nic do mojego życia, ze jej lektura jest jedynie formą spędzania czasu i dostarczeniem sobie rozrywki intelektualnej na bardzo średnim poziomie. 

Akcja książki rozgrywa się w czasach drugiej wojny światowej, we Francji. Kontekst historyczny nadaje powieści dynamiki i decyduje o losach głównych bohaterów, którzy zostają wciągnięci w wir dramatycznych wydarzeń. Powieść koncentruje się na losach dwóch sióstr, które w czasie wojny przybierają dwie kompletnie odmienne postawy. Jedna chce po prostu (i aż, biorąc pod uwagę wyzwania i dylematy czasów wojny) przetrwać, a druga podejmuje czynną walkę z okupantem. Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem wyjściowym na świetną powieść. Jak się jednak okazuje, wszystko można zepsuć, przy wielkiej chęci napisania powieści oraz małym warsztacie pisarskim. Rys psychologiczny postaci jest w książce zerowy, jak gdyby pisarka pozostawiła czytelnikowi zbudowanie obrazu sióstr na podstawie ich czynów i zachowań. Rozumiem, że czyny znaczą więcej niż słowa, ale być może ta uniwersalna prawda nie sprawdza się tak doskonale w przypadku utworu literackiego zbudowanego z konstrukcji słownych jakim jest powieść. Nie oczekuję od każdego pisarza, żeby był Dostojewskim, ale jakieś elementarne zasady przyzwoitości lub warsztatu przy kreacji sylwetek bohaterów powinny jednak obowiązywać. Czytając "Słowika", miałam wrażenie, że czytam komiks. Komiks. Do tego stopnia uboga była forma narracyjna. Drugim skojarzeniem było czytanie rozbudowanego scenariusza do filmu. Podejrzewam, że jeżeli na podstawie "Słowika" powstanie film, będzie sto razy lepszy niż książka.

Książka podobno wygrała jakiś konkurs na powieść historyczna. Uważam, że nazywanie "Słowika" powieścią historyczną jest mocnym nadużyciem. Akcja owszem jest  osadzona w realiach II WŚ, ale postawy bohaterów, ich język oraz perspektywa są już całkowicie współczesne. Tak, jakby wrzucić mieszkańców Manhattanu do okupowanego Paryża. Jeżeli chodzi o warstwę merytoryczną i opis wydarzeń historycznych, są one niestety non existens. Przekaz historyczny koncentruje się głównie na brakach w zakresie dostaw żywności, co biorąc pod uwagę zaopatrzenie supermarketów dziś faktycznie może wydawać się dramatyczne. Oprócz braków w żywności, pisarka koncentruje się również na działaniu francuskiego oporu. To być może niezamierzenie komiczny element tej książki - członkowie tego ruchu posługują się dialogami żywcem wyjętymi z "Allo, allo". Być może ten serial był dla Kristin Hannah inspiracją przy pisaniu powieści. Ech, jednak pisanie negatywnych recenzji książek których akcja toczy się w czasach II WŚ sprawia, że czuje się jak człowiek bez serca... Tyle dramatycznych wydarzeń opisanych w książce, a ja pozostaję nie tylko obojętna, ale gorzej, krytyczna i złośliwa.

Cóż, myślę że powodem mojej rezerwy wobec książki jest właśnie wspomniana maksymalnie infantylna i powierzchowna narracja. Z żadnym z bohaterów nie można się utożsamić (co dla mnie osobiście jest zawsze pewną, choć nie nieprzekraczalną barierą w odbiorze książki). Wielkie dramaty i tragedie są spłycane i trywializowane. Ludzie umierają, giną na polu walki, w obozach koncentracyjnych, i to wszystko dzieje się nagle, ni stąd, ni zowąd, bez wstępu i bez zakończenia, jest jedynie kwitowane kilkoma patetycznymi zdaniami, i życie a w tym przypadku akcja powieści toczy się dalej.

Z powodów opisanych powyżej zmuszona jestem znów pozostawać z moją opinią w kontrze do mainstreamu. Książka zdobyła bardzo dużo nagród oraz znajdowała się tygodniami na liście bestsellerów. Znów również przepełnia mnie zazdrość, gdyż Kristin Hannah kiedyś była prawniczką, a teraz została pisarką, i mieszka z mężem i synem na Hawajach.  Pisze co prawda złe książki, ale na zdjęciu wygląda na szczęśliwą i zrelaksowaną. A tymczasem ja jutro znów muszę iść rano do pracy, gdzie na pewno nie będę pisała powieści, i cieszyć się, gdy mi się uda przeczytać cokolwiek, choćby złą powieść. 


Ogólna ocena: 3/6

czwartek, 29 grudnia 2016

Podsumowanie 2016 roku



Rok 2016 dobiega końca, nadchodzi czas wszelkich podsumowań. Spróbujmy zatem podsumować mój czytelniczy rok 2016. Przeczytałam łącznie 31 książek. Nie zbliżyłam się nawet do rekordowych 52 z roku 2015 roku, ale też nie ustanawiałam sobie żadnych targetów czytelniczych. W każdym razie, wzniosłam się ponad średnią krajową. Poza tym, biorąc pod uwagę skalę moich innych aktywności życiowych, 31 książek to i tak niezły wynik.

Największe wrażenie z przeczytanych książek zrobiło na mnie „Małe życie” Hanyi Yanagihary. To niesamowita, bardzo wzruszająca powieść o granicach człowieczeństwa. Bardzo mocna rzecz, trudno się otrząsnąć po jej przeczytaniu. Książka trudna do zdefiniowania, wymyka się wszelkim kategoryzacjom. Troszkę pisałam o niej tu:

Równie mocno przeżywałam „Klaśnięcie jednej dłoni”  Richarda Flanagana
oraz „Historię zaginionej dziewczynki” Eleny Ferrante. Z zapartym tchem czytałam „Historię pszczół” Mai Lunde:
 
Lektura tetralogii Eleny Ferrante, w skłąd której wchodzą „Genialna przyjaciółka”, „Historia ucieczki”, „Historia nowego nazwiska” i „Historia zaginionej dziewczynki” była chyba najprzyjemniejszym osobistym wydarzeniem czytelniczym. Urzekła mnie nostalgiczna narracja i przenikliwe obserwacje psychologiczne Eleny Ferrante. Do tego stopnia zżyłam się z bohaterkami wykreowanymi przez Elenę Ferrante, że zupełnie nie mogłam przeżyć katastrofy z „Historia zaginionej dziewczynki”. Prawie popsuło mi to wakacje na Sardynii (prawie, bo to jednak bardzo piękna wyspa…).
 
Najgorszą przeczytana książką ogłaszam „Dziewczynę z pociągu” Pauli Hawkins (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/czerwona-kartka-dla-dziewczyny-z.html). Nie dajcie sobie wmówić, że to jest dobra powieść. Już lepiej idźcie do kina. W kategorii „Najgorsza książka 2016” wyprzedza ją na gruncie polskim Marta Masada i jej groteskowe „Święto trąbek” (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/swieto-trabek-marty-masady-niestety-bez.html).
 
O kilku przeczytanych książkach z różnych powodów nie napisałam dotychczas nic:
 
Toni Morrison, „Skóra” - minimum treści, maksimum dramaturgii. Książeczka potwierdzająca tezę, że jednak warto czytać noblistów (Toni Morrison dostała Nagrodę Nobla w roku 1993). To książka o traumach z przeszłości, rasizmie, rozpaczliwym pragnieniu miłości i poszukiwaniu szczęścia. Bardzo ciekawe spojrzenie na problem głębokich ran z dzieciństwa i wpływu relacji rodzinnych na człowieka.
 
Elena Ferrante: „Historia ucieczki”, „Historia nowego nazwiska”, „Historia zaginionej dziewczynki”. Nie pisałam o tych książkach, gdyż jak dobrze wiecie w swoich recenzjach nie spojluje. Bardziej niż przedstawiać streszczenie fabuły, skupiam się na oddaniu klimatu książki i moich ogólnych wrażeniach po lekturze. Myślę, że moja recenzja „Genialnej przyjaciółki” (http://julitaczyta.blogspot.com/2016/06/genialna-genialna-przyjacioka.html) doskonale tłumaczy, dlaczego podobają mi się książki Eleny Ferrante.
 
Allan Carr, „Jak skutecznie rzucić palenie” - well….mnie i mojemu Mężowi się udało. Zdradzę Wam metodę Allana Carra: z nie palącego palacza musicie się przeistoczyć w niepalacza. Zamiast się wiecznie powstrzymywać, musicie przestać chcieć. Nic prostszego w sumie.
 
Mario Vargas Llosa, „Raj tuż za rogiem” – pisarz opisuje losy Paula Gaugaina oraz jego babki, Flory Tristan, anarchistki oraz rewolucjonistki. Być może jednak nie jest to najlepsza książka Mario Vargas Llosy, ale na pewno bardzo ciekawa.
 
Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś” – najpierw obejrzałam film, potem przeczytałam książkę, być może dlatego czytając książkę miałam wrażenie, że oglądam film po raz drugi. Ale to nic nie szkodzi, i tak mi się podobało. Czytałam na wakacjach.
 
Tove Alsterdal, „Kobiety na plaży” – doskonały, trzymający w napięciu kryminał, dodatkowo dotykający trudnych tematów współczesnego świata: imigracji i handlu ludźmi. Ze względu na tą tematykę, to nie jest łatwa lektura – choć czyta się bardzo szybko. Polecam.
 
Ferdynand Antoni Ossendowski „Przez kraj zwierząt, ludzi i bogów” – piękny prezent dla mnie i mojego Męża od naszych niezwykle miłych Gości. Książka należy do gatunku przygodowo – awanturniczych, traktuje o niesamowitych przygodach autora - podróżnika, szpiega, awanturnika, wojownika, uczonego, dyplomaty, poligloty, dziennikarza i wielkiego erudyty, drugiego po Henryku Sienkiewiczu najbardziej znanego polskiego pisarza na świecie (142 przekładów jego książek na języki obce…) „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” to zapis przeżyć, jakie były jego udziałem, gdy w czasie wojny domowej uciekał przed bolszewikami przez Syberię, Mongolię i Chiny. Warto przeczytać.
 
Rok 2016 nie był rokiem mojej wzmożonej aktywności blogerskiej, obiecuję poprawę w tym zakresie.
 
Cieszy mnie natomiast to, że „Julita czyta” pozostaje jednym z nielicznych kompletnie niezależnych blogów o książkach. Nie dostaję książek w prezencie od wydawnictw -  sama je sobie kupuję, pożyczam lub wypożyczam. Dzięki temu 1) nie muszę umieszczać w moich postach żenujących fragmentów w rodzaju: „za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu ABC”, oraz 2) pozostaję wolna w swoich wyborach oraz w swoich sądach i opiniach literackich. Taki stan rzeczy bardzo mi odpowiada. Współpracowałam jakiś czas temu z wydawnictwem książek dla dzieci – dostałam od nich kilka książek do zrecenzowania. Zakończyło ze mną współpracę po tym, jak opublikowałam recenzję odnośnie wydanej przez nie książki (przy czym uważam tę reakcję za zdecydowanie nadmierną, moja recenzja nie była krytyczna, po prostu nie była bardzo pochlebna….) W każdym razie, jeżeli nawet wydawnictwo książek dla dzieci nie chce ze mną współpracować, jestem chyba skazana na niezależność!
 
Mój blog spotyka się z bardzo pozytywnymi reakcjami. Wielu ludzi mówi mi, że zagląda tu by się zainspirować, co przeczytać, wielu rezygnuje z czytania po moim ostrzeżeniu. Taki właśnie cel mi przyświecał.
 
Z najlepszymi noworocznymi życzeniami realizacji wszystkich postanowień,
 
Julita

środa, 28 grudnia 2016

Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły


Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły...Brzmi kusząco, prawda? Chyba że tylko ja mam wrażenie, że kiedy mówię do moich dzieci, one włączają na mnie funkcję "mute", zmuszając mnie do powtarzania tysiąc razy tego samego. Znacie to? Zaczynacie mówić spokojnie, wiadomo, jednak w miarę przedłużającego się braku reakcji ze strony dziecka na polecenie przechodzicie we wściekłość i wrzask. I to straszne poczucie porażki że znów puściły wam nerwy. Że Wasze dzieci kompletnie Was ignorują, nie mają dla was za grosz szacunku, co przełoży się niechybnie na za grosz szacunku dla nauczycieli, szkoły oraz wszelkich innych instytucji łącznie z instytucją państwa, w związku z czym skończą jako bezrobotni, przestępcy lub co najmniej anarchiści. I na nic Wasz trud oraz wszystkie lekcje angielskiego.

Podobno książka „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły” autorstwa Adele Faber, Elaine Mazlish pomogła już milionom rodzin na całym świecie. Kupiłam ją skuszona wizjami moich dzieci w robotycznym półśnie wykonujących bez szemrania wszystkie polecenia. Ach, tak, marzę o władzy absolutnej. Niestety mam bardzo buntowniczą załogę na pokładzie. Ponieważ metody przymusu bezpośredniego nie wchodzą w grę, muszę być niczym Macchiavelli. Dlatego właśnie czytam takie książki jak będąca przedmiotem niniejszego posta.  Książka daje Wam konkretny know-how. Uczy skutecznych metod komunikacji z dzieckiem. Wskazuje na komunikaty i zachowania, które działają na dzieci, oraz na te, które dzieci kompletnie ignorują. Jest łatwo przyswajalna, operuje przykładem bardzo prostym do powtórzenia w tak zwanym codziennym życiu.  

Opiszę przykład metod komunikacji opisanych oraz zobrazowanych w książce. Sytuacja: nie zgaszone światło (ok, dla mnie taka sytuacja to jest tzw lajcik i wymaganie od moich maluchów żeby gasiły światło jest lata świetlne przede mną). Zwłaszcza że sama go nie gaszę. Ale taki przykład jest w książce, a więc wrócmy do naszej sytuacji nie zgaszonego światła. Krok pierwszy to opisanie tego, co się widzi lub przedstawienie problemu - zatem zamiast mówić "ile razy mam Ci powtarzać, zebyć gasił światło w łazience?!", mówimy "Zostawiłeś światło w łazience". Nastepny krok to udzielenie informacji: "Po wyjściu z łazienki gasi się światło" (zamiast np. "nie będziesz oglądał telewizji jak zaraz nie zgasisz tego światła!"). Krok trzeci: powiedz to JEDNYM SŁOWEM: "Zgaś światło" (zamiast: "zgaś natychmiast to światło ile razy muszę Ci to powtarzać czy w ogóle nie słuchasz co do Ciebie mówię?!"). Krok czwarty: porozmawiaj o swoich uczuciach: "Nie lubię, kiedy jest zapalone światło" (ale nie: "czy ty chcesz mnie wykończyć, już nie wytrzymam tego ciągłego powtarzania!!!!")  Krok piąty: napisz liścik, karteczkę, itp. W związku z tym, że Jeremi jeszcze nie umie czytać, w moim przypadku krokiem ostatecznym jest pytanie o zamiar: czy mam Ci napisać list? Oczywiście jest to krok piąty dopiero po przeczytaniu książki, wcześniej zatrzymywaliśmy się na gdzieś w okolicach czwartego kroku, a przynajmniej tak można uznać..... Na razie jeszcze nie dostałam odpowiedzi twierdzącej na to pytanie - sama zapowiedź otrzymania listu instrukcyjnego na szczęście powoduje u mojego malca wybuch śmiechu, luzuje napięcie i sprawia że wykonuje polecenie ;)     

Przetestowałam te magiczne formułki z książki. Jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, że one naprawdę działają.... Jest tylko jeden warunek sukcesu: trzeba je konsekwentnie stosować. Mnie wystarczyło gorliwości na tydzień, ale możecie się uczyć na moich błędach. Przypominam sobie o książce dopiero w momentach kryzysowych. Zazwyczaj muszę też dojść do kroku piątego żeby uzyskać zamierzony efekt. Ale nie ma krzyku. I w sumie to jest coraz lepiej. Skupiłam się na posłuszeństwie, które (a w zasadzie brak którego) jest moją obsesją, jednakowoż książka zawiera i inne pożyteczne fragmenty, o komunikacji z dziećmi in general. To znaczy, jak mówić do nich, żeby zwiększać ich pewność i wiarę w siebie, wiarę we własne możliwości i kreatywność (lektura tego fragmentu była dla mnie dużą przyjemnością bo okazało się że tak robię sama z siebie, bez żadnych suplementów literackich), jak uwolnić dzieci od grania ról, jak zachęcać do samodzielności, jak pomóc dzieciom radzić sobie z własnymi uczuciami. Równie ciekawe są fragmenty o tym, jak rozmawiać z dziećmi, by cieszyć się ich zaufaniem, żeby opowiadały o swoich problemach i lękach. Wielką zaletą książki jest formuła komiksowo-obrazkowa, jaką się posługuje. Zalecany sposób komunikacji z dziećmi jest zobrazowany sugestywnymi rysunkami. To pozwala łatwiej z jednej strony przyswoić a z drugiej strony powtórzyć zdobytą wiedzę.   Szczerze Wam polecam tę książkę. Nawet sceptycy nie wierzący w poradniki będą zaskoczeni efektami. Książka jest dla rodziców dzieci w każdym wieku.