środa, 28 października 2015

„Uległość”, Michel Houellebecq

Zazwyczaj wychodzę z księgarni z naręczem książek oddając się przyjemnym rozmyślaniom od czego zacznę czytanie. Przy okazji ostatnich zakupów czytelniczych nie miałam najmniejszych wątpliwości, że na pierwszy ogień (bez negatywnych konotacji proszę) pójdzie „Uległość” Michela Houellebecqa, pisarza, którego nazwisko każdy w Polsce wymawia inaczej.

Pamiętam doskonale gorące lato 2006, kiedy odkryłam Michela Houellebecqa. „Platformę” i „Cząstki elementarne” pochłonęłam, porażona trafnością spostrzeżeń, zachwycona bezkompromisowością w formułowaniu niewygodnych i kontrowersyjnych tez oraz odważnym językiem. Znalazłam swojego nowego boga. „Poszerzenie pola walki” oraz „Mapa i terytorium” nieco mnie rozczarowały, eksplorowały podobne rewiry tematyczne jak dwie poprzednie książki, ale jak dla mnie były pozbawione ich siły rażenia.
„Uległość” jest zasadniczo odmienna od wcześniejszych książek Houellebecqa. To dość przerażająca polityczna dystopia. Rzecz dzieje się w przyszłości, we Francji wybory wygrywa Bractwo Muzułmańskie. Zaczynają się dziać rzeczy straszne, niczym z koszmaru największego ksenofoba. Zmiany następują w dziedzinie edukacji (gdzie zwycięska partia zmienia nazwy uczelni, weryfikuje wykładowców pod względem wyznania, wprowadza obostrzenia dotyczące stroju dziewcząt) oraz w sferze życia codziennego, gdzie m.in. pogłębia się dyskryminacja kobiet. Jak zachowa się w tej sytuacji główny bohater, wiodący do tej pory dość spokojne życie wykładowcy uniwersyteckiego…? Typowy Francuz, reprezentant starego porządku, niby orientujący się w rzeczywistości, ale mimo wszystko lekko archaiczny (z doktoratem dotyczącym J. K. Huysmansa). Tytuł książki subtelnie sugeruje odpowiedź.

Książka jest totalnie drażliwa politycznie, i chyba tylko znany ze swej miłości do islamu (który nazwał najgłupszą religią świata) Houellebecq mógł ją napisać. Strasznym przypadkiem jej wydanie we Francji w zbiegło się w czasie z atakami na redakcję „Charlie Hebdo”. Wydaniu w Polsce towarzyszy narastający w Europie kryzys w sprawie uchodźców. To wszystko można odczytywać za znaki świadczące o tym, że profetyczne wizje Houellebecqa nie są takie niemożliwe do spełnienia a scenariusz zarysowany w „Uległości” to nie jest political fiction, ale najprawdopodobniej nieodległa przyszłość. Książka jest doskonałym orężem dla wszelkiej maści radykałów, narodowców, oraz przeciwników przyjmowania uchodźców (jeżeli czytają). Utwierdza w przekonaniu co do już istniejących uprzedzeń, daje zarzewie nowym.
Problemu a raczej kwestii rosnącej mniejszości muzułmańskiej w Europie nie da się nie zauważyć. Mój blog nie jest o polityce (to nie mieści się w zakresie podtytułu), dlatego sama powstrzymam się od wyrażenia poglądu w tej sprawie. Ideolo  „Uległości”  jest dla mnie jednak dość nachalne i wprost, czego nie lubię, bez względu na to, jaki mam pogląd polityczny w danej sprawie.  Książka wydała mi się bardzo powierzchowna. Żadnego efektu WOW. W zasadzie najciekawsze w niej były dla mnie fragmenty dotyczące twórczości J. K. Huysmansa, reszta raczej drażniąca

Ogólna ocena: 3,5/6

Michel Houellebecq, „Uległość”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2015

poniedziałek, 5 października 2015

"Światło, którego nie widać", Anthony Doerr, wreszcie kolejne 6/6!


„Światło, którego nie widać” Anthony’ego Doerra dostałam (od najlepszego z Mężów, notorycznie kupującego mi książki). I doskonale, że dostałam tę książkę, bo nie jestem pewna, czy sama bym ją kupiła. Z jednej strony staram się czytać nagrodzone książki, a „Światło, którego nie widać” zdobyło nagrodę Pulitzera 2015. Z drugiej strony, z tyłu książki jest opis z okładki...Dostałam, więc musiałam przeczytać. I doskonale, bo nieprzeczytanie tej książki byłoby straszną czytelniczą stratą.
Zaczęłam czytać z lekkim sceptycyzmem, dowiedziawszy się, że primo akcja książki rozgrywa się w czasach II wojny światowej, a secundo jej bohaterowie to niewidoma francuska dziewczynka Marie – Laure (tylko raz nazwana w druku Marie – Claire za co należą się brawa tłumaczowi Tomaszowi Wyżyńskiemu) oraz uzdolniony sierota z Niemiec, Werner Pfenning. Obawiałam się kolejnej tendencyjnej książki o czasach II wojny światowej, próbującej wyłudzić wzruszenie czytelnika za pomocą sprawdzonego zestawu narzędzi – kaleka i sierota wydawali się idealnie do tego nadawać. Oczywiście nie chodzi mi o to, że te wzruszenia są złe. Kocham wzruszenia i dość łatwo się wzruszam. Chodzi o pewną dozę taktu ze strony pisarza, szacunku do czytelnika, by nie podawać mu po raz tysięczny tego samego dania przyprawionego dokładnie w ten sam sposób.
Książka jest reklamowana jako książka o miłości, ale poszukiwacze wątków stricte romansowych mogą się czuć zawiedzeni i niech sobie lepiej kupią Greya. „Światło, którego nie widać” to traktat o przemijaniu, o utraconych szansach, o nieuchronności losu. O trwaniu, o szczęśliwych zbiegach okoliczności, o wielkiej sile tkwiącej w człowieku. Cała historia jest bardzo oryginalna, misternie skonstruowana przy tym, lekka i świeża, bardzo wciągająca. Pięknie napisana, mądra. Możliwych przymiotników o nacechowaniu negatywnym których można by użyć w stosunku do książki brak.
Męczyła mnie choroba, w zasadzie nie mogłam robić nic innego tylko czytać (cóż za wspaniała okoliczność….) Mój początkowy sceptycyzm zniknął zupełnie po pierwszych kilku stronach. Przeczytałam więc tę książkę w dwa dni, czytałam w zachwycie, nie mogąc przestać czytać. Gdyby nie czynniki poboczne w postaci jednego energicznego czterolatka oraz jednej ciekawskiej raczkującej rocznej dziewczynki, nie odłożyłabym książki w ogóle zanimbym jej nie przeczytała do końca. Tak mi się podobała.
Komisja, która wybierała zwycięzców, tłumacząc swój wybór, nazwała „Światło, którego nie widać”: pomysłową i skomplikowaną powieścią inspirowaną okropnościami II wojny światowej i napisaną w krótkich, eleganckich rozdziałach, które odkrywają ludzką naturę i kontrowersyjną moc technologii. Zgadzam się  z kapitułą nagrody Pulitzera, dodaje co napisałam powyżej i oceniam książkę na 6/6. Moja trzydziesta dziewiąta książka w 2014 roku i pierwsza szóstka.
Anthony Doerr, „Światło którego nie widać”, Wydawnictwo Czarna Owca.
 
 

wtorek, 28 lipca 2015

Big Brother po norwesku, czyli "Moja walka" cz. II Karla Ovego Knausgarda

Ostatnio czytam i piszę w dość ciężkich warunkach. Sezon wakacyjny w pełni, z nieba przeważnie leje się żar (z wyjątkiem tego jednego tygodnia lipca kiedy wyjechaliśmy na Mazury, i wtedy z nieba lał deszcz). Mój spokojny rytm czytelniczy zakłócają liczne poboczne wątki wyjazdowe, grillowe, plażowe, rowerowe itepe itede. A, i jeszcze wyprzedaże….. Na dodatek ZAMKNIĘTO PRZEDSZKOLE. Rozumiecie więc, nie jest łatwo.

„Moja walka”, cz. II Karla Ovego Knausgarda ma ok. 750 stron. Poważnie się zastanawiałam, czy umieszczać ją na mojej liście lektur obowiązkowych, czy nie ugrzęznę na tej książce i z realizacji 52challenge nici. Wakacje, słońce, wyjazdy i 750 stron współczesnej dość ambitnej prozy skandynawskiej nijak mi się  składały w jedną spójną i logiczną całość. Czytałam jednak część pierwszą, i pewnie dlatego „Moja walka” cz. II sama się na mojej liście czytelniczej umieściła. Potem wskoczyła mi do walizki i razem pojechałyśmy na Mazury, gdzie udało mi się ją przeczytać, co ze względu na okoliczności przyrody potraktowałam jako wielki osobisty sukces. Przyznaję, podczas czytania odczuwałam dużą radość oraz przyjemność. Mieszanych uczuć miałam niewiele, ale o tym później. Następstwem przeczytania było wiele refleksji przemyśleń, zrobione mi przez Małżonka okolicznościowe zdjęcie no i teraz ten post. 

„Moja walka” to monumentalny sześciotomowy autobiograficzny cykl Norwega Karla Ovego Knausgarda. Oraz ogólnoświatowy bestseller (choć Niemcy mieli pewne problemy z wydaniem w związku z nieco problematycznym dla nich tytułem). Cykl wzbudza w czytelnikach wielkie emocje przede wszystkim z powodu brutalnej szczerości pisarza która, jak głosił sprytny marketing szeptany, spowodowała odwrócenie się od niego rodziny oraz utratę przyjaciół. Podobno większość osób, które opisuje Knausgard, przestaje się do niego odzywać.

Faktycznie, Knausgard nie patyczkuje się, opisuje wszystko i wszystkich. Nie ma dla niego żadnych świętości ani tematów tabu. Jest Marcelem Proustem naszych czasów. Z aptekarską dokładnością opisuje każdy szczegół swojego życia codziennego. Czasami odnosiłam wrażenie, że te tak skrupulatnie opisywane codzienne czynności stanowiły swojego rodzaju kotwice dla pamięci pisarza, poprzez ich odtworzenie wracał do  określonych sytuacji osobistych i stanów emocjonalnych. Trochę zazdroszczę Karlowi Ove takiej pamięci.
Knausgard nie pisze jednak dla Ciebie, Czytelniku. On pisze dla siebie, pisanie jest jego terapią. Poprzez opisanie swoich emocji Knausgard próbuje je lepiej zrozumieć. Opisując świat przedstawiony chce poznać siebie. Dlatego pisze dużo o sprawach z gatunku istotnych, o podstawowych relacjach. W powodzi literatury postmodernistycznej oraz coraz bardziej wydumanych wątków taki powrót do korzeni jest balsamem dla znękanej poszukującej sensu duszy. Miłość, nienawiść, życie, śmierć, cierpienie, szczęście, relacje rodzinne to tematy którymi zajmuje się Knausgard. W cz. II dużo pisze o miłości, pięknie pisze o miłości, ale też bardzo szczerze o starciu miłości z codziennością. O godzeniu ról pisarza i ojca. Zestawienie drobiazgowego opisu prozaicznych czynności dnia codziennego z rozważaniami natury filozoficznej tworzy wybuchową i jedyną w swoim rodzaju mieszankę sacrum i profanum od której trudno się oderwać.  

Tradycyjnie musi być kilka gorzkich słów. Choć książkę zasadniczo dobrze się czyta, gdzieś podskórnie męczy mnie trochę formuła tego autobiograficznego megaciągu jakim jest cały cykl „Moja walka”. Knausgard zdaje się przyjmować, że całość ludzkiego życia jest sama w sobie tak ważna i interesująca, że nadaje się do opisania bez jakiejkolwiek obróbki. Nie do końca się z tym zgadzam. Knausgardowi się ta sztuczka udaje, ale staje się wyjątkiem potwierdzającym regułę. Pisze bardzo ciekawie, ma ciekawe spostrzeżenia, i tylko to broni przyjętą przez niego koncepcję opisywania codzienności w wersji totalnej. Oczywiście taka koncepcja jest kusząca i pewnie jej przyjęcie pogłębiłoby szerzące się już wszak zjawisko grafomanii w myśl zasady „Pisać każdy może” (również ja ;). To łatwe, coś we mnie krzyczy. Nie mogę i nie chcę zafascynować się metodą Norwega. I jest jeszcze jeden duży minus – brak poczucia humoru, prawie zupełny (pomimo iż jak sądze życie z trójką dzieci może takich wątków wiele dostarczać). No i pewien patos wkradający się w niektóre dialogi.

Wielki minus dla wszystkich piszących o książce za frazę że książka „stoi na półce co dziesiątego Norwega”. Nie wiem kto to pierwszy napisał, ale chyba powinien to zastrzec, bo widziałam to sformułowanie  powtórzone tysiąc razy, w każdym opisie książki, w każdej recenzji, w każdym artykule o Knausgardzie. Niebywałe.

Przełożyła Iwona Zimnicka więc czyta się super. Takie rzeczy po prostu trzeba czytać, więc musicie.

Ogólna ocena: 5/6

Karl Ove Knausgard, „Moja walka” t. II, „Wydawnictwo Literackie”.



 

 

piątek, 10 lipca 2015

Lena Dunham to nie taka dziewczyna


Mam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu „Nie takiej dziewczyny” Leny Dunham. Z jednej strony, przeczytałam tę książkę w niecałe dwa dni, a więc w zasadzie biorąc pod uwagę moją sytuację życiową pochłonęłam ją. Z drugiej strony, nie jestem pewna, czy mi się podobała, i nie jestem też do końca pewna, dlaczego.
„Nie taka dziewczyna” to zbiór bardzo osobistych esejów Leny o tym, jak głosi podtytuł, „czego nauczyło ją życie”. Ten podtytuł budzi mój lekki sceptycyzm, autorka ma dwadzieścia osiem lat…Obawiam się sentymentalnych i ogranych historii o potyczkach z losem singielki z wielkiego miasta, co było grane już po wielokroć.

Lena Dunham nazywana jest głosem pokolenia dwudziestokilkulatek. Ten głos z początku brzmi bardzo obiecująco, a mnie od razu przychodzi na myśl Sylwia Plath. "Mam 20 lat i nienawidzę siebie - nienawidzę swoich włosów, swojej twarzy, krągłości brzucha, tonu głosu i swoich wierszy. (….) Maskuję tę nienawiść warstewką agresywnej samoakceptacji.” W opisywaniu swoich doświadczeń związanych ze związkami, seksem, dietą, szkołą, rodzicami Lena jest brutalnie szczera, nie oszczędza czytelnikowi żadnych nawet najbardziej zawstydzających szczegółów ze swojego życia. Momentami zastanawiam się, czy to jeszcze szczerość, czy już ekshibicjonizm. Nie, nie jest taką dziewczyną jak myślałam, nie opisuje żadnych sentymentalnych historii.
Nie taką, ale jaką? Nie taką, jak sobie wyobrażamy. Wymykającą się wszelkim definicjom, nie dającą się łatwo zaszufladkować. Zawsze inną. Taką, która zawsze jest sobą. „Nie taka dziewczyna” ma być poradnikiem dla dziewcząt. Ambicją Leny jest by jej czytelniczki uniknęły błędów, które popełniła ona. To dość idealistyczne założenie, chyba każdy musi popełnić swoje błędy. Clue w książce Leny Dunham moim zdaniem leży gdzie indziej – by akceptować siebie, bez względu na swoje wady i niedoskonałości, powstawać po upadkach i iść do przodu.

W przypadku Leny ta filozofia zdecydowanie zdaje egzamin. W USA jest jedną z najbardziej cenionych artystek. Jest reżyserką, scenarzystką i aktorką bardzo popularnego serialu HBO „Dziewczyny”, mającą już na swym koncie osiem nominacji do nagród Emmy i dwa Złote Globy. Lena Dunham nie jest przy tym żadną szarą myszką. Jest sławna, pewna siebie, głośna, mówi otwarcie o seksie, prawach do decydowania o własnym ciele i za nic nie przeprasza. Choć jej wygląd zewnętrznych odbiega od obecnie obowiązujących w świecie celebrities standardów, ona zdaje się nic sobie z tego nie robić, wręcz afiszuje się ze swoim ciałem. Jest z Nowego Jorku, neurotyzmem dorównuje bohaterkom filmów Woody Allena, podobnie jak one jest niestabilna emocjonalnie. Jednocześnie te "wady" przekuwa w sukces, historie z jej życia stanowią dla niej główne źródło inspiracji twórczej.

Zarzuca się jej, że jej problemy nie mają wiele  wspólnego z problemami tzw. normalnych kobiet. Częściowo się z tym zgadzam, ale nie uważam tego za żaden zarzut. Lena Dunham to po prostu nie jest prorokini szarych myszek. I jej książka nie jest do końca uniwersalna. Być może również z powodu różnic kulturowych. Dorastanie w opisywanych przez autorkę warunkach nowojorskich z perspektywy wielu dziewcząt może przypominać dorastanie na innej planecie. Dla wielu rzeczywistość opisywana przez Lenę może wydać się obca, stąd jej narracja niezrozumiała. Wydaje mi się jednak, że jej najważniejsze przesłanie zachowuje ważność w każdej szerokości geograficznej.

Niektóre eseje w książce są bardziej interesujące, inne mniej, jedne lepiej napisane, inne gorzej – książka jest nierówna. Ale niewątpliwie jest to ważna książka, warta przeczytania. Tak jak wspominałam na początku, mnie do końca nie urzekła. Z chęcią jednak obejrzę serial „Dziewczyny”, który podobno jest fantastyczny, a ja nie oglądałam jeszcze nawet pół odcinka.
Ogólna ocena:  3/6

Lena Dunham, „Nie taka dziewczyna”,  Wydawnictwo Czarne.
 

środa, 24 czerwca 2015

Dziękuję za takie niespodzianki. Jo Nesbo, "Krew na śniegu".

Z jednej strony jestem bardzo zadowolona, mogąc napisać tego posta. Jest 23:02, mój Mąż powiedział, że potrzebuje jeszcze 30 minut na dokończenie swych spraw zawodowych, nim przystąpimy do rytualnego wieczornego seansu filmowego, a to oznacza, że mam co najmniej godzinę na niczym niezakłócone pisanie. Bardzo dużo i powinno wystarczyć. Tym bardziej że post będzie krótki jak sama książka, o której zamierzam napisać.

Z drugiej strony, pisząc, jestem nieco zasmucona. Dlaczego? Ponieważ gorzko się rozczarowałam nową książką Jo Nesbo „Krew na śniegu”. Nowy akapit.
Seria o Harrym Hole jego autorstwa jest obłędna. Uwielbiam Harry’ego. Z przeczytanego jakiś czas temu wywiadu z Jo Nesbo dowiedziałam się jednak, że pisarz ma go już serdecznie dość i najchętniej by go uśmiercił. To pewnie z tej niechęci wzięli się „Łowcy głów”, „Syn”, a teraz „Krew na śniegu”. Do każdej z tych książek podchodziłam z wielką rezerwą, albowiem nie były o Harrym. „Łowcy głów” niezbyt przypadli mi do gustu, z kolei „Syna” uważam za rewelacyjną książkę, jedną z najlepszych powieści sensacyjnych ever written i absolutny must read. Jeżeli natomiast chodzi o „Krew na śniegu”, spokojnie można sobie tę książkę darować. To nie będzie bardzo długi post, bo naprawdę lubię Jo Nesbo i uważam „Krew na śniegu” za wypadek przy pracy/chałturę. Nie chcę więc się nad nim pastwić. Ale trochę muszę.

Narratorem jest płatny zabójca Olav. Żaden psychopatyczny typ, raczej trochę nieudaczny, wręcz dobrotliwy. Nesbo próbuje dokonać jego lekkiej apoteozy ale nie wypada to najbardziej wiarygodnie – Olav bardziej niż „dobry morderca” wydaje się lekko upośledzony umysłowo. Olav dostaje zlecenie na zabicie żony swojego szefa, w której się niespodziewanie zakochuje, z czego wynikają najprzeróżniejsze perturbacje (może nie w stylu tych z książek Katarzyny Grocholi ale raczej z filmów braci Cohen). Historia jest dość ciekawa, akcja wartka, z domieszką czarnego humoru, i pewnie o ile zrobią to Amerykanie wyjdzie z „Krwi na śniegu” całkiem niezły film (podobno prace już trwają….). Myślę, że Jo Nesbo napisał „Krew na śniegu” dla filmu właśnie. Książka jest w zasadzie jak gotowy scenariusz, nie wiele trzeba obcinać. Może tylko nadmiar patosu. Bo krwawa opowieść Olava była dla mnie stanowczo zbyt patetyczna, i to jest mój największy zarzut.
„Krew na śniegu” kupiłam na podróż Pekaesem do Sandomierza (historia równie długa jak podróż, Pekaesem nie jechałam jakieś dwadzieścia lat, i od tego czasu nic a nic się zmieniło jeżeli chodzi o ten środek lokomocji, Dworzec Zachodni itd.), i w połowie tej podróży już ją przeczytałam (ma sto kilkanaście stron). Cóż, może mimo wszystko ta książka nie jest aż taka zła, a moje wielkie rozczarowanie zostało spowodowane przez wielkie oczekiwania i wielkie nadzieje. W każdym razie zdjęcie z książką jest z Sandomierza (Marta, dzięki!). 23: 52. Szybka publikacja i ostatni odcinek drugiej serii „Wikingów”! A tam Ragnar Lothbrok…..

Ogólna ocena: 2/6 (Jo Nesbo, nie wierzę, że to robię!)


środa, 17 czerwca 2015

David Lodge, "Alarm odwołany"


Znacie to uczucie lekkiego zażenowania, gdy oglądacie wasze stare zdjęcia, na których występujecie w stylizacjach i fryzurach, które wówczas uznawaliście za totalnie szałowe, a teraz…..? Lub gdy przypominacie sobie, jakiej muzyki słuchaliście w czasach wczesnej młodości lub kto był wówczas waszym największym idolem…? Choć przyznam,  że na wspomnienie wesołych twarzy chłopców z New Kids on the Block ogarnia mnie pewien sentyment, a refren „Step by step” nostalgicznie i dźwięcznie rozbrzmiewa w mych uszach. Cóż, na pewno nie doznaję tego uczucia, kiedy myślę o książkach Davida Lodge’a. W dawnych minionych czasach wielbiłam go i uwielbiałam. Zamiast uczyć się do klasówek obiecywałam sobie „jeszcze tylko dziesięć stron”, nigdy nie dotrzymując obietnicy. Przeczytałam chyba wszystkie jego książki. Dlatego naprawdę nie wiem jak to się stało, że w czasach mojej zaawansowanej fascynacji twórczością tego autora nie przeczytałam „Alarmu odwołanego”. Musiałam dopiero odwiedzić dawno nie odwiedzaną przyjaciółkę i dokonać tradycyjnego wywiadu wśród zgromadzonych u niej w domu książek, żeby natknąć się na, pożyczyć a następnie przeczytać „Alarm odwołany”.
Może i to dobrze, bo inaczej nigdy nie napisałabym tego posta, co być może niektórych zachęci do sięgnięcia po książki tego autora – czego z pewnością nie pożałują. Zwłaszcza, że właśnie rozpoczyna się czas wyjazdów wakacyjnych i książki Davida Lodge’a są w sam raz, żeby je spakować do walizki. Mają też poza gabarytowymi i inne zalety – są inteligentne i zabawne, tym brytyjskim poczuciem humoru, które uwielbia cały świat. Gdyby Hugh Grant mógł pisać książki, byłby Davidem Lodgem. Bohaterowie książek Lodge’a to przeważnie przedstawiciele brytyjskiego świata akademickiego, a jako że pisarz sam stanowi część tego świata,  pisze o nich celnie, barwnie, ze swadą oraz bardzo ironicznie.  „British Museum w posadach drży”, „Terapia”, „Zamiana miejsc” czy moje ulubione „Myśląc” to pozycje, które z czystym sumieniem polecam na początek przygody z Lodgem. Będziecie płakać ze śmiechu.

„Alarm odwołany” jest troszeczkę inny. Jak przyznaje sam autor, to najbardziej autobiograficzna z jego powieści. Wątek komediowy nie jest wątkiem dominującym, a raczej elementem składowym całości. Narratorem i głównym bohaterem jest Timothy Young, którego poznajemy jako kilkulatka podczas nalotów bombowych na Londyn w czasie II wojny światowej. Timothy nie chce, by skończyły się naloty, bo naprawdę fajnie wstaje się w środku nocy. W miarę dorastania rozumie coraz więcej, na swój dziecięcy sposób próbuje tłumaczyć sobie niewytłumaczalne. Tu mała dygresja, zawsze chętnie czytam opisy przeżyć wojennych pochodzące z innych krajów, to daje nowe spojrzenie na straszne wydarzenia tamtych mrocznych czasów. Najciekawszy w książce jest dla mnie jednak okres dorastania chłopca, w realiach życia w powojennej Anglii, oraz jego doświadczenia związane z pobytem w amerykańskiej strefie okupacyjnej w powojennych Niemczech. Timothy z dotkniętej ubóstwem i racjonalizującej wszystko mocno konserwatywnej Anglii jedzie na wakacje do Heidelbergu, na zaproszenie siostry będącej tam pracownicą cywilną w armii amerykańskiej. Okupowany teren Niemiec staje się dla niego terenem wyzwolenia osobistego. Pod skrzydłami armii amerykańskiej, pławiąc się w powszechnej dostępności dóbr wszelakich, doświadcza życia, jakie wówczas dostępne było jedynie dla nielicznych w zniszczonej wojną Europie. Razem z Timothym przez dziurkę od klucza, nie tak bardzo zszokowani jak on, podglądamy zaczątki hedonistycznego, materialistycznego, skupionego na posiadaniu życia, ku jakiemu niebawem miała zmierzać cała Europa i cały świat. Wyzwolenia czy nowego zniewolenia…?

Powieść bardzo mi się podobała, jednak nie polecam jej na początek przygody z Davidem Lodgem – jak już wspominałam to jest książka raczej wyjątkowa w jego twórczości. Ale kiedyś, kiedyś tam, jak najbardziej.

Ogólna ocena: 5/6.


 

 

wtorek, 16 czerwca 2015

Uważaj na "Anglika na wsi" Michaela Sadlera

Po długim blogerskim milczeniu dziś będzie trochę hejtu. Nie jestem zwolenniczką pisania recenzji negatywnych, z założenia na blogu zamierzałam raczej polecać książki a nie zniechęcać do czytelnictwa, ale tym razem po prostu muszę. W sumie sama jestem sobie winna. Nie wiem, co mnie podkusiło. Kupiłam „Najpiękniejszą dziewczynę w mieście” Charlesa Bukowskiego, drugą część „Mojej walki” Ove Knausgarda, „Łuk triumfalny” Ericha Marii Remarque’a i „Śniadanie Mistrzów” Kurta Vonneguta, na dodatek w oryginale. I „Anglika we wsi” Michaela Sadlera. Kupiłam tą książkę szybko i bez zbędnych a w tym wypadku jak się okazuje słusznych wątpliwości.

Być może padłam ofiarą manipulacji. Kilka lat temu urzekła mnie książka „Merde! Rok w Paryżu”. To było takie lekkie, świeże, zabawne…..Tyle że „Merde!...” napisał Stephen Clarke, o czym naonczas niestety udało mi się zapomnieć. W konsekwencji wymyśliłam, że „Anglik na wsi” jest drugą częścią „Merde!...”, co w sumie byłoby w jakiś sposób logiczne. Gdzieś tam przemknęło mi przez myśl że wszystkie książki autora „Merde!....” (cały czas przeze mnie zapomnianego) mają „Merde!” w tytule, ale udało mi się tę myśl skutecznie zignorować. No i kupiłam tego „Anglika na wsi”. Merde.
Pamiętacie, jak po sukcesie „Dziennika Bridget Jones” jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się w księgarniach oraz kioskach książki o kobietach niby jej bardzo podobnych, przeżywających podobne życiowe rozterki, podobnie niepoukładanych, trochę szalonych, trochę zwariowanych, i trochę romantycznych? Z których jednak niestety żadna nie była Bridget…? Zapewne zatem po sukcesie „Merde!….” tabuny Anglików zapragnęły pisać o swoim zetknięciu czy też zderzeniu z francuską jakże odmienną cywilizacją.

Zapragnął i Michael Sadler.  Ok, w kilku miejscach otarł się o bycie zabawnym, był naprawdę blisko. Niestety przez większą część czytałam tą książkę z głębokim niesmakiem. Pióro ma Sadler przyciężkawe, a już na pewno nie jest w stanie udźwignąć ciężaru ogólnego braku weny. Niby historię jakąś miał. Anglik, Michael Sadler, czyli on, autor, po rocznym pobycie w Paryżu (o czym podobno jest też książka), cudownym splotem okoliczności znajduje się na głębokiej francuskiej prowincji. Gdzie przecież powinien przeżywać zabawne perypetie oraz doświadczać co rusz najprzeróżniejszych uciesznych różnic kulturowych oraz zderzeń cywilizacji. Oglądaliście „Jeszcze dalej niż północ”? Na francuskiej prowincji można naprawdę ROFL! Niestety perypetie Michaela Sadlera są jednak dość ponure i róźnic kulturowych w sumie też jakoś mało doświadcza. Wszystko o to, o czym pisze, już było i nihil novi. Ile razy można wsadzać to samo danie do kuchenki mikrofalowej? Chyba o „Anglika na wsi” za dużo. Wszystko to jakieś takie naciągane, sztuczne i na siłę.
I jeszcze tłumaczenie jest koszmarne. Żadne onomatopeizmy nie są właściwie przetłumaczone. Czy słyszeliście kiedyś w języku polskim dźwięki „blurp” i „plop”, „slurp” czy może „phew”? Niby drobna rzecz, a niesłychanie irytująca w czytaniu.

Ogólnie, jest to bardzo zła książka. Rzadko czytam gorsze. Pierwsza „jedynka” którą wystawiam na moim blogu. Za moje męki bez zdjęcia.

 Ogólna ocena: 1/6