piątek, 10 lipca 2015

Lena Dunham to nie taka dziewczyna


Mam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu „Nie takiej dziewczyny” Leny Dunham. Z jednej strony, przeczytałam tę książkę w niecałe dwa dni, a więc w zasadzie biorąc pod uwagę moją sytuację życiową pochłonęłam ją. Z drugiej strony, nie jestem pewna, czy mi się podobała, i nie jestem też do końca pewna, dlaczego.
„Nie taka dziewczyna” to zbiór bardzo osobistych esejów Leny o tym, jak głosi podtytuł, „czego nauczyło ją życie”. Ten podtytuł budzi mój lekki sceptycyzm, autorka ma dwadzieścia osiem lat…Obawiam się sentymentalnych i ogranych historii o potyczkach z losem singielki z wielkiego miasta, co było grane już po wielokroć.

Lena Dunham nazywana jest głosem pokolenia dwudziestokilkulatek. Ten głos z początku brzmi bardzo obiecująco, a mnie od razu przychodzi na myśl Sylwia Plath. "Mam 20 lat i nienawidzę siebie - nienawidzę swoich włosów, swojej twarzy, krągłości brzucha, tonu głosu i swoich wierszy. (….) Maskuję tę nienawiść warstewką agresywnej samoakceptacji.” W opisywaniu swoich doświadczeń związanych ze związkami, seksem, dietą, szkołą, rodzicami Lena jest brutalnie szczera, nie oszczędza czytelnikowi żadnych nawet najbardziej zawstydzających szczegółów ze swojego życia. Momentami zastanawiam się, czy to jeszcze szczerość, czy już ekshibicjonizm. Nie, nie jest taką dziewczyną jak myślałam, nie opisuje żadnych sentymentalnych historii.
Nie taką, ale jaką? Nie taką, jak sobie wyobrażamy. Wymykającą się wszelkim definicjom, nie dającą się łatwo zaszufladkować. Zawsze inną. Taką, która zawsze jest sobą. „Nie taka dziewczyna” ma być poradnikiem dla dziewcząt. Ambicją Leny jest by jej czytelniczki uniknęły błędów, które popełniła ona. To dość idealistyczne założenie, chyba każdy musi popełnić swoje błędy. Clue w książce Leny Dunham moim zdaniem leży gdzie indziej – by akceptować siebie, bez względu na swoje wady i niedoskonałości, powstawać po upadkach i iść do przodu.

W przypadku Leny ta filozofia zdecydowanie zdaje egzamin. W USA jest jedną z najbardziej cenionych artystek. Jest reżyserką, scenarzystką i aktorką bardzo popularnego serialu HBO „Dziewczyny”, mającą już na swym koncie osiem nominacji do nagród Emmy i dwa Złote Globy. Lena Dunham nie jest przy tym żadną szarą myszką. Jest sławna, pewna siebie, głośna, mówi otwarcie o seksie, prawach do decydowania o własnym ciele i za nic nie przeprasza. Choć jej wygląd zewnętrznych odbiega od obecnie obowiązujących w świecie celebrities standardów, ona zdaje się nic sobie z tego nie robić, wręcz afiszuje się ze swoim ciałem. Jest z Nowego Jorku, neurotyzmem dorównuje bohaterkom filmów Woody Allena, podobnie jak one jest niestabilna emocjonalnie. Jednocześnie te "wady" przekuwa w sukces, historie z jej życia stanowią dla niej główne źródło inspiracji twórczej.

Zarzuca się jej, że jej problemy nie mają wiele  wspólnego z problemami tzw. normalnych kobiet. Częściowo się z tym zgadzam, ale nie uważam tego za żaden zarzut. Lena Dunham to po prostu nie jest prorokini szarych myszek. I jej książka nie jest do końca uniwersalna. Być może również z powodu różnic kulturowych. Dorastanie w opisywanych przez autorkę warunkach nowojorskich z perspektywy wielu dziewcząt może przypominać dorastanie na innej planecie. Dla wielu rzeczywistość opisywana przez Lenę może wydać się obca, stąd jej narracja niezrozumiała. Wydaje mi się jednak, że jej najważniejsze przesłanie zachowuje ważność w każdej szerokości geograficznej.

Niektóre eseje w książce są bardziej interesujące, inne mniej, jedne lepiej napisane, inne gorzej – książka jest nierówna. Ale niewątpliwie jest to ważna książka, warta przeczytania. Tak jak wspominałam na początku, mnie do końca nie urzekła. Z chęcią jednak obejrzę serial „Dziewczyny”, który podobno jest fantastyczny, a ja nie oglądałam jeszcze nawet pół odcinka.
Ogólna ocena:  3/6

Lena Dunham, „Nie taka dziewczyna”,  Wydawnictwo Czarne.
 

środa, 24 czerwca 2015

Dziękuję za takie niespodzianki. Jo Nesbo, "Krew na śniegu".

Z jednej strony jestem bardzo zadowolona, mogąc napisać tego posta. Jest 23:02, mój Mąż powiedział, że potrzebuje jeszcze 30 minut na dokończenie swych spraw zawodowych, nim przystąpimy do rytualnego wieczornego seansu filmowego, a to oznacza, że mam co najmniej godzinę na niczym niezakłócone pisanie. Bardzo dużo i powinno wystarczyć. Tym bardziej że post będzie krótki jak sama książka, o której zamierzam napisać.

Z drugiej strony, pisząc, jestem nieco zasmucona. Dlaczego? Ponieważ gorzko się rozczarowałam nową książką Jo Nesbo „Krew na śniegu”. Nowy akapit.
Seria o Harrym Hole jego autorstwa jest obłędna. Uwielbiam Harry’ego. Z przeczytanego jakiś czas temu wywiadu z Jo Nesbo dowiedziałam się jednak, że pisarz ma go już serdecznie dość i najchętniej by go uśmiercił. To pewnie z tej niechęci wzięli się „Łowcy głów”, „Syn”, a teraz „Krew na śniegu”. Do każdej z tych książek podchodziłam z wielką rezerwą, albowiem nie były o Harrym. „Łowcy głów” niezbyt przypadli mi do gustu, z kolei „Syna” uważam za rewelacyjną książkę, jedną z najlepszych powieści sensacyjnych ever written i absolutny must read. Jeżeli natomiast chodzi o „Krew na śniegu”, spokojnie można sobie tę książkę darować. To nie będzie bardzo długi post, bo naprawdę lubię Jo Nesbo i uważam „Krew na śniegu” za wypadek przy pracy/chałturę. Nie chcę więc się nad nim pastwić. Ale trochę muszę.

Narratorem jest płatny zabójca Olav. Żaden psychopatyczny typ, raczej trochę nieudaczny, wręcz dobrotliwy. Nesbo próbuje dokonać jego lekkiej apoteozy ale nie wypada to najbardziej wiarygodnie – Olav bardziej niż „dobry morderca” wydaje się lekko upośledzony umysłowo. Olav dostaje zlecenie na zabicie żony swojego szefa, w której się niespodziewanie zakochuje, z czego wynikają najprzeróżniejsze perturbacje (może nie w stylu tych z książek Katarzyny Grocholi ale raczej z filmów braci Cohen). Historia jest dość ciekawa, akcja wartka, z domieszką czarnego humoru, i pewnie o ile zrobią to Amerykanie wyjdzie z „Krwi na śniegu” całkiem niezły film (podobno prace już trwają….). Myślę, że Jo Nesbo napisał „Krew na śniegu” dla filmu właśnie. Książka jest w zasadzie jak gotowy scenariusz, nie wiele trzeba obcinać. Może tylko nadmiar patosu. Bo krwawa opowieść Olava była dla mnie stanowczo zbyt patetyczna, i to jest mój największy zarzut.
„Krew na śniegu” kupiłam na podróż Pekaesem do Sandomierza (historia równie długa jak podróż, Pekaesem nie jechałam jakieś dwadzieścia lat, i od tego czasu nic a nic się zmieniło jeżeli chodzi o ten środek lokomocji, Dworzec Zachodni itd.), i w połowie tej podróży już ją przeczytałam (ma sto kilkanaście stron). Cóż, może mimo wszystko ta książka nie jest aż taka zła, a moje wielkie rozczarowanie zostało spowodowane przez wielkie oczekiwania i wielkie nadzieje. W każdym razie zdjęcie z książką jest z Sandomierza (Marta, dzięki!). 23: 52. Szybka publikacja i ostatni odcinek drugiej serii „Wikingów”! A tam Ragnar Lothbrok…..

Ogólna ocena: 2/6 (Jo Nesbo, nie wierzę, że to robię!)


środa, 17 czerwca 2015

David Lodge, "Alarm odwołany"


Znacie to uczucie lekkiego zażenowania, gdy oglądacie wasze stare zdjęcia, na których występujecie w stylizacjach i fryzurach, które wówczas uznawaliście za totalnie szałowe, a teraz…..? Lub gdy przypominacie sobie, jakiej muzyki słuchaliście w czasach wczesnej młodości lub kto był wówczas waszym największym idolem…? Choć przyznam,  że na wspomnienie wesołych twarzy chłopców z New Kids on the Block ogarnia mnie pewien sentyment, a refren „Step by step” nostalgicznie i dźwięcznie rozbrzmiewa w mych uszach. Cóż, na pewno nie doznaję tego uczucia, kiedy myślę o książkach Davida Lodge’a. W dawnych minionych czasach wielbiłam go i uwielbiałam. Zamiast uczyć się do klasówek obiecywałam sobie „jeszcze tylko dziesięć stron”, nigdy nie dotrzymując obietnicy. Przeczytałam chyba wszystkie jego książki. Dlatego naprawdę nie wiem jak to się stało, że w czasach mojej zaawansowanej fascynacji twórczością tego autora nie przeczytałam „Alarmu odwołanego”. Musiałam dopiero odwiedzić dawno nie odwiedzaną przyjaciółkę i dokonać tradycyjnego wywiadu wśród zgromadzonych u niej w domu książek, żeby natknąć się na, pożyczyć a następnie przeczytać „Alarm odwołany”.
Może i to dobrze, bo inaczej nigdy nie napisałabym tego posta, co być może niektórych zachęci do sięgnięcia po książki tego autora – czego z pewnością nie pożałują. Zwłaszcza, że właśnie rozpoczyna się czas wyjazdów wakacyjnych i książki Davida Lodge’a są w sam raz, żeby je spakować do walizki. Mają też poza gabarytowymi i inne zalety – są inteligentne i zabawne, tym brytyjskim poczuciem humoru, które uwielbia cały świat. Gdyby Hugh Grant mógł pisać książki, byłby Davidem Lodgem. Bohaterowie książek Lodge’a to przeważnie przedstawiciele brytyjskiego świata akademickiego, a jako że pisarz sam stanowi część tego świata,  pisze o nich celnie, barwnie, ze swadą oraz bardzo ironicznie.  „British Museum w posadach drży”, „Terapia”, „Zamiana miejsc” czy moje ulubione „Myśląc” to pozycje, które z czystym sumieniem polecam na początek przygody z Lodgem. Będziecie płakać ze śmiechu.

„Alarm odwołany” jest troszeczkę inny. Jak przyznaje sam autor, to najbardziej autobiograficzna z jego powieści. Wątek komediowy nie jest wątkiem dominującym, a raczej elementem składowym całości. Narratorem i głównym bohaterem jest Timothy Young, którego poznajemy jako kilkulatka podczas nalotów bombowych na Londyn w czasie II wojny światowej. Timothy nie chce, by skończyły się naloty, bo naprawdę fajnie wstaje się w środku nocy. W miarę dorastania rozumie coraz więcej, na swój dziecięcy sposób próbuje tłumaczyć sobie niewytłumaczalne. Tu mała dygresja, zawsze chętnie czytam opisy przeżyć wojennych pochodzące z innych krajów, to daje nowe spojrzenie na straszne wydarzenia tamtych mrocznych czasów. Najciekawszy w książce jest dla mnie jednak okres dorastania chłopca, w realiach życia w powojennej Anglii, oraz jego doświadczenia związane z pobytem w amerykańskiej strefie okupacyjnej w powojennych Niemczech. Timothy z dotkniętej ubóstwem i racjonalizującej wszystko mocno konserwatywnej Anglii jedzie na wakacje do Heidelbergu, na zaproszenie siostry będącej tam pracownicą cywilną w armii amerykańskiej. Okupowany teren Niemiec staje się dla niego terenem wyzwolenia osobistego. Pod skrzydłami armii amerykańskiej, pławiąc się w powszechnej dostępności dóbr wszelakich, doświadcza życia, jakie wówczas dostępne było jedynie dla nielicznych w zniszczonej wojną Europie. Razem z Timothym przez dziurkę od klucza, nie tak bardzo zszokowani jak on, podglądamy zaczątki hedonistycznego, materialistycznego, skupionego na posiadaniu życia, ku jakiemu niebawem miała zmierzać cała Europa i cały świat. Wyzwolenia czy nowego zniewolenia…?

Powieść bardzo mi się podobała, jednak nie polecam jej na początek przygody z Davidem Lodgem – jak już wspominałam to jest książka raczej wyjątkowa w jego twórczości. Ale kiedyś, kiedyś tam, jak najbardziej.

Ogólna ocena: 5/6.


 

 

wtorek, 16 czerwca 2015

Uważaj na "Anglika na wsi" Michaela Sadlera

Po długim blogerskim milczeniu dziś będzie trochę hejtu. Nie jestem zwolenniczką pisania recenzji negatywnych, z założenia na blogu zamierzałam raczej polecać książki a nie zniechęcać do czytelnictwa, ale tym razem po prostu muszę. W sumie sama jestem sobie winna. Nie wiem, co mnie podkusiło. Kupiłam „Najpiękniejszą dziewczynę w mieście” Charlesa Bukowskiego, drugą część „Mojej walki” Ove Knausgarda, „Łuk triumfalny” Ericha Marii Remarque’a i „Śniadanie Mistrzów” Kurta Vonneguta, na dodatek w oryginale. I „Anglika we wsi” Michaela Sadlera. Kupiłam tą książkę szybko i bez zbędnych a w tym wypadku jak się okazuje słusznych wątpliwości.

Być może padłam ofiarą manipulacji. Kilka lat temu urzekła mnie książka „Merde! Rok w Paryżu”. To było takie lekkie, świeże, zabawne…..Tyle że „Merde!...” napisał Stephen Clarke, o czym naonczas niestety udało mi się zapomnieć. W konsekwencji wymyśliłam, że „Anglik na wsi” jest drugą częścią „Merde!...”, co w sumie byłoby w jakiś sposób logiczne. Gdzieś tam przemknęło mi przez myśl że wszystkie książki autora „Merde!....” (cały czas przeze mnie zapomnianego) mają „Merde!” w tytule, ale udało mi się tę myśl skutecznie zignorować. No i kupiłam tego „Anglika na wsi”. Merde.
Pamiętacie, jak po sukcesie „Dziennika Bridget Jones” jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się w księgarniach oraz kioskach książki o kobietach niby jej bardzo podobnych, przeżywających podobne życiowe rozterki, podobnie niepoukładanych, trochę szalonych, trochę zwariowanych, i trochę romantycznych? Z których jednak niestety żadna nie była Bridget…? Zapewne zatem po sukcesie „Merde!….” tabuny Anglików zapragnęły pisać o swoim zetknięciu czy też zderzeniu z francuską jakże odmienną cywilizacją.

Zapragnął i Michael Sadler.  Ok, w kilku miejscach otarł się o bycie zabawnym, był naprawdę blisko. Niestety przez większą część czytałam tą książkę z głębokim niesmakiem. Pióro ma Sadler przyciężkawe, a już na pewno nie jest w stanie udźwignąć ciężaru ogólnego braku weny. Niby historię jakąś miał. Anglik, Michael Sadler, czyli on, autor, po rocznym pobycie w Paryżu (o czym podobno jest też książka), cudownym splotem okoliczności znajduje się na głębokiej francuskiej prowincji. Gdzie przecież powinien przeżywać zabawne perypetie oraz doświadczać co rusz najprzeróżniejszych uciesznych różnic kulturowych oraz zderzeń cywilizacji. Oglądaliście „Jeszcze dalej niż północ”? Na francuskiej prowincji można naprawdę ROFL! Niestety perypetie Michaela Sadlera są jednak dość ponure i róźnic kulturowych w sumie też jakoś mało doświadcza. Wszystko o to, o czym pisze, już było i nihil novi. Ile razy można wsadzać to samo danie do kuchenki mikrofalowej? Chyba o „Anglika na wsi” za dużo. Wszystko to jakieś takie naciągane, sztuczne i na siłę.
I jeszcze tłumaczenie jest koszmarne. Żadne onomatopeizmy nie są właściwie przetłumaczone. Czy słyszeliście kiedyś w języku polskim dźwięki „blurp” i „plop”, „slurp” czy może „phew”? Niby drobna rzecz, a niesłychanie irytująca w czytaniu.

Ogólnie, jest to bardzo zła książka. Rzadko czytam gorsze. Pierwsza „jedynka” którą wystawiam na moim blogu. Za moje męki bez zdjęcia.

 Ogólna ocena: 1/6

wtorek, 19 maja 2015

Niekoniecznie temat na pierwszą stronę. O nowej książce Umberto Eco (20/52)

O oczywistościach się nie rozmawia, nową książkę Umberto Eco po prostu się kupuje. Zwłaszcza, że włoski pisarz, filozof i erudyta nie rozpieszcza swoich czytelników i na każdą kolejną powieść każe dość długo czekać. Ja jednak nigdy nie stracę cierpliwości, od czasów, kiedy z latarką pod kołdrą w wieku lat bardzo nastu z zapartym tchem czytałam z wypiekami na policzkach „Imię róży”. Bojąc się później pójść do toalety.

„Temat na pierwszą stronę” urzeka mnie już od pierwszej strony lekko neurotycznym opisem kapiącego kranu oraz rozterek głównego bohatera z tym związanych. Kilka stron później widzę, że Umberto Eco bawi się z czytelnikiem konwencją oraz formą, i sama też od razu jako jednostka empatyczna wpadam we wspaniały humor. Pisarz poprzez narratora przekornie twierdzi, że „satysfakcja płynąca z erudycji zastrzeżona jest dla przegranych. Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu”. I dalej: „Marzyłem o tym, o czym marzą wszyscy przegrani: napiszę kiedyś książkę, która przyniesie mi sławę i bogactwo” (O mój Boże….).

Ale żarty na bok, bo w książce chodzi o poważną sprawę. O prasę, jej wolność oraz jakość. Zastanówcie się, jakie kolumny czytacie najczęściej i najchętniej w gazetach? Czy w ogóle sięgacie po wczorajszą gazetę? A po poprzedni numer tygodnika, gdy jest nowy? Co tak naprawdę interesuje Was najbardziej w gazecie? Szczerze…..Umberto Eco twierdzi po czym udowadnia w swej najnowszej powieści „to nie wiadomości tworzą gazetę, to gazeta tworzy wiadomości”. „Temat na pierwszą stronę” to złośliwa satyra na współczesne media, pokazująca w jaki sposób dokonywana jest selekcja informacji które otrzymuje do rąk czytelnik oraz na podstawie jakich kryteriów się odbywa. Oczywiście cały czas jest bardzo dowcipnie, raczej ironicznie, ale uwierzcie mi, nie będzie Wam do śmiechu.

Książka jest swoistym memento wielkiego włoskiego erudyty (któremu raczej się w życiu udało). Analizujcie, syntezujcie, powątpiewajcie, bądźcie czujni, bądźcie krytyczni. Fakt, takie przesłanie może łatwo paść na podatny grunt p a r a n o i. Pewnie teraz gabinety psychiatryczne coraz częściej odwiedzać będą bibliofile-paranoicy próbujący przekonać świat że żyjemy w informacyjnym Matrix i nic nie jest takie, jak się wydaje. Ale wszystko ma swoją cenę.

Również, w tym wypadku niestety, bycie wielkim pisarzem i erudytą – z powodu oczekiwań, jakie za sobą niesie. Po lekturze „Tematu na pierwszą stronę” pozostaje zaś duże poczucie niedosytu oraz rozczarowania. Niedosytu formą (książeczka jest szokująco krótka na tle innych dokonań powieściowych U. Eco), oraz rozczarowania treścią. Zgadzam się, wszystko, o czym pisze Eco, jest ważne i należy o tym pamiętać nie tylko od święta ale również na co dzień.  Tyle że to co pisze to nihil novi¸ jak głosił niedawno zaobserwowany przeze mnie tatuaż w okolicach dekoltu u pewnej młodej dziewczyny. Aż tak wielka oczywistością, by nie powinno się o tym rozmawiać, tematyka nie jest, a jednak pewien niesmak pozostaje.

„Temat na pierwszą stronę” jest zgrabnie opakowanym w formułę powieści protestem Umberta Eco przeciwko temu co się dzieje na rynku prasowym. Fakt, mogłoby być mu trudno opublikować swoje stanowisko w prasie. Ale żeby od razu aż książkę o tym pisać….?

Ogólna ocena: 4/6

Umberto Eco, „Temat na pierwszą stronę”, Wydawnictwo Noir sur Blanc
 

środa, 6 maja 2015

"Zrozumieć Amelię", Kimberly McCreight, 18/52

Ostatnio dużoczytanie jakoś mi nie szło i moje statystyki czytelnicze zbliżyły się do przeciętnych na niebezpiecznie małą odległość. Potrzebowałam przeczytać coś bardzo szybko,  co sprowadziłoby moje czytelnictwo a zwłaszcza jego tempo z powrotem na dobrą drogę. Coś takiego jak thriller psychologiczny. „To jest to!” wykrzyknęłam  w myślach, gdy przeczytałam tylną okładkę książki „Zrozumieć Amelię” autorstwa Kimberly McCreight.

Co tam tylna okładka? Kate Baron, prawniczka i samotna matka z NY, odbiera telefon ze szkoły swojej córki. Dowiaduje się że Amelia, jej piętnastoletnia nie sprawiająca dotąd problemów wychowawczych ani w ogóle żadnych innych córka została przyłapana na ściąganiu (za co słusznie grozi jej zawieszenie w prawach ucznia). Kate ma natychmiast odebrać swoją córkę ze szkoły (szkoła to prestiżowe Grace Hall na Brooklynie). Gdy dociera na miejsce, okazuje się, że córka już nie żyje. Według policji i szkoły, popełniła samobójstwo skacząc z dachu szkoły.  Wierzy w to również Kate (pomimo iż rys psychologiczny Amelii nie wskazywał cech samobójczyni), dopóki nie dostaje smsa o treści „Amelia nie skoczyła”.  Rozpoczyna swoje prywatne śledztwo. Nic więcej nie mogę napisać (I don’t spoil).
Ale napisać, że książka jest porażająca, chyba mogę? Nie przez warsztat pisarski czy kunszt literacki, nie przez stopniowe budowanie napięcia (choć to wszystko jak najbardziej cechuje prozę Kimberly McCreight). To tematyka książki jest tak porażająca. Samobójcza śmierć dziecka, jedynego dziecka. Czy można sobie wyobrazić większą tragedię….? Sama jestem matką i mam swoją córeczkę, dlatego historia opisana w książce była dla mnie absolutnie wstrząsająca. Zresztą jest pewnie taka dla każdego rodzica lub po prostu dla każdego empatycznego człowieka. Bycie matką córeczki nadaje temu jednak pewien dodatkowy wymiar.

„Zrozumieć Amelię” faktycznie jest page-turnerem. Prowadząc swoje śledztwo, Kate dowiaduje się o Amelii rzeczy, które chcielibyście wiedzieć o swoich dzieciach, ale boicie się zapytać. Myślicie, ze Wasze dziecko jest szczęśliwe, zadwolone i heteroseksulane? Życzę Wam, żeby tak było. Kimberly McCreight zburzy Waszą równowagę i zabierze Wam święty spokój.
Na koniec tylko kwestia definicyjna. To, że zrozpaczona matka próbuje zrozumieć przyczyny samobójczej śmierci swojej jedynej córki jeszcze nie czyni z książki thrillera psychologicznego. Psychologizowania w książce nie ma dużo. Może to i dobrze, mogłoby nie czytać się tak szybko i mimo wszystko radośnie z samej radości czytania. „Zrozumieć Amelię”, thriller z aspiracjami na psychologiczny, ale z dużą dawką refleksji.

Ogólna ocena: 4/6

Kimberly McCreight „Zozumieć Amelię”, wydawnictwo Czarna Owca
                       

Bombyx mori, "Jedwabnik", Robert Galbraiht, 17/52

Niespodzianki żadnej nie było; o tym, że Robert Galbraith, autor „Jedwabnika”, to pseudonim J. K. Rowling, dowiedziałam się już z samej okładki książki. Pożyczyła mi ją Sąsiadka (cudownie jest mieć czytających sąsiadów!). Książka wzbudziła moje wielkie zainteresowanie. Jane K. Rowling w zasadzie mogłaby poprzestać na napisaniu cyklu powieści o Harrym Potterze (o ile można użyć określenia „poprzestać” w odniesieniu do tej monumentalnej sagi). I tak zapisałaby się trwale w annałach historii literatury (wszelkie liczby związane z Harrym Potterem są tak wielkie, że nic mi już nie mówią). Mogłaby sobie siedzieć w kawiarni i pić kawę i nic już nie pisać na żadnych serwetkach. Jednak ona chce, z czego ja osobiście a ze mną pewnie wielbiciele dobrej literatury się cieszą. Oraz Ci, którzy lubią seriale nakręcone przez HBO.

Gdy wybuchła tzw potteromania, ja wolałam polskich poetów przeklętych. Na czar Harry’ego Pottera pozostałam zatem obojętna. „Trafny wybór” (serial obecnie w HBO) mną wstrząsnął. Mimo ryzyka że co wrażliwsze jednostki mogą nie przeżyć opisanego w książce starcia z okrucieństwem i złem tego  świata (w wymiarze „Placu Zbawiciela” do potęgi n-tej), naprawdę warto sięgnąć po tę książkę (trafny wybór).
Jane K. Rowling musi po prostu lubić pisanie. Lub jej ambicją jest zostać czymś więcej niż autorką serii książek o Harrym Potterze (choć i to nie mało). Po obyczajowym „Trafnym wyborze” postanowiła pisać kryminały. Do tej pory napisała dwa „ Jedwabnika” i „Wołanie kukułki”. Ja przeczytałam „Jedwabnika”. To druga powieść Jane K. Rowling napisana jako Robert Galbraith (naprawdę nie wiem dlaczego mając możliwość wyboru zaczęłam czytanie od drugiej a nie od pierwszej książki; pierwsza, „Wołanie kukułki”, stoi i znacząco przygląda mi się z półki).

Fabuła „Jedwabnika” jest dość oryginalna. W Londynie zostaje w okrutny sposób zamordowany pisarz Owen Quine; jak się okazuje, za scenariusz makabrycznej zbrodni posłużył maszynopis jego najnowszej powieści, „Bombyx mori”. Choć nie wydana, książka zdążyła już wzbudzić  sensacje i kontrowersje; pisarz umieścił w niej aluzje do całego literackiego Londynu. Pamiętacie aferę na linii Ignacy Karpowicz – Kinga Dunin? W Londynie działy się podobne rzeczy, tylko gorsze i więcej. Nikomu nie zostało oszczędzone. W rezultacie wszyscy zostają podejrzani. Bo wszyscy mogliby chcieć zabić za to, co napisał o nich Owen Quine. Do akcji wkracza Cormoran Strike, prywatny detektyw. Nie jest Jamesem Bondem. Żaden też z niego superbohater, choć nadrabia intelektem. Rozpoczyna się śledztwo….
Fakt, że napisała tę książkę Jane K. Rowling, z początku czyni ją bardzo interesującą. Po oswojeniu się z osobą autorki zachwyt nad książką nieco opada. Jest przyzwoicie, ale bardziej przyzwoicie-tak sobie niż przyzwoicie-ok. Z jednej strony – warsztatowo jest bardzo poprawnie, powieść ma wszystko, co powinien mieć dobry kryminał. Z drugiej strony – jak dla mnie nie ma „tego czegoś”. Książka momentami jest wciągająca, ale raczej można się od niej oderwać. Jest również zdecydowanie „przepisana”, można było napisać 100 stron mniej. Oraz może nieco przekombinowana. Można było mniej pokombinować.

Dam Cormoranowi Strike’owi jeszcze jedną szansę i przeczytam „Wołanie kukułki”. Skoro już tak na mnie znacząco patrzy z półki….

Ogólna ocena: 3.5/6

Robert Galbraith, „Jedwabnik”, Wydawnictwo Dolnośląskie