środa, 2 grudnia 2015

Humory Hipolita Kabla

Wybrałam „Humory Hipolita Kabla” Roksany Jędrzejewskiej - Wróbel na wieczorną lekturę dla mojego syna z absolutną premedytacją. Było już późno, wieczór rozkładał przede mną szeroki wachlarz możliwości i sposobów spędzania wolnego czasu. Warunek był jeden: Jeremi musiał spać.

Ze złośliwą radością w sercu i przebiegłym uśmieszkiem obwieściłam mu, że na dobranoc będziemy czytać „Humory Hipolita Kabla”. Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską na widok stron uroczo zadrukowanych małą czcionką, widocznych na pierwszy rzut oka zdań podrzędnie złożonych oraz przebijających się tu i ówdzie (niczym przebiśniegi…nadchodziła wiosna w mym domu…!) słów których zrozumienie mogłoby sprawić trudność przeciętnemu gimnazjaliście (with all due respect). W starciu Jeremi vs Hipolit zdecydowanie stawiałam na Hipolita, typując nokaut w okolicach trzeciej strony.
Niestety przegrałam ten zakład. Z kretesem, bo w końcu przeczytaliśmy o wszystkich humorach Hipolita, przegrałam sromotnie, albowiem lektura książki (a zwłaszcza zawarte tam przekleństwo: „do jasnej parówki!”) podziałała na Jeremiego jak zastrzyk adrenaliny. Nie pytajcie co było dalej.
Hipolit to jamnik neurotyk i hipochondryk (to ostatnie słowo pada nawet w tekście). Zapytałam  Jeremiego czy wie, kto to jest hipochondryk mając już w głowie pełną satysfakcji odpowiedź. Niestety odpowiedział że owszem, wie, i że on jest hipochondrykiem. Jedną z najczęstszych rozrywek Hipolita jest użalanie się nad sobą tudzież uskarżanie się na cały świat. Jego najlepszy przyjaciel to kot Alojzy Kocioł, który w zamian za kaszankę i wątrobiankę jest gotów zdradzić Hipolitowi własne marzenie. Na marginesie, kota Alojzego Kotła niniejszym ogłaszam najlepiej nazwanym kotem wszechczasów. Jeremiemu zresztą  jak mi wyznał, kot Kocioł podobał się najbardziej. Bardzo mnie tym wzruszył, bo mnie też. Jemu dlatego, bo był taki wielki i mądry, i mnie w sumie też.
Przygody Hipolita faktycznie są urocze i bardzo zabawne, no i w każdej występuje kot Kocioł. Większość przygód wynika z humorów Hipolita, a że Hipolit ma naturę dość chwiejną, nie narzeka na brak rozrywek. Z każdej przygody wynika też jakiś pozytywny przekaz, więc i czytający ma przy okazji lektury możliwość dodania czegoś od siebie (ja zawsze korzystam z tej możliwości) – i rozwinięcia myśli, skonfrontowania jej z rzeczywistością, czy też bezwzględnego wykorzystania na własne potrzeby. Jest i motyw bożonarodzeniowy, więc na prezent nadaje się w sam raz.

A zatem w celach usypiania broń Boże nie używajcie, w każdych innych – jak najbardziej polecam. Jedyne zastrzeżenie: cztery lata to według mnie absolutne minimum na przeczytanie tej książki.

„Humory Hipolita Kabla”, Roksana Jędrzejewska – Wróbel, Wydawnictwo Adamada.

 

poniedziałek, 30 listopada 2015

O Mai, Findzie, zombie oraz cieście z kokosem, „Maja i jej świat. Ciekawość” Anny Obiols


Jeżeli chodzi o recenzje książek dla dzieci, moja rola jest podrzędna i poboczna, pierwszym recenzentem jest zawsze mój syn. Jego osądy są bezwzględne, kategoryczne oraz błyskawiczne. Tak też było w przypadku książki „Maja i jej świat. Ciekawość” autorstwa Anny Obiols. Natychmiast po zakończeniu czytania zakrzyknął z entuzjazmem: „Jeszcze raz!”. I wszystko jasne. To znaczy prawie, czytanie było czynnością wysokiego ryzyka, odbywało się rano, i groziło strasznymi konsekwencjami w postaci spóźnienia się do przedszkola, pracy, itp. Ale daliśmy radę.
„Maja i jej świat” to pięknie napisana opowieść o tym, jak do klasy Mai dołączyła nowa dziewczynka, Finda, pochodząca z Afryki. Finda wygląda inaczej, mówi w innym języku, ma inne obyczaje. Maja i Finda zaprzyjaźniają się. Wszystko związane z Findą jest dla Mai bardzo ciekawe. I budzi ogromną ciekawość. Słuchającego dziecka również.
Książka ma więc walory edukacyjne, ale nie nachalne, tylko subtelnie przemycone (Afryka jest zresztą super na rozbudzenie ciekawości), uczy tolerancji i otwartości na drugiego człowieka. Rozbudza ciekawość świata. I nie tylko. Przy drugim czytaniu, które było już interaktywne, z moimi licznymi komentarzami do tekstu (najwyraźniej potęgującymi ciekawość), Jeremi postanowił rozbudzić i moją ciekawość. Zeskoczył z łóżka, wykrzywił twarz i zakrzyknął „A wiesz mama, tak wygląda zombie!”.
Przygoda z Findą nie kończy się wraz z ostatnią linijką. Książka zawiera swoistą „to do list”, oczywiście inspirowaną Afryką i przygodami Mai. To m.in. samodzielne wykonanie a następnie zagranie w afrykańską grę awale, oraz zrobienie afrykańskiej maski. Zawsze miło dostać taką inspirację jeżeli chodzi o spędzanie wolnego czasu z dzieckiem, dla mnie nigdy ich za wiele. Nasza lista zadań do wykonania została spontanicznie rozszerzona o zrobienie ciasta czekoladowego z kokosem (ulubionym deserem Findy). Ciasto było autorskim pomysłem Jeremiego, widać oprócz ciekawości książka rozbudza również kreatywność.  
Jak się okazało, może zbyt pochopnie zgodziłam się na rozszerzenie listy o ciasto czekoladowe z kokosem, a już na pewno na uczynienie z tej pozycji numeru jeden na naszej liście. Wieczorem wyszliśmy z mężem do teatru (udało się….), a potem do restauracji na kolację. Było miło, było wino. O szóstej rano obudził mnie rozgorączkowany Jeremi: „Mamo, mamo, musimy zrobić ciasto czekoladowe z kokosem! To numer jeden na naszej liście…!”. Pomimo kilku chwil wahania stwierdziłam że zignorowanie tak pięknie ułożonego planu byłoby skrajnie niewychowawcze. Z lekka nieprzytomny Mąż poszedł zatem do sklepu po składniki na ciasto, po czym o siódmej trzydzieści zamienił się w  Robinsona Crusoe rozbijającego kokosy (za co niniejszym bardzo przepraszam wszystkich sąsiadów). A my z Jeremim zrobiliśmy ciasto. Wyszło obłędne.
Przed nami numer dwa i numer trzy z listy. I kolejna z książek z serii o Mai – ponieważ zgadzam się z moim synem: książka bardzo mi się podobała.
„Maja i jej świat. Ciekawość” Anna Obiols, Wydawnictwo Adamada

wtorek, 24 listopada 2015

Bezwględnie przeczytajcie "Ja nie jestem Miriam" Majgull Axelsson

Po serii porażek w rodzaju "Anglik na wsi", nastała wreszcie dobra passa i w ręce wpadają mi właściwie same dobre książki. Bez zbędnych wstępów oficjalnie przyznaje „Ja nie jestem Miriam” autorstwa Majgull Axelsson sześć na sześć punktów, zostawiając sobie czas na niezbędne w tym wypadku wyjaśnienia w dalszej części recenzji. BARDZO mi się ta książka podobała. Oczywiście, z wielu względów, bo tylko wielość względów gwarantuje moją tak pochlebną opinię, o którą jak wiecie nie jest łatwo (Zuza J., popraw mnie jeżeli się mylę, to trzecia książka na szóstkę którą przeczytałam w tym roku, trzecia z czterdziestu siedmiu!!!!). 

Wzgląd pierwszy to interesująca fabuła. A dokładniej, „Ja nie jestem Miriam” to piękna i wzruszająca opowieść o losach kobiety uwikłanej w historię, a zarazem unoszonej jej rwącym nurtem, w której przewijają się wątki związane z Holocaustem, tolerancją wobec Romów, oraz z sytuacją kobiet od zawsze, na całym świecie.

Już pierwsza scena książki jest niezwykle przejmująca. Oto świętująca swoje osiemdziesiąte piąte urodziny Miriam, matka, babcia, teściowa, wyznaje nagle swoim najbliższym: „Ja nie jestem Miriam….”. Rodzina jest skonsternowana i zaniepokojona – czy to początki demencji…?

Bez obaw, Miriam wszystko doskonale pamięta, pomimo iż to pamięć bolesna, o zdarzeniach, które nie powinny się wydarzyć, o ludziach, których nie powinno już nie być. Staruszka odkrywa swoje tajemnice przed wnuczką Camillą. Opowiada jej o swoim poprzednim życiu, w którym była Romką, Maliką. Z racji swojego pochodzenia uwięzioną w Auschwitz, a następnie w Ravensbruck, gdzie sama cudem, jak większość ocalałych, przeżyła. O zbawieniu, czyli o pierwszych latach w Szwecji, spędzonych pod przybraną tożsamością Miriam, o całym swoim życiu spędzonym pod tą przybraną tożsamością. 

Malika – Miriam nie zdradziła swojego prawdziwego pochodzenia nigdy, nikomu. Nie tylko ze względu na z uwagi na ostracyzm społeczny względem Romów, ale też z uwagi na kwestie natury formalnej - w Szwecji do 1954 r. obowiązywał zakaz imigracji Romów. Rozumiem, że taka książka jak "Ja nie jestem Miriam" może być dla Szwecji trudna. Majgull Axelsson opisuje ciemne strony szwedzkiej historii związane z traktowaniem Romów, co moim zdaniem, zważywszy na fakt że Szwecja stała się tolerancyjnym Edenem, jest jednak pozytywnym przesłaniem – skoro Szwecji udało się zwalczyć uprzedzenia, innym też może się udać. Yes we can.


Wzgląd drugi, styl. Wiadomo rzecz pierwszorzędna, Majgull Axelsson unika szczęśliwie pułapki patosu związanej z pisaniem o Holokauście, nie zastawia na czytelnika sieci tanich wzruszeń. 

Wzgląd trzeci, ostatni o którym napiszę, książka skłania do wielu refleksji. No naprawdę ;) Pomimo iż historia Miriam jest niezwykła, płynący z niej przekaz jest w wielu miejscach uniwersalny. Miriam, po koszmarnych przeżyciach w czasie wojny, jest wdzięczna za każdy szczegół codzienności, za całą normalność jakiej doznaje w życiu. Kocha każdą uciążliwość z nią związaną, na nic nie narzeka, nie uskarża się na żadne drobnostki. Przesłanie Miriam powinni chyba wziąć sobie do serca wszyscy narzekający na złe samopoczucie z powodu pogody. Dla mnie niezwykle wzruszające były te fragmenty książki w których Miriam z czułością wypowiadała się trudach codzienności. 

O czymś innym jeszcze myślałam czytając tę książkę. Miriam całe życie żyła w tajemnicy. Tak bliska, pozostawała dla swojej rodziny zagadką. W pewnym sensie każdy z nas jest taką zagadką, nawet na najbliższych. Popatrzcie inaczej na swoją Babcię. Nie tylko jak na Babcię, zajmującą się WAMI i piekącą DLA WAS szarlotkę, ale jak na człowieka ze swoją własną historią i tajemnicami. Zmieńcie perspektywę.

Mądra, piękna i wzruszająca książka. Przeczytajcie koniecznie. Ja biegnę do księgarni po kolejne książki Majgull Axelsson.


Ogólna ocena: 6/6.

Majgull Axelsson, „Ja nie jestem Miriam”, Wydawnictwo W.A.B.

I pamiątkowe zdjęcia.







środa, 28 października 2015

„Uległość”, Michel Houellebecq

Zazwyczaj wychodzę z księgarni z naręczem książek oddając się przyjemnym rozmyślaniom od czego zacznę czytanie. Przy okazji ostatnich zakupów czytelniczych nie miałam najmniejszych wątpliwości, że na pierwszy ogień (bez negatywnych konotacji proszę) pójdzie „Uległość” Michela Houellebecqa, pisarza, którego nazwisko każdy w Polsce wymawia inaczej.

Pamiętam doskonale gorące lato 2006, kiedy odkryłam Michela Houellebecqa. „Platformę” i „Cząstki elementarne” pochłonęłam, porażona trafnością spostrzeżeń, zachwycona bezkompromisowością w formułowaniu niewygodnych i kontrowersyjnych tez oraz odważnym językiem. Znalazłam swojego nowego boga. „Poszerzenie pola walki” oraz „Mapa i terytorium” nieco mnie rozczarowały, eksplorowały podobne rewiry tematyczne jak dwie poprzednie książki, ale jak dla mnie były pozbawione ich siły rażenia.
„Uległość” jest zasadniczo odmienna od wcześniejszych książek Houellebecqa. To dość przerażająca polityczna dystopia. Rzecz dzieje się w przyszłości, we Francji wybory wygrywa Bractwo Muzułmańskie. Zaczynają się dziać rzeczy straszne, niczym z koszmaru największego ksenofoba. Zmiany następują w dziedzinie edukacji (gdzie zwycięska partia zmienia nazwy uczelni, weryfikuje wykładowców pod względem wyznania, wprowadza obostrzenia dotyczące stroju dziewcząt) oraz w sferze życia codziennego, gdzie m.in. pogłębia się dyskryminacja kobiet. Jak zachowa się w tej sytuacji główny bohater, wiodący do tej pory dość spokojne życie wykładowcy uniwersyteckiego…? Typowy Francuz, reprezentant starego porządku, niby orientujący się w rzeczywistości, ale mimo wszystko lekko archaiczny (z doktoratem dotyczącym J. K. Huysmansa). Tytuł książki subtelnie sugeruje odpowiedź.

Książka jest totalnie drażliwa politycznie, i chyba tylko znany ze swej miłości do islamu (który nazwał najgłupszą religią świata) Houellebecq mógł ją napisać. Strasznym przypadkiem jej wydanie we Francji w zbiegło się w czasie z atakami na redakcję „Charlie Hebdo”. Wydaniu w Polsce towarzyszy narastający w Europie kryzys w sprawie uchodźców. To wszystko można odczytywać za znaki świadczące o tym, że profetyczne wizje Houellebecqa nie są takie niemożliwe do spełnienia a scenariusz zarysowany w „Uległości” to nie jest political fiction, ale najprawdopodobniej nieodległa przyszłość. Książka jest doskonałym orężem dla wszelkiej maści radykałów, narodowców, oraz przeciwników przyjmowania uchodźców (jeżeli czytają). Utwierdza w przekonaniu co do już istniejących uprzedzeń, daje zarzewie nowym.
Problemu a raczej kwestii rosnącej mniejszości muzułmańskiej w Europie nie da się nie zauważyć. Mój blog nie jest o polityce (to nie mieści się w zakresie podtytułu), dlatego sama powstrzymam się od wyrażenia poglądu w tej sprawie. Ideolo  „Uległości”  jest dla mnie jednak dość nachalne i wprost, czego nie lubię, bez względu na to, jaki mam pogląd polityczny w danej sprawie.  Książka wydała mi się bardzo powierzchowna. Żadnego efektu WOW. W zasadzie najciekawsze w niej były dla mnie fragmenty dotyczące twórczości J. K. Huysmansa, reszta raczej drażniąca

Ogólna ocena: 3,5/6

Michel Houellebecq, „Uległość”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2015

poniedziałek, 5 października 2015

"Światło, którego nie widać", Anthony Doerr, wreszcie kolejne 6/6!


„Światło, którego nie widać” Anthony’ego Doerra dostałam (od najlepszego z Mężów, notorycznie kupującego mi książki). I doskonale, że dostałam tę książkę, bo nie jestem pewna, czy sama bym ją kupiła. Z jednej strony staram się czytać nagrodzone książki, a „Światło, którego nie widać” zdobyło nagrodę Pulitzera 2015. Z drugiej strony, z tyłu książki jest opis z okładki...Dostałam, więc musiałam przeczytać. I doskonale, bo nieprzeczytanie tej książki byłoby straszną czytelniczą stratą.
Zaczęłam czytać z lekkim sceptycyzmem, dowiedziawszy się, że primo akcja książki rozgrywa się w czasach II wojny światowej, a secundo jej bohaterowie to niewidoma francuska dziewczynka Marie – Laure (tylko raz nazwana w druku Marie – Claire za co należą się brawa tłumaczowi Tomaszowi Wyżyńskiemu) oraz uzdolniony sierota z Niemiec, Werner Pfenning. Obawiałam się kolejnej tendencyjnej książki o czasach II wojny światowej, próbującej wyłudzić wzruszenie czytelnika za pomocą sprawdzonego zestawu narzędzi – kaleka i sierota wydawali się idealnie do tego nadawać. Oczywiście nie chodzi mi o to, że te wzruszenia są złe. Kocham wzruszenia i dość łatwo się wzruszam. Chodzi o pewną dozę taktu ze strony pisarza, szacunku do czytelnika, by nie podawać mu po raz tysięczny tego samego dania przyprawionego dokładnie w ten sam sposób.
Książka jest reklamowana jako książka o miłości, ale poszukiwacze wątków stricte romansowych mogą się czuć zawiedzeni i niech sobie lepiej kupią Greya. „Światło, którego nie widać” to traktat o przemijaniu, o utraconych szansach, o nieuchronności losu. O trwaniu, o szczęśliwych zbiegach okoliczności, o wielkiej sile tkwiącej w człowieku. Cała historia jest bardzo oryginalna, misternie skonstruowana przy tym, lekka i świeża, bardzo wciągająca. Pięknie napisana, mądra. Możliwych przymiotników o nacechowaniu negatywnym których można by użyć w stosunku do książki brak.
Męczyła mnie choroba, w zasadzie nie mogłam robić nic innego tylko czytać (cóż za wspaniała okoliczność….) Mój początkowy sceptycyzm zniknął zupełnie po pierwszych kilku stronach. Przeczytałam więc tę książkę w dwa dni, czytałam w zachwycie, nie mogąc przestać czytać. Gdyby nie czynniki poboczne w postaci jednego energicznego czterolatka oraz jednej ciekawskiej raczkującej rocznej dziewczynki, nie odłożyłabym książki w ogóle zanimbym jej nie przeczytała do końca. Tak mi się podobała.
Komisja, która wybierała zwycięzców, tłumacząc swój wybór, nazwała „Światło, którego nie widać”: pomysłową i skomplikowaną powieścią inspirowaną okropnościami II wojny światowej i napisaną w krótkich, eleganckich rozdziałach, które odkrywają ludzką naturę i kontrowersyjną moc technologii. Zgadzam się  z kapitułą nagrody Pulitzera, dodaje co napisałam powyżej i oceniam książkę na 6/6. Moja trzydziesta dziewiąta książka w 2014 roku i pierwsza szóstka.
Anthony Doerr, „Światło którego nie widać”, Wydawnictwo Czarna Owca.
 
 

wtorek, 28 lipca 2015

Big Brother po norwesku, czyli "Moja walka" cz. II Karla Ovego Knausgarda

Ostatnio czytam i piszę w dość ciężkich warunkach. Sezon wakacyjny w pełni, z nieba przeważnie leje się żar (z wyjątkiem tego jednego tygodnia lipca kiedy wyjechaliśmy na Mazury, i wtedy z nieba lał deszcz). Mój spokojny rytm czytelniczy zakłócają liczne poboczne wątki wyjazdowe, grillowe, plażowe, rowerowe itepe itede. A, i jeszcze wyprzedaże….. Na dodatek ZAMKNIĘTO PRZEDSZKOLE. Rozumiecie więc, nie jest łatwo.

„Moja walka”, cz. II Karla Ovego Knausgarda ma ok. 750 stron. Poważnie się zastanawiałam, czy umieszczać ją na mojej liście lektur obowiązkowych, czy nie ugrzęznę na tej książce i z realizacji 52challenge nici. Wakacje, słońce, wyjazdy i 750 stron współczesnej dość ambitnej prozy skandynawskiej nijak mi się  składały w jedną spójną i logiczną całość. Czytałam jednak część pierwszą, i pewnie dlatego „Moja walka” cz. II sama się na mojej liście czytelniczej umieściła. Potem wskoczyła mi do walizki i razem pojechałyśmy na Mazury, gdzie udało mi się ją przeczytać, co ze względu na okoliczności przyrody potraktowałam jako wielki osobisty sukces. Przyznaję, podczas czytania odczuwałam dużą radość oraz przyjemność. Mieszanych uczuć miałam niewiele, ale o tym później. Następstwem przeczytania było wiele refleksji przemyśleń, zrobione mi przez Małżonka okolicznościowe zdjęcie no i teraz ten post. 

„Moja walka” to monumentalny sześciotomowy autobiograficzny cykl Norwega Karla Ovego Knausgarda. Oraz ogólnoświatowy bestseller (choć Niemcy mieli pewne problemy z wydaniem w związku z nieco problematycznym dla nich tytułem). Cykl wzbudza w czytelnikach wielkie emocje przede wszystkim z powodu brutalnej szczerości pisarza która, jak głosił sprytny marketing szeptany, spowodowała odwrócenie się od niego rodziny oraz utratę przyjaciół. Podobno większość osób, które opisuje Knausgard, przestaje się do niego odzywać.

Faktycznie, Knausgard nie patyczkuje się, opisuje wszystko i wszystkich. Nie ma dla niego żadnych świętości ani tematów tabu. Jest Marcelem Proustem naszych czasów. Z aptekarską dokładnością opisuje każdy szczegół swojego życia codziennego. Czasami odnosiłam wrażenie, że te tak skrupulatnie opisywane codzienne czynności stanowiły swojego rodzaju kotwice dla pamięci pisarza, poprzez ich odtworzenie wracał do  określonych sytuacji osobistych i stanów emocjonalnych. Trochę zazdroszczę Karlowi Ove takiej pamięci.
Knausgard nie pisze jednak dla Ciebie, Czytelniku. On pisze dla siebie, pisanie jest jego terapią. Poprzez opisanie swoich emocji Knausgard próbuje je lepiej zrozumieć. Opisując świat przedstawiony chce poznać siebie. Dlatego pisze dużo o sprawach z gatunku istotnych, o podstawowych relacjach. W powodzi literatury postmodernistycznej oraz coraz bardziej wydumanych wątków taki powrót do korzeni jest balsamem dla znękanej poszukującej sensu duszy. Miłość, nienawiść, życie, śmierć, cierpienie, szczęście, relacje rodzinne to tematy którymi zajmuje się Knausgard. W cz. II dużo pisze o miłości, pięknie pisze o miłości, ale też bardzo szczerze o starciu miłości z codziennością. O godzeniu ról pisarza i ojca. Zestawienie drobiazgowego opisu prozaicznych czynności dnia codziennego z rozważaniami natury filozoficznej tworzy wybuchową i jedyną w swoim rodzaju mieszankę sacrum i profanum od której trudno się oderwać.  

Tradycyjnie musi być kilka gorzkich słów. Choć książkę zasadniczo dobrze się czyta, gdzieś podskórnie męczy mnie trochę formuła tego autobiograficznego megaciągu jakim jest cały cykl „Moja walka”. Knausgard zdaje się przyjmować, że całość ludzkiego życia jest sama w sobie tak ważna i interesująca, że nadaje się do opisania bez jakiejkolwiek obróbki. Nie do końca się z tym zgadzam. Knausgardowi się ta sztuczka udaje, ale staje się wyjątkiem potwierdzającym regułę. Pisze bardzo ciekawie, ma ciekawe spostrzeżenia, i tylko to broni przyjętą przez niego koncepcję opisywania codzienności w wersji totalnej. Oczywiście taka koncepcja jest kusząca i pewnie jej przyjęcie pogłębiłoby szerzące się już wszak zjawisko grafomanii w myśl zasady „Pisać każdy może” (również ja ;). To łatwe, coś we mnie krzyczy. Nie mogę i nie chcę zafascynować się metodą Norwega. I jest jeszcze jeden duży minus – brak poczucia humoru, prawie zupełny (pomimo iż jak sądze życie z trójką dzieci może takich wątków wiele dostarczać). No i pewien patos wkradający się w niektóre dialogi.

Wielki minus dla wszystkich piszących o książce za frazę że książka „stoi na półce co dziesiątego Norwega”. Nie wiem kto to pierwszy napisał, ale chyba powinien to zastrzec, bo widziałam to sformułowanie  powtórzone tysiąc razy, w każdym opisie książki, w każdej recenzji, w każdym artykule o Knausgardzie. Niebywałe.

Przełożyła Iwona Zimnicka więc czyta się super. Takie rzeczy po prostu trzeba czytać, więc musicie.

Ogólna ocena: 5/6

Karl Ove Knausgard, „Moja walka” t. II, „Wydawnictwo Literackie”.



 

 

piątek, 10 lipca 2015

Lena Dunham to nie taka dziewczyna


Mam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu „Nie takiej dziewczyny” Leny Dunham. Z jednej strony, przeczytałam tę książkę w niecałe dwa dni, a więc w zasadzie biorąc pod uwagę moją sytuację życiową pochłonęłam ją. Z drugiej strony, nie jestem pewna, czy mi się podobała, i nie jestem też do końca pewna, dlaczego.
„Nie taka dziewczyna” to zbiór bardzo osobistych esejów Leny o tym, jak głosi podtytuł, „czego nauczyło ją życie”. Ten podtytuł budzi mój lekki sceptycyzm, autorka ma dwadzieścia osiem lat…Obawiam się sentymentalnych i ogranych historii o potyczkach z losem singielki z wielkiego miasta, co było grane już po wielokroć.

Lena Dunham nazywana jest głosem pokolenia dwudziestokilkulatek. Ten głos z początku brzmi bardzo obiecująco, a mnie od razu przychodzi na myśl Sylwia Plath. "Mam 20 lat i nienawidzę siebie - nienawidzę swoich włosów, swojej twarzy, krągłości brzucha, tonu głosu i swoich wierszy. (….) Maskuję tę nienawiść warstewką agresywnej samoakceptacji.” W opisywaniu swoich doświadczeń związanych ze związkami, seksem, dietą, szkołą, rodzicami Lena jest brutalnie szczera, nie oszczędza czytelnikowi żadnych nawet najbardziej zawstydzających szczegółów ze swojego życia. Momentami zastanawiam się, czy to jeszcze szczerość, czy już ekshibicjonizm. Nie, nie jest taką dziewczyną jak myślałam, nie opisuje żadnych sentymentalnych historii.
Nie taką, ale jaką? Nie taką, jak sobie wyobrażamy. Wymykającą się wszelkim definicjom, nie dającą się łatwo zaszufladkować. Zawsze inną. Taką, która zawsze jest sobą. „Nie taka dziewczyna” ma być poradnikiem dla dziewcząt. Ambicją Leny jest by jej czytelniczki uniknęły błędów, które popełniła ona. To dość idealistyczne założenie, chyba każdy musi popełnić swoje błędy. Clue w książce Leny Dunham moim zdaniem leży gdzie indziej – by akceptować siebie, bez względu na swoje wady i niedoskonałości, powstawać po upadkach i iść do przodu.

W przypadku Leny ta filozofia zdecydowanie zdaje egzamin. W USA jest jedną z najbardziej cenionych artystek. Jest reżyserką, scenarzystką i aktorką bardzo popularnego serialu HBO „Dziewczyny”, mającą już na swym koncie osiem nominacji do nagród Emmy i dwa Złote Globy. Lena Dunham nie jest przy tym żadną szarą myszką. Jest sławna, pewna siebie, głośna, mówi otwarcie o seksie, prawach do decydowania o własnym ciele i za nic nie przeprasza. Choć jej wygląd zewnętrznych odbiega od obecnie obowiązujących w świecie celebrities standardów, ona zdaje się nic sobie z tego nie robić, wręcz afiszuje się ze swoim ciałem. Jest z Nowego Jorku, neurotyzmem dorównuje bohaterkom filmów Woody Allena, podobnie jak one jest niestabilna emocjonalnie. Jednocześnie te "wady" przekuwa w sukces, historie z jej życia stanowią dla niej główne źródło inspiracji twórczej.

Zarzuca się jej, że jej problemy nie mają wiele  wspólnego z problemami tzw. normalnych kobiet. Częściowo się z tym zgadzam, ale nie uważam tego za żaden zarzut. Lena Dunham to po prostu nie jest prorokini szarych myszek. I jej książka nie jest do końca uniwersalna. Być może również z powodu różnic kulturowych. Dorastanie w opisywanych przez autorkę warunkach nowojorskich z perspektywy wielu dziewcząt może przypominać dorastanie na innej planecie. Dla wielu rzeczywistość opisywana przez Lenę może wydać się obca, stąd jej narracja niezrozumiała. Wydaje mi się jednak, że jej najważniejsze przesłanie zachowuje ważność w każdej szerokości geograficznej.

Niektóre eseje w książce są bardziej interesujące, inne mniej, jedne lepiej napisane, inne gorzej – książka jest nierówna. Ale niewątpliwie jest to ważna książka, warta przeczytania. Tak jak wspominałam na początku, mnie do końca nie urzekła. Z chęcią jednak obejrzę serial „Dziewczyny”, który podobno jest fantastyczny, a ja nie oglądałam jeszcze nawet pół odcinka.
Ogólna ocena:  3/6

Lena Dunham, „Nie taka dziewczyna”,  Wydawnictwo Czarne.